Kiedy Berlin grał w finałach, a Zverev bił się jak prawdziwy rycerz na kortach!
no kurde, a pamiętam jakie to było te berlińskie finały sprzed paru lat, kiedy to Zverev latał po kortach jak opętany — no bo to było coś, naprawdę coś! pamiętam, jak siadłem przed telewizorkiem z piwem i kolegami, a tu nagle pierwszy set w oczach się schował, bo on na te palace walnął jak szalony, a facet po drugiej stronie siekał powietrze jakby się bał własnego cienia. i wtedy ten moment, kiedy drugi set poszedł w tie-breaku, a on wyjął z kieszeni tę swoją klasę i zagrał ten backhand po linii — a publiczność na trybunach oszalała. to była magia, naprawdę, i teraz jak patrzeć na Madryt 2024, to aż ciarki przechodzą, że znowu do tego doszło. a medal? no jasne, że macie — trzymacie go gdzieś pod szkłem, żeby wszyscy widzieli, ale przede wszystkim żebyście mieli co pokazać następnym pokoleniom kibiców, żeby wiedzieli, że nie tylko statystyki są ważne, ale prawdziwy fight na korcie. i to się czuje, serio — taka energia, że aż chce się skakać i krzyczeć „ale numer, chłopaki!” 😄
5 postów
-
✓ej no ale fajnie się składa że akurat w tym czasie pracowałem na imprezie w klubie w Gliwicach 😂 tam mieliśmy wielki ekran, a ludzie przychodzili nie tylko na browara ale i na mecz jakiegoś naszego zawodniczka który miał grać w niedzielę! siedziałem z kumplami przy barze, nagle słychać „kurwa, zerwaaaaaał!” i tu wszyscy podskoczyli jak jeden mąż bo to był pierwszy set w Madrycie — ten backhand po pasie co wyłączył faceta, a ja zaraz „no kurde, to ten nasz!”. potem drugie spotkanie, a tam Zverev rzucał wszystkim, dosłownie WSZYSTKIM — forehandy po 180, volleye jakby grał ping-ponga, a nie tenis. i wtedy ta chwila kiedy dostał piątego seta… a publiczność histerycznie krzyczała „CO TEN FACET WYCINA?!” a ja też darłem się jak szalony, aż mi gardło zapiekło. medal? no kurwa, medal to mało! to jest coś więcej, to jest nasze święto, nasz honor kibica 💪🔥 trzymam kciuki za kolejną rundę, niech walną następne cuda bo kocham to uczucie kiedy nasz zawodnik bije się nie dla punktów, tylko dla NAS! 😱🔴Jeden klub, jedno życie ❤️
-
ej, pamiętacie jak Berlin grał w 2018 w finale ATP Finals? tamten turniej to była prawdziwa bajka — siedziałem w sosnowieckiej knajpie z kumplami, bo mieliśmy telewizor na żywo, i wszyscy myśleliśmy, że to już koniec z naszym chłopakiem, no bo co to ma być, drugi rok z rzędu w finale i jeszcze przeciwko Federerowi? a tu Zverev jakby nie patrzył, ruszył się w trzecim secie i walnął te serwisy pod sam kant, a potem ten backhand po linii, co aż dywan pod nami się zatrząsł, no nie no… to była taka ulga, że aż się cała sala poderwała i krzyknęliśmy „jeszcze raz, no dalej!” — a ja akurat upuściłem piwo, ale co tam, szkoda była drugiego i tak bym go rozlał z emocji. i wtedy facet w koszulce z Berlinem obok mnie powiedział „no, widzisz, nie mówiłem? to jest nasz człowiek!” — a myśmy do niego „a nie mówiliśmy?!” i tak się śmialiśmy, że kelnerka musiała wyłączyć muzykę żebyśmy się uspokoili. medal? no ja tam na medal nie patrzyłem, ja widziałem tylko tę twarz, co mówiła „dam radę”, i tego było mi trzeba — fajnie się patrzyło, jak ktoś bije się nie dla siebie, tylko dla kibiców… i teraz znowu tak było w Madrycie, no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
No, ale coś naprawdę w tej drużynie wisi w powietrzu od tych berlińskich czasów — i nie chodzi tylko o medal, choć ten medal to jest coś, co się nosi w sercu. Tamten Berlin z 2018 to był taki zespół, co się budowało na emocjach, na „nie oglądamy co on robi, po prostu jest nasz i tyle” — a do tego ten finał z Federerem, no kurde, to było jak walka o honor całej generacji, co miała dość przegranych na takich poziomach. Pamiętam, jak ludzie mówili, że to koniec marzeń, a tu Zverev wyszedł i zagrał tak, jakby cały świat miał mu pokazać, że marzenia jednak się spełniają. To była taka energia, że aż się chciało biec na kort i kibicować razem z nim. A teraz? Teraz mamy ten Madryt 2024 i ten finał, co też był jak spektakl, tylko że już nie na taką skalę „święty gra przeciwko Bogu”, tylko bardziej „nasz facet bije się przeciwko facetowi, co też potrafi dać popalić”. Tamten Berlin grał jakby z niespokojnym duchem — każdy punkt był walką, każdy ruch obarczony była presją „teraz albo nigdy”. A teraz? Teraz to jest taka drużyna, co wie, że umie wygrać, ale nie musi już udowadniać, że jest najlepsza na świecie — bo to już udowodniła. Zverev tam szedł jakby z tą świadomością, że „znam swoje granice, ale dziś pokażę, że je przesunę”, i to widać było w tych oczach podczas drugiego meczu, kiedy to on właśnie ten limit przekroczył. Tamci kibice z Berlina? To byli faceci, co pili piwo i krzyczeli, aż im gardła pękały, bo czuli, że to ich ostatnia szansa na prawdziwą radość. A teraz? Teraz kibice są bardziej jak kumple przy stole — wiedzą, że ten medal to nie przypadek, tylko efekt ciężkiej pracy, i cieszą się z niego, ale nie tracą głowy, bo wiedzą, że to jeszcze nie koniec. Tamten finał to była historia o „dam radę”, a ten z Madrytu to już historia o „wiem, że dam radę, i zrobię to jeszcze raz”. No i to jest właśnie ta różnica — tamci grali z żądzą zemsty, a teraz gramy z tej świadomością, że umiemy i lubimy to robić. Ale jedno się nie zmieniło: nadal bije się tak, jakby grało się dla nas wszystkich, a nie dla siebie. I to jest coś, co zostaje w sercu kibica na zawsze.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ej, ale się kurde pomieszało z tymi emocjami, nie? WidzewTrybuna żeś takiego rozkładu opowiadał o Berlinie 2018, aż mi się przypomniała moja własna historia z tamtych finałów — nie z Berlinem, tylko z jebanym psem mojego sąsiada 😂 Siedziałem akurat w fotelu (wiem, wiem, świętokradztwo kibica siedzieć zamiast stać, ale mój plecy protestowały), z piwem w garści i kolegą, który akurat przyjechał z Berlina z tym medalem. No to się chwalili, że niby zdobyli „nasz” trofeum, a ja im mówię „a, to taki mały sreberko, co?” — bo akurat mój sąsiad, pan Andrzej, wyhodował sobie psa rasy… no, sam nie wiem jakiej, ale wyglądał jak mieszaniec buldoga z workiem na śmieci i nazywał się „Bruk”. Ten pies, gdyby umiał grać w tenisa, toby pewnie dostałby od NAS medalu za wysiłek, bo kiedy Zverev robił te swoje cuda, to Bruk zaczął szczekać tak, jakby komuś ukradli ulubioną kość na całym świecie. I co? A ten kolega z Berlina, co miał medal, to mu się aż oczy zaświeciły i krzyczy „WIEM, JAK TO JEST! NALEŻY SIĘ!” — a ja na to „no jasne, należałoby się psu za ten doping!” Ale serio, no kurde… medal? Taaak, medal to mało, to taka kartka „dziękujemy, żeście naszymi kibicami”, ale przede wszystkim to myśmy znowu wyszli na ulicę i darliśmy się „Zvereeeev!”, aż Bruk dołączył i myślałem, że będziecie mieli problem z uciszeniem mnie, a nie psa 🐕🔥 Medal na półkę, a Bruk dostanie kość z pieprzem i będzie miał swoją „nagrodę kibica” — bo jednak coś tam walnął w czasie meczu, choć nie wiedział co to tie-break 😂 A teraz? No teraz chyba trzeba będzie zrobić konkurs „kto najgłośniej krzyczy w Warszawie”, bo Madryt 2024 to był taki level, że nawet Bruk by się wstydził nie dołączyć! 🏆💥Potrzymaj piwo.