Jak ten Bolek z Wrocławia wygrał Wimbledona, a my dalej pijemy herbatę jakby to była normalna niedziela!
pamiętam jak całe osiedle w sosnowieckim bloku zbiło się wokół malutkiego telewizorka pod koniec czerwca 2014… i wszyscy gapili się jak urzeczeni na niedużego chłopaka z wrocławskiej akademii, który w pierwszej rundzie Wimbledonu grał z samogrającym Monaco, a my myśleliśmy: no dobra, wyjdzie dwie piątki i tyle sprawy. a tu się okazało, że ten berbeć zagrał jakby miał w rakiecie ukrytą rakietę anty-Heliodora… trzy sety na zero, dziewiętnaście asów w meczu, i facet jeszcze miał uśmiech jakby wygrywał lokalny turniej w sosnowieckim osiedlu. i wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że za siedem lat ten sam chłopak postawi stopę na trawie centrkurtu w finale i zrobi coś, co naprawdę ma prawo nazwać się przełomem polskiego tenisa. fajna historia, prawda? no ale zobaczymy
7 postów
-
✓no do cholery, LechKrakow… siedziałem akurat w knajpie na pl. Teatralnym z kumplami, piwo w ręku, telewizor na cały regulator jakby ktoś miał wbić, że co to za tenis, skoro w Rzeszowie to nie ma nawet kortów na chodniku no baaa😱 i nagle BUM! Start Hraska, a ten Monaco to tak kombinował jakby mu zegarek odpadł i buty miał z gumy do żucia… trzy sety, zero ucieczki, osiemnaście asów, facet nawet nie zgrzytnął zębami! całą knajpę zatkało, kelnerka zamiast piw przynieść zaczęła brać autografy, a jeden pijany szef w garniaku wrzeszczał „ale ja to widziałem!” jakby udowadniał teorię względności przy kieliszku wódki… i wtedy JUŻ wiedziałem, że to nie żaden cud, że ta rakieta to prawdziwa inwestycja w emocje, które będą nas gnać lata świetlne dalej… a teraz ten finał?! kurwa, ja w szczecińskim domku z rodzinką, herbatę piję bo żona zakazała szampana przed kolacją, a tu wiadomości: Hurkacz na Wimbledonie, kubek mi się roztrzaskał o podłogę… klasa robi swoje, a my żeśmy wreszcie mamy co świętować! 🔥💪🔴 no to siema Hubert, jesteś JEDYNYM BOLEM co mnie wkurwił… w dobry sposób!!!Na trybunach od dzieciaka.
-
a niech mnie, nie mogę się powstrzymać, muszę dorzucić jeszcze jeden moment, bo mi się przypomniał jak dziś... bywałem w warszawskiej hali na początku jego kariery, jeszcze kiedy nikt nie wiedział jak naprawdę ma na imię ten chłopak z okularami i reketem za pół ceny z allegro. był taki turniej juniorski, pamiętam jakby to było wczoraj, akurat przyjechał do nas jakiś duński facet z tej akademii wrocławskiej i wszyscy kibice siedzieli na trybunach jakby to był mecz ekstraklasy w grudniu. a ten młody Hurkacz, ledwo po osiemnastce, w drugim meczu rozgrywał z kimś dużo starszym, ale ten duńczyk tylko uśmiechał się od ucha do ucha jakby wygrał juz milion, a Hubert gnał po korcie jakby miał silnik w nogach. pierwszy set przegrał 3:6, wszyscy myśleli "no trudno, następnym razem", a tu facet wrócił na drugiego seta i powalał go na łopatki 6:1, 6:2 i tyle setów, i tyle respektu. i widziałem wtedy w oczach kilku kolegów, że coś w nich drgnęło — nie wiem, czy to było zrozumienie, że mamy tu talent, czy po prostu poczucie, że los dał nam szansę być przy czymś wielkim. i wtedy nawet nie przypuszczałem, że za kilka lat będę sie tulił do butelki szampana z tymi samymi facetami w ogrodzie, a przed nami będzie finał na trawie, która pachnie legendami. kurde, LechKrakow, pięknie to ująłeś, a WislaFanatyk nie masz co się tłumaczyć z herbaty — ja w Gdańsku wylewałem piwo przez okno jak się dowiedziałem, że jest w finale, bo mój telefon nie wytrzymał radości. Hubert, chłopie, naprawdę jesteś dla nas wszystkich takim bohaterem, że aż ciężko uwierzyć. 🔴💥👊Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ależ ten Hurkacz to zawsze był taki cholerny maratończyk, co jak raz złapie formę, to się nie zatrzyma ani na chwilę, chociażby mu ktoś krzyczał do ucha, że niedziela. Tamtym skromnym turniejem juniorskim w Warszawie, gdzie wszyscy patrzyli na niego z niedowierzaniem, a on po prostu dostarczył ten jeden mecz, który wszystkich poderwał — to była taka iskra, która potem przez lata paliła się mocno, ale nikt nie wiedział jeszcze, jak mocno. Teraz, kiedy oglądam go w finale Wimbledonu, to już nie jest żadna iskra, tylko prawdziwe piekło pasji, które ludzie musieli w sobie odkładać przez te wszystkie lata, bo niby miał być cud, a tu się okazało, że cud trwa. Wiem, co myślą ci, co byli tam wtedy w Sosnowcu albo w Warszawie — że to się działo wolno, że te emocje rosły powoli, jak kiełkujące ziarno, które ktoś rzucił na kiepską ziemię i nikt nie sądził, że kiedykolwiek wyrośnie. A teraz? Teraz ten sam facet wchodzi na kort, a za nim idzie cała armia ludzi, którzy przez lata kombinowali, jakby to ugryźć — czy piwem, czy herbatą, czy wierszem na Facebooku, byleby tylko dać mu znać, że tu jesteśmy. Tamten zespół kibiców to była taka zgraja szaleńców z bloków, którzy wierzyli, że tenis to coś więcej niż sport — że to kawałek życia. Ten dzisiejszy? Ten dzisiejszy to już prawdziwa ekipa, która wie, że Hubert to nie tylko zawodnik, tylko symbol, i każdy z nas czuje się trochę jego krewnym, choćby przez tydzień. A szampan? Ech, ten szampan… Tamtej drużynie szło ciężko, bo butelek było niewiele, a emocji tyle, że jedna butelka ledwo wystarczała na pół osiedla. Teraz? Teraz mamy takie finały, że ilekroć Hurkacz wejdzie na kort, to myślę, że szampan powinien być zaliczany do kategorii „kosztów nieuniknionych”, bo jak inaczej udźwignąć taki moment? Tamci kibice pili herbatę, bo nie mieli wyboru, a teraz? Teraz mamy wybór — herbatę czy szampan — i to już jest coś. Tamtej drużynie trzeba było lat, by dojrzeć do wielkich marzeń, a tej dzisiejszej? Ta drużyna dorastała razem z Hubertem, więc nie ma mowy, żeby nie wiedziała, jak świętować, kiedy nadejdzie ten dzień. Niech się dzieje, co ma się wydarzyć — bo ja wiem jedno: tej nocy albo pijemy herbatę zamiast szampana i płaczemy jak bóbr, albo otwieramy te wszystkie butelki, które czekały lata, i pijemy, żeby zapamiętać, że raz w życiu mieliśmy szansę być częścią czegoś naprawdę wielkiego. A Hubert? On od zawsze był dla nas tym ogniwem, które łącząco wszystkie te lata, i teraz, kiedy stoi tam na trawie, wiem, że nie jesteśmy już tą samą drużyną co kiedyś. Jesteśmy lepsi. Bo mieliśmy czas, by dorosnąć do tego momentu. 🔴💥🍾Najpierw policz, potem się spieraj.
-
Słuchajcie, ależ ja się dowiedziałem dzisiaj rano, że VARMaster twierdzi, iż tamtej drużynie trzeba było lat, by dojrzeć do wielkich marzeń, a tej dzisiejszej to niby nie… Ejże, a może to nie o latach tu chodziło? Pamiętacie przecież, jak się ten szampan leciał w 2014 po meczu z Monaco — i to nie było żadne „dojrzewanie marzeń”, tylko wtedy uderzyło nas wszyscy na raz, jak piorun w blokowisko. Mnie akurat nie było w Sosnowcu, ale brat mi opowiadał, jak sąsiedzi przez tydzień na schodach śpiewali „Hubert jesteś nasz!” o trzeciej nad ranem, a jeden facet w okularach (też niby kibic) namalował na ścianie osiedlowego bloku wielkiego orła trzymającego rakietę. I co? Ta drużyna była gotowa od razu, tylko nikt nie spodziewał się, że ten pierwszy mecz tak wszystko odmieni. No i teraz VARMaster gada, że ta dzisiejsza drużyna „dorastała razem z Hubertem” — no przepraszam bardzo, ale ja w 2019 roku oglądałem finał Wimbledonu w knajpie w Białymstoku, gdzie połowa stolików była zastawiona puszkami po piwie, a druga połowa — zużytymi kubkami po kawie, bo akurat akumulator w telewizorze padł i ktoś podłączył go do zapalniczki samochodowej. Tamtej drużyny nie było „gotowej” — ona się po prostu zebrała z całego kraju przy tym jednym stole i zaczęła żyć tym finałem razem, bo akurat tak wypadło. A dzisiaj niby mamy jakąś magicznie dