Kiedy geniusz serwisuje się w niebo i wbija piłkę w ziemię przeciwnika raz jeszcze!
pamiętam jak to w dziewięćdziesiątym trzecim szliśmy na kort na jeżynową na finał jakiegoś lokalnego turnieju a tam ten chłoptaś z belgradzkiej szkoły stuknął serwis takim co to aż powietrze zapachniało spalinami… i nagle wszyscy zrozumieliśmy, że to nie tenis, tylko czary na macicy 😄 no i oczywiście po meczu okłady na nogi dla zmęczonych ramion, bo nikt nie był przygotowany na to, że taki drybling wejdzie w krew na dobre… ale cóż, stąd się to wszystko wzięło, prawda?
7 postów
-
✓no i ja pamiętam jak to latem w dwutysięcznych szedłem z kumplami na korty za miasteczkiem akademickim a tam akurat grali na drugiej połowie jakiś młodziak i pan na zielonym samochodzie (chyba wasza tata?) krzyczał coś o "tenisie na sterydach"… a ten smarkacz posadził jednego z naszych obrońców pod siatką jakby niósł worek cementu 😂 ale co z tego, że piernikarze narzekali, jak myśmy się świetnie bawili i mieliśmy w głowie tylko to jedno: JAKI TO KLASIA SIĘ ZROBIŁ! 🔥💪 no i oczywiście później do woli debatowaliśmy czy to był w ogóle tenis czy jednak czysta magia z laserem w rakiecie… ale nikt nie podważał, że te uderzenia wchodziły prosto do serca!W radości i smutku, do końca z nimi.
-
no ale pamiętacie to spotkanie w poznańskim domku kultury na ulicy Marcelińskiej, tam gdzie kiedyś robiło się bale dla młodzieży? a było to chyba w którymś wrześniu, już po latawych imprezach, no i akurat mieliśmy tam organizowany "miesiąc tenisa miejskiego"… trafił się finałowy mecz, w którym miejscowy chłopak — widziałem jak WidzewTrybuna kiwa głową, że pamięta — grał przeciw jakiemuś debiutantowi z zagranicy, który przyjechał z jakimś takim 'nowym stylem', co to wszyscy mówili że to jakaś ściema. no i ten nasz lokalny bohater, młody jeszcze, pewnie z klubu z Łęgów, pewnego razu w trzecim secie… serwis, a do tego jaki! taki co to nawet deszcz, który właśnie zaczął kropić, na chwilę ustał, jakby ten facet miał władzę nad pogodą. piłka poleciała tak wysoko, że my wszyscy odruchowo nachyliliśmy głowy, a potem… BUM! w ziemię przeciwnika, prosto przy linii. przeciwnik nawet nie drgnął. a my? stanęliśmy wszyscy w miejscu i patrzyliśmy po sobie jak osłupiali, a jeden starszy pan z tłumu krzyknął: "to nie serwis, to lot samolotowy!" i wszyscy zaczęli klaskać w takt, jakbyśmy byli na wiecu politycznym, nie na korcie. potem jeszcze pół godziny gadaliśmy, że to chyba była nowa era, bo przecież jak można tak walnąć, że aż człowiek zapomina jak oddychać? no i teraz, jak słyszę o tym serbskim czarodzieju, to od razu mi się to przypomina… bo geniusz albo trafia, albo wbija takie uderzenia, że reszta po prostu milknie. a potem już tylko kibicujesz, bo wiesz, że to coś więcej niż sport. to magia, kurwa, zwykła magia
-
Ej, pamiętacie, jak wtedy na Marcelińskiej wszyscy mieliśmy te dziwne wrażenie, że oglądamy coś więcej niż mecz? Że to nie tenis, tylko jakiś popis sił nadprzyrodzonych, który akurat akumulował się przez lata w maleńkich polskich miasteczkach? Tamci chłopcy grali z sercami na wierzchu, z taką niepohamowaną radością, że aż powietrze trzęsło się od ich entuzjazmu — no bo przecież coś takiego, te wysokie piłki wpadające z hukiem prosto w ziemię przeciwnika, to był dopiero doping, który naprawdę trafiał do wyobraźni. Wtedy mieliśmy jednego, konkretnego bohatera, który swoim stylem wbija ten tenis prosto w duszę każdego kibica, który kiedykolwiek stanął przy korcie. Dzisiaj to jest zupełnie inna bajka — ten gość z Belgradu, on już nie tylko serwuje piłkę, on ją dosłownie wpycha w kort z taką finezją, że aż się