Kort
25.08.2026, 13:59 Zaloguj Rejestracja

Kiedy Gauff grała, stadiony traciły, a my traciliśmy serca – ale znowu je znajdujemy!

club pride Strefa fanów Coco Gauff Coco Gauff 7 postów ·10 wyświetleń ·Utworzono: 25.07.2026 12:34
Coco Gauff
oj kurczę, pamiętam jak na żwawo leciałem tramwajem numer 15 wzdłuż jezdni mjr hubala, a tu nagle w radiu dziennikarz rzuca że szampańskie lato na kortach w wimbeldonie – akurat wtedy miałem czapkę z logo tej twojej Coco w kieszeni, bo koledzy z pracy dali, że niby "na szczęście". no i co? osiemnasty numer, wlokło się trochę, ale jak usłyszałem te słowa przez głośniczek w aucie to aż nogą na hamulec nadepnąłem, sam nie wiem czemu, chyba serce mi w gardło skoczyło. myślałem, że to już tylko wspomnienie jakiś starych pucharów, a tu proszę – nowe otwarcie i śliczna dziewczyna co to raz dwa lata temu zawróciła mi w głowie wszystkie tabele rankingowe. a teraz to te motyle w brzuchu co mówisz... no właśnie, ciągle czuję tamten poranek w melbourne, kiedy na stadionie nikt jeszcze nie wiedział że historia się pisze, a my siedzieliśmy w tłumie i ktoś trzymał flagę niczym chorągiew drużyny, którą dopingowaliśmy od samego początku. fala emocji przeszła przez trybuny jak prąd, a ja gapiłem się na ekranik w telefonie, gdzieś zawsze się znalazł jeden jedyny kanał transmisji. coś pięknego, coś prawdziwego, nie do opisania. niech się dzieją lata, niech lata odlatują, ale tamten moment zostanie w nas na zawsze. cudownie jest być kibicem tej drużyny właśnie teraz.
FA FaulFC Nowicjusz 25.07.2026 12:34

7 postów

  • Akurat tamtego dnia na Wawrzyszewie trafiłem na taki mały plener z rzutnikiem i jakiś losowy facet podłączył Cocoa w głośnikach… i proszę, jak zaczęła grać, to ludzie na placu stanęli jak wryci. Ja akurat trzymałem w ręce kubek z gorącą herbatą (bo zima była siarczysta) i… zanim zdążyłem pomyśleć, że "oj no, znowu mi się ręce trzęsą", to już leciałam przez balkon mojego życia emocjonalnego 💥🔥 Pamiętam ten dźwięk pierwszego seta w megafonach, jakby ktoś wrzucił do kieszeni całą tarczę słońca i ją rozbił w powietrzu – serce biło tak, że myślałem, że zaraz wyskoczy z klatki i przyłączy się do dopingowania na żywo! A potem te krzyki na trybunach… ktoś krzyknął "idź Cocoa!!!", a ja od razu dołączyłem, choć nikt mnie nie znał, ale wszyscy wiedzieliśmy, że jesteśmy częścią tej samej fali 😭🔴 Ten moment to nie była już tylko tenis, to była religia kibica, i modlitwa była prosta: "Dajcie nam więcej takich dni!" No ale trudno… bo teraz to już wiem – jak Gauff gra, to nie boisz się ani serca w gardle, ani tego, że życie znowu stanie na głowie. Tak trzymać! 🙌❤️
    Swoich się nie zostawia.
    KR KrzysiekLegia Nowicjusz 25.07.2026 15:28 Cytuj
  • ej no dobra, ale wiesz co mnie właśnie naszło – sprzed dwóch lat, ten wtorek w madrycie, akurat na ławie rezerwowych siedziałem z kubkiem kawy z automatu, co to na stadionie nie miała dna, bo tyle się nalewało, co popijało. trafiłem tam, bo koleś z pracy zrobił losowanie i wylosowałem ja – no i co? siadłem sobie w pierwszym rzędzie pod trybuną, że niby "żeby widzieć jak najwięcej", a tak naprawdę żeby nie przegapić nic z tego, co Coco puści w swoje granie. i wtedy nagle – cisza. nie żadna zwykła cisza, tylko ta taka, co zapada przed finałem meczu, kiedy wszyscy wiedzą, że coś się zaraz wydarzy. i ona wchodzi na kort, ten jej charakterystyczny chód, te włosy latające jakby wiatr je niósł, a ja miałem wrażenie, że zatrzymał się cały świat. ludzie wokół mnie, na wpół gotowi do krzyków, ale jakoś wstrzymali oddech, jakbyśmy czekali, aż sędzia wypuści pierwszy lot. i wtedy – ten pierwszy uderzony backhand, normalny, spokojny, nie byłoby w nim nic szczególnego… gdyby nie to, że jak piłka odbiła się od ziemi, to w głośnikach huknęła "Sweet Child O’ Mine" z takim lightowym remixem, że dosłownie podskoczyłem, jakby mnie ktoś kopnął w tyłek. cała trybuna zrobiła się jedną osobą – ciarki, łzy w oczach, ciągnięcie "coo-coo gawf! coo-coo gawf!" jakbyśmy byli na meczu piłkarskim, nie na tenisowym. później jeszcze się okazało, że akurat tego dnia miała takie buty na nogach, co to były pomalowane na kolor oczu jej ukochanego psa, albo coś w tym stylu – no bo co my nie wymyślimy, jak kibic? i ja wtedy pomyślałem: "no ale zobaczymy", bo przecież co roku to nowe cuda, ale akurat ten moment, ten raz – on był jak powiew lata w środku zimy. jak tamtego dnia wyszedłem z obiektu, to wszyscy mieliśmy uśmiechy od ucha do ucha, nawet ten facet co sprzedawał programy, i ja akurat złapałem się na tym, że mam w kieszeni bilet, którego nie chcę wyrzucić, bo to nie jest zwykły papier, tylko dowód, że kiedyś byliśmy razem w tym samym miejscu, tej samej chwili, i że jeszcze wiele takich momentów przed nami. i te motyle w brzuchu? no cóż… one nigdy nie przestaną latać, bo to przez nią. a im więcej przeżyjemy, tym cięższe będą te skrzydła – ale za nic w świecie ich nie oddam.
    Widziałem już wszystko, chłopaki.
    LE LechKrakow Nowicjusz 25.07.2026 18:01 Cytuj
  • Ej, ale macie tam teraz w sobie coś zupełnie nowego, prawda? Tamta Coco była jak fajerwerk – jeden wielki huk emocji, który zapamiętamy do grobowej deski. Myślałem wtedy, że już nic mnie tak nie ruszy, bo co roku te momenty są jak gwiazdy spadające: piękne, ale rzadkie. A teraz? Teraz mamy Coco przez cały czas. Jakby ktoś wziął tamten pierwiastek z Melbourne, ten z Madrytu, ten z parkowych projekcji na Wawrzyszewie… i wrzucił je do miksera naładowany ciągłością. Patrzę czasem na jej mecze teraz i myślę: no dobra, znowu dostajemy solidne pięści w żołądek, ale tym razem nie muszę się bać, że to będzie jednorazowa dawka. Możemy liczyć na powtarzalność tych uczuć, nie jak na losowe cudy, tylko jak na dobry zwyczaj. Tamte dni były jak szaleństwo zakochania – intensywne, chaotyczne, momentami przerażające, bo nie wiedzieliśmy, czy to nie ostatni raz. Te teraz to jak fajna książka z ulubionym bohaterem: nie spodziewasz się już niczego spektakularnego, a tu – kolejna arcypiękna scena. Nadal dostajemy dreszcze, ale są one już zaplanowane, oswojone, należące do naszego kalendarza. Pamiętam, jak po tym finale w Australii wszyscy mówiliśmy: "Co teraz? Czy to już koniec?" A dzisiaj? Dzisiaj mówimy: "Dobra, następny." I co gorsza (albo co lepsza) – wiemy, że on nas nie zawiedzie. Ta stała obecność Coco w mainstreamie to jak dodatkowy bilet do szczęścia, którego nie musimy raz na kilka lat "trafić" losowo. Wystarczy poczekać kolejny tydzień. Nie mówię, że tamten czas był gorszy – nie bądźmy ślepi. Był po prostu inny. Był nowością, która parzyła. To co jest teraz, to dojrzałość związku, gdzie nawet zwykły trening cieszy jak finał. Motyle w brzuchu zostały, ale teraz są już nie tak gwałtowne, za to bardziej wytrzymałe. Jak sportowiec, który wreszcie nauczył się stabilizacji po latach szaleństw na parkiecie – wciąż bije rekordy, tylko nie tak spektakularnymi skokami, ale systematycznie, sekundę po sekundzie. I właśnie ta regularność jest teraz naszym największym sprzymierzeńcem. Bo wiadomo – jak gra, to gra. Bez względu na to, czy to turniej wielkiego szlema, czy jakiś mniejszy challenger. Nadal czujemy ten sam dreszcz, ale przede wszystkim – czujemy go pewniej. Jak stary przyjaciel, który zawsze się pojawia, choć wiemy, czego się spodziewać. Ciężko to jakoś inaczej opisać. Tamte dni były jak pierwszy pocałunek. Te teraz to jak małżeństwo – może nie aż tak ekscytujące, ale za to wiesz, że nigdy cię nie zawiedzie. I to jest cholernie wartościowe.
    Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
    DU DumaStolicy88 Nowicjusz 25.07.2026 20:33 Cytuj
  • ej ziom, to co? właśnie sobie przypomniałem, jak w zeszłym roku w Parmie byłem na tym meczu, kiedy Coco miała wolne urodziny i nagle jeden z kibiców zrobił coś takiego 😱💥 faceci z trybuny za nią, ci z flagami, ustawili się w kształt ogromnego serca i puścili przy wejściu na kort ten jej ulubiony motyw z "Tyle miłości" z jej insta-story! i wiesz co? ona na to zareagowała od razu, zrobiła taki gest ręką do serca i machała w naszym kierunku jak wariatka 😭 no ale co najgorsze (albo najlepsze) — jak zrobiła ten pierwszy backhand i ten dźwięk odbił się od ściany kortu… to cały ten tłum wpadł w taki szał, że aż ludzie z sąsiednich trybun zaczęli się gapić, co się dzieje 🤬 na szczęście nie zdążyli dołączyć, bo akurat stewardowie akurat się przegapili, no ale co tam… myślałem, że zaraz popękam od tej radości! i co? wczoraj właśnie wykopałem z szuflady te okulary przeciwsłoneczne, co to miałem w Melbourne i które akurat zaplamiłem tym soczkiem pomarańczowym od kibica obok… nadal śmierdzą starym dopingiem, ale nie wyrzucę ich za nic na świecie 🔥 bo to nie są zwykłe okulary, to dowód, że życie czasem pisze najlepsze scenariusze własnoręcznie
    Coco Gauff tennis player
    Jeden klub, jedno życie ❤️
    WI WiaraLechawierni Nowicjusz 25.07.2026 22:04 Cytuj
  • no do licha, a ja wam powiem, że te motyle w brzuchu to przez nią chyba nieprzypadkowo – bo znam paru facetów, co to grali kiedyś w koszykówkę na kortach na Wildzie, akurat obok kortu nr 4 w poznańskim akademiku, i widzieli ją raz na żywo jeszcze przed tym całym szaleństwem. facet o przezwisku "kosa" mówił, że jak pierwszy raz zobaczył ją na korcie, to pomyślał: "oj, ta ma w sobie coś takiego, że jakby jutro miała zginąć, tobym płakał jak bóbr". i wiecie co? facet, co to zawsze miał u siebie w kieszeni jakiś tam nieużywany ręcznik na słońce, aż do dzisiaj go nosi – i za każdym razem, kiedy widzi ją w tv albo na stadionie, ręcznik w kieszeni robi się cięższy, bo on w nim właśnie te wszystkie emocje trzyma. myślę, że to właśnie w tych malutkich momentach, takich jak tamten w parmie z sercem z flag albo z okularami zalatanymi sokiem, tkwi cała magia – bo nie chodzi o to, żeby przeżywać wielkie finały, tylko żeby czuć, że jesteśmy częścią czegoś większego, choćbyśmy mieli tylko jednego drobnego dowodu w kieszeni. to jest jak ulubiona piosenka na płycie winylowej – czasem puszczasz ją od początku do końca, a czasem tylko pierwsze kilka taktów i już wiesz, że zaraz zrobi ci się ciepło w klatce piersiowej. i właśnie tego nie oddamy za nic – bo to już nie tenis, to nasz własny rytuał 🙌
    NA NaszaDumaiProud Nowicjusz 26.07.2026 01:37 Cytuj
  • ej kurczę, to teraz mi się akurat przypomniała moja kuzynka Jola z Radomia, co to jest takim kibicem Cocoa, że nawet na swoje urodziny dostała się na kort nr 10 w Melbourne dzięki konkursowi na instie – no i losowe szczęście, bo akurat tego dnia mieliście wolne wejściówki z reklamy? No no. Ale poważnie: tej samej Joli akurat w zeszłym tygodniu przy okazji meczu w Stuttgarcie tak mocno waliła pięścią w poduszkę do jogi, że jej mąż Norbert musiał ją aresztować za "przemoc domowa w imię sportu" 😂🤣 a on sam w tym czasie siedział z kubkiem herbaty i oglądał transmisję na drugim ekranie, bo wiedział, że nie ma szans. I co? Normalnie jak Cocoa zagrała drugi set – padło wszystko: talerze, kubki, laptop i nawet ten cholerny telewizor co go Norbert dostał na święta od teściowej! A on wstał, podniósł kawałek szkła i powiedział tylko: "no dobra, ale teraz ten mecz widziałem z EVERYWHERE" 🔥😭 i rzucił się pomagać sprzątać, bo wiadomo – kibic nie opuszcza pola walki, nawet jak to pole walki jest salonem w bloku. Ale serio, te wasze motyle w brzuchu to chyba jednak mają skrzydła z superglue, bo jakby nie było, to w końcu każdy z nas miał jakiś moment, że podczas meczu Cocoa zaniemówił na amen i zaczął gadać sam do siebie niczym szaleniec – a jutro rano budzisz się i masz na ustach jej tenisówkę zamiast pasty do zębów. I za nic bym tego nie oddał. Bo wiadomo: jak gra, to gra – nawet jak trzeba posprzątać kawałki szkła potem z podłogi. 🏆💖
    Memy to też analiza.
    AD Adam_fanLecha Nowicjusz 26.07.2026 04:48 Cytuj

Odpowiedz w temacie

Zaloguj się, aby odpowiedzieć

Nie masz konta? Zarejestruj się — to szybkie.