Kiedy nasi sięgali po koronę i błyszczące uśmiechy, a ja pamiętam te wszystkie niedzielne…
a niech to, jeszcze ten moment mi stanął przed oczami jak dzisiaj — byłem w tym starocie co nas woził na kibicowskie wypady, takim złomie z tapicerką w paski, no i pamiętam ten dzień jakby wczoraj: wylądowaliśmy pod ekranem w pubie niedaleko dworca, bo tam akurat mieli jakąś tam leciwą plazmę, co ledwo zipała, ale co tam, przygrywaliśmy sobie piwem, kanapki jakoś ulepiło żona bo miała wyrzuty sumienia że mnie nie puszcza sama, no i nagle — bum! ekran zaczął pokazywać tę charakterystyczną twarz Iguni, no bo wiadomo, już się wtedy domyślaliśmy że coś wielkiego może być, ale nikt chyba nie myślał że aż takie fajerwerki. pamiętam że ktoś podniósł kufelek i krzyknął "to dla ciebie mała!", a ja tylko cmoknąłem i powiedziałem że pewnie nic z tego nie będzie bo ta baba z drugiej strony sieci to jednak nie byle kto... a potem, jakby ktoś ściął z nami wszystkich tlen, cięła jak po maśle. no ale to była sobota, w niedzielę rano wstałem z łóżka jakbym w ogóle nie spał, tylko patrzyłem na ścianę i myślałem "kurde, nieźle nam poszło". no ale zobaczymy
5 postów
-
✓Rzeszów, Zatorze, stare telebim w osiedlowym barze, ten co to ledwo zipiał jak ten rajdówka Lechka, ale krztałt miał taki że nie dało się go ignorować! Siedzieliśmy w kącie obok okna bo drewno do kominka akurat się skończyło, i akurat leciał jakiś kanarek z LiveStreamu co to akurat wyszedł na ekran jakby ktoś go rzucił w naszym kierunku. Aż tu nagle widać na tej pierdoletniej szmelc maszynie Iguni twarz, no i ten głos z głośników który mruczał "ten mecz to jest wojna". Już wtedy czułem że coś wisi w powietrzu, no ale nie sądziłem że jak ten grom z nieba, bo na finałowe uderzenie Ashleigh było tylko jedno zdanie od zwycięstwa... Pamiętam jak ten gość obok mnie podniósł piwko i wrzeszlnął "chuj ją pogrzebie!!1!" a ja tylko się uśmiechnąłem bo wiedziałem że jak Iga weźmie rakietę do ręki to będzie jeden koniec. Potem ten backhand w drugie uderzenie i wszystkie stoły zatrzęsły się jakby bomba wybuchła. Czułem jakby ktoś kopnął mnie w dupę z siłą 500 koni mechanicznych... A ten cały niedzielny poranek w hotelu, kurde, do dzisiaj jak zamykam oczy to widzę te kanapki co zdobiłam tymi malutkimi pomidorami. Wiadomo o co chodzi 🔥💪😱🔴W radości i smutku, do końca z nimi.
-
a wiecie co mi właśnie wpadło do głowy? jakby nie dosyć było tej niedzielnej jutrzni pełnej euforii, to jeszcze w poniedziałek na stadionie żużlowym w Lublinie spotkałem starego kumpla z podstawówki, co to akurat pracuje jako operator koparki w miejskim zakładzie komunalnym. no i ten facet zawsze był chodzącym bałaganiarzem, zapomniałby nawet podać ci ognia, ale tamtego dnia miał na sobie koszulkę iguni z pierwszym mistrzostwem – nawet rękawy obciął, żeby było widać numer. stoi sobie tak przy tej swojej koparce, macha do mnie od razu, wrzeszczy przez hałas: "słyszałeś, kolego? nasza zrobiła im dzisiaj numer!" a ja tylko głową kiwam i myślę sobie – no bo jak nie, skoro całe miasto ledwo zipiejąc się budziło z tym finałem w głowie... jeszcze długi czas potem w warsztacie samochodowym, gdzie podjeżdżaliśmy z bratem, spotykaliśmy faceta z radiem nastawionym na ten sam program sportowy, i co? co drugi głośnik puszczał ten sam riff z meczu, ludzie do siebie przymilali się tymi emocjami jakby mieli wspólną tajemnicę. i co najśmieszniejsze – do dzisiaj gdy słyszę piosenkę, która leciała wtedy w tle, nogi same podrygają jak w tym barze w Lublinie, gdzie jeden facet tańczył na stoliku, a ten drugi krzyczał "niech żyje królowa!". o rany, stara podłoga w pubie musiała się trząść od samego wiwatowaniaPamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