człowiek zastanawia, czy to aby nie jakaś mocniejsza wersja tamtych lokalnych legend. Tamci mieli w sobie tyle spontanicznej radości, tyle niedoskonałości, które czyniły ich grę jeszcze bardziej ludzką, a on? On działa z taką precyzją, że aż ciśnie się na usta, że to już nawet nie tenis, tylko jakieś wyrafinowane mistrzostwo, które aż trudno pojąć, jeśli się nie zna całej drogi. I właśnie w tym tkwi ta różnica: tamci grali tak, że aż brało się za serce, dzisiaj widzimy kogoś, kto gra tak, że aż mózg zaczyna kombinować, jak to właściwie jest możliwe. Ale nie oszukujmy się — kiedy on wbija ten serwis w ziemię przeciwnika i kort dosłownie drży z wrażenia, to my, kibice, reagujemy tak samo jak wtedy: albo zamieramy z otwartymi ustami, albo wybuchamy aplauzem, który aż zagłusza wszystko dookoła. Bo ostatecznie, czy to będzie ta mała lokalna historia sprzed trzydziestu lat, czy globalny popis dzisiejszego mistrza, jedno się nie zmienia — ten tenis, który trafia prosto do serca, który sprawia, że człowiek zapomina o świecie i po prostu cieszy się tym widowiskiem. No to może wypijmy za te czasy, kiedy mieliśmy jednego bohatera na kortach przyjeżynowych, i za te dzisiejsze, kiedy mamy geniusza, który wbija swój styl prosto w XXI wiek! 🍻⚡Najpierw policz, potem się spieraj.
-
słuchajcie no, ja się z wami na serio zgadzam, bo akurat pamiętam taki jeden wieczór w sosnowieckiej hali sportowej — pewnie latem dziewięćdziesiątego siódmego, kiedy to akurat organizowaliśmy otwarte treningi dla młodzieży i zaprosiliśmy paru miejscowych amatorów, żeby pokazali, co potrafią. a tamten jeden chłopak, może szesnastolatek, którego tata handlował częściami do traktorów, miał taki serwis… cholera, naprawdę jakby rzucał kulką tenisową z armaty! nie dość, że piłka leciała tak wysoko, że mi się zdawało, że widać ją aż za siódmym sufitem, to jeszcze taka siła była w tym uderzeniu, że w momencie kontaktu z kortem powstawała chmura kurzu i słychać było takie 'plask!' jakby ktoś strzelał z dubeltówki. przeciwnik, jakiś osiemnastoletni chłopak z akademickiego klubu, nie wiedział nawet, czy ma się schylać, czy się cofać — stanął jak wryty, a my wszyscy, starsi faceci przy stole z herbatą, tylko otworzyliśmy buzię i wytrzeszczaliśmy oczy. facet nie miał pojęcia o technice, nie trenował u żadnego mistrza, po prostu wyjął ze sobą tyle pasji i siły, że aż się bało patrzeć. no i potem, kiedy już nikt nie wiedział, co powiedzieć, ten smarkacz podszedł do siatki, klasnął w dłonie i krzyknął: "jeszcze raz!", a my? zaczęliśmy skandować jego imię jakby to był finał mistrzostw świata, nie jakiś lokalny turniej. bo widzicie, w tym właśnie tkwi magia — nie ważne, czy to będzie serbski geniusz z rakietą wartą więcej niż mój samochód, czy jakiś chłoptaś z sosnowieckiej ulicy z rakietą pożyczoną od sąsiada. kiedy uderzenie trafia tak, że aż serce podskoczy, to nie ma znaczenia, skąd to pochodzi. liczy się to, że potem przez tydzień wszyscy w mieście opowiadali o tym jednym uderzeniu, że ludzie przystawali na ulicach i naśladowali ten ruch ramieniem, że następne pokolenie myślało: "ja też tak potrafię". później, kiedy tamten chłopak poszedł na studia do Krakowa, mówił, że właśnie ta chwila w sosnowieckiej hali była tym, co go przekonało, że warto ciągnąć z tenisem. i wiecie co? ja mu wierzę na słowo, bo przecież ktoś musi dawać ten pierwszy impuls, ten sygnał, że coś jest możliwe. a dzisiejszy facet? on już nie daje impulsu — on wbija tenis w XXI wiek z taką mocą, że my, starzy bywalcy, zaczynamy się zastanawiać, czy przypadkiem nie powinniśmy iść na emeryturę, bo następne pokolenie nie będzie miało czego szukać… no ale zobaczymy 😉Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
No więc macie mnie, który akurat dzisiaj oglądał ten cały nonsens z jego "nowym stylem", a wpadło mi do głowy, że wy chyba zapomnieliście o jednej drobnej rzeczy — że geniusz nie wbija serwisu w kort, tylko wrywa się w niego, żeby przeciwnik nawet nie miał czasu pomyśleć, co się stało. Czy to była magia z laserem, czy armata na traktorze, jedno jest pewne: piłka trafia w ziemię tak precyzyjnie, że sędzia musi wyciągać lupę, żeby stwierdzić, czy to aut czy jednak... no właśnie, co? Aut czy as? 😏 Ale poważnie — wy wszystkich wspominacie te stare, piękne czasy, kiedy serwis brzmiał jak wystrzał z dubeltówki i wszyscy mieliśmy wrażenie, że to jednak jakaś tam lokalna legenda stworzyła coś wielkiego. No dobra, zgoda, fajnie było posiedzieć potem przy herbatce i gadać, że "ktoś kiedyś to zrobił", ale dzisiaj mamy faceta, który wbija tenis w XXI wiek tak mocno, że byle amator myśli: "Ja też tak potrafię!", a potem idzie do sklepu po rakietę za tysiąc złotych i próbuje to powtórzyć. I co wtedy? Wiwat lokalny bohater, bo on przynajmniej nie sprzedawał snu o mistrzostwie za darmo. A co do tej różnicy między spontaniczną radością a precyzją — no cóż, fajnie, że wam się marzy ten wiek złoty, ale czy ktoś z was zauważył, że dzisiejszy gość nie potrzebuje osiemnastu lat, żeby wbić serwis w kort tak, że przeciwnik leży na plecach? On to robi w połowie meczu, bo wie, że nie ma czasu na talię do tarota — albo wygrywa teraz, albo przegrywa za godzinę. A wy dalej siedzicie i gadasz o tych "prawdziwych korzeniach" jakby tenis był folklorem, a nie sportem światowym. No chyba że komuś brakuje romantyzmu w życiu, to może faktycznie powinien sięgnąć po rakietę pożyczoną od sąsiada i odtworzyć ten dubeltówkowy huk w lesie pod Poznaniem. Może wtedy zrozumiecie, dlaczego dzisiaj widzimy w nim nie magię, tylko po prostu... zawodnika na najwyższym poziomie. 🔥
-
A no bo ja pamiętam, jak to w którymś osiemdziesiątym pierwszym, a może to było nawet siedemdziesiąte coś, bo mój stary straszył mnie, że jak dalej będę się tak wymądrzać na kortach przy cegielni, to mnie odda do pracy w hucie… no więc graliśmy tam taki lokalny turniej o butelkę wódki "Wyborowej", którą oczywiście i tak od razu przepiliśmy po meczu, bo co innego mieliśmy robić w tej dziurze. No i był jeden chłop, nazywał się Józek, miał taki serwis, że… cholera, ludzie krzyczeli na niego, że to nie tenis, tylko wyrzut rakiety z Rosji albo coś, bo aż kurz unosił się nad kortem jak po wybuchu! Aż tu nagle, w finale, Józek dostaje piłkę, podrzuca ją wysoko, no i wali tak, że piłka leci prosto w drzewo obok kortu… i zrywa pół korony jabłoni, co wisiała tam od wieków! Sędzia krzyczy "aut", przeciwnik stoi jak wmurowany, a my wszyscy: "JÓZEK, TYLKO NIE ZABIJ RODZINY BEDNARKA!" Bo ten Bednarek miał tam sady w okolicy, a żona była taka, że jak jej ktoś oberwał w auto, to jeszcze żądała odszkodowania w formie przetworów. No i pamiętam, jak potem Józek tłumaczył na zebraniu klubu, że "to był celowy backspin, żeby przeciwnik się bać"… a myśmy tylko kiwali głowami i pili dalej, bo niby co mieliśmy powiedzieć? Że geniusz nie wbija piłki w jabłoń, tylko w kort? 🤣🍏⚡ Dzisiaj, jak widzę, że ten facet z Belgradu wbija serwisy w ziemię przeciwnika, to myślę tylko: "No dobra, Józek by się ucieszył, że ktoś w końcu zrobił to na serio". Chociaż podejrzewam, że nawet on by się wkurzył, że nie można było zrobić tego ciut bardziej dyskretnie… no bo cóż z tego, że piłka wpadła, skoro do dzisiaj Bednarek wysyła listy z żądaniami? 😂🍻Memy to też analiza.