A tamta dwójka — ta cała Iga z Karoliną, coś w niej było takiego... no właśnie tego nie da się opisać tymi suchymi cyframi, co to czasem ludzie wyciągają. Tamte dni, te poranki po meczu, kanapki ulepione na kolanie, telefony rozgrzane od gratulacji, a ten zapach kawy zalatujący z każdego kąta — to było coś więcej niż tenis. Te dziewczyny miały w sobie coś takiego, że jak się patrzyło na nie przez telewizor, to czuło się, że naprawdę walczą nie tylko o siebie, ale o całą bandę rozentuzjazmowanych facetów w pasiastych tapicerkach albo w koszulkach z obciętymi rękawami. Tamten finał z Barty to była wojna, tak jak mówił LegiaTV — ale wojna, która się kończyła na parkiecie, a potem szła w miasto, bo wszyscy mieli ochotę bić brawo, żeby huk słychać było choćby na osiedlu obok. Teraz? Teraz mamy kolejne twarze, kolejne uśmiechy, i oczywiście też się cieszymy, bo to nasza. Ale jakby trochę inaczej. Tamta Iga z Karoliną to były dwie takie, co to jak się złapały za ręce, to już nikt nie mógł ich rozdzielić. Każdy ruch miał wagę, każde uderzenie brzmiało jak coś na stałe. Dzisiaj to przecież też pięknie grają, no ale... no ale coś tam brakuje tej takiej wspólnej furii, tej charyzmy, która podnosiła cię z kanapy i kazała wrzeszczeć do telewizora, jakby on w ogóle mógł cokolwiek usłyszeć. Widzę te statystyki, widzę rankingi, i oczywiście cieszę się z sukcesów, ale... no wiesz, jak ktoś mówi "ostatni raz widziałem taki mecz" albo "to było coś wyjątkowego", to nie chodzi o sam wynik, tylko o to co się wokół niego działo. Tamten finał w Australii to był taki moment, że człowiek budził się następnego dnia i myślał: "kurde, naprawdę to się wydarzyło". Dzisiaj też są fajne rzeczy, ale nie mam wrażenia, że historia bije młotem w bruk. Może to kwestia czasu, może te nowe twarze muszą jeszcze dorosnąć do tamtego klimatu. Ale... no cóż, kibice są zawsze. Może za kilka lat będzie podobnie, może nawet lepiej. Na razie wystarczy, że kiedyś znów usiądziemy wszyscy razem, przy tym samym telewizorze albo przy barze z leciwą plazmą, i zobaczymy coś, co zrobi nam w sercu ten sam dreszcz. Bo wiadomo, że jak Iguni tamci wracają na korty, to nawet jak się na chwilę oderwie wzrok, to i tak czujesz, że coś w powietrzu wisi. A to już coś warte 🏆🔥Kontekst bije gołą liczbę.
-
ej no kurde, pamiętacie ten finał jakby to było wczoraj, a ja akurat byłem u teściowej na obiedzie 🤣😂 ale nie wiem co było bardziej szokujące – fakt że Iga poćwiartowała Barty na miejscu, czy że ja przy tym stole wciągnąłem trzy kawały sernika i w dodatku przetrwałem jej tyrady o tym jak kibicowanie to strata czasu 🍰😂 no ale serio, jakby nie było, te niedzielne poranki z kanapą pełną radości i kumpli co krzyczeli "to dla ciebie mała!" to była jakaś magia, żaden mecz tego nie zastąpi. Starsi koledzy gadają że dzisiaj brakuje tej furii, no ale wiecie co? tamto wspomnienie lepsze niż ktokolwiek by mógł napisać, bo jak myślicie, kto dzisiaj oprócz nas pamięta ten zapach kawy w pubie i ten riff który leciał w tle? właśnie 🔥💪 kurde, takie rzeczy się nie powtarzają, ale dobra, niech żyje Iga i niech ktoś następnym razem przyniesie jeszcze więcej piwa, bo kanapki to jedna sprawa, a piwko to podstawa! 🍻😆Potrzymaj piwo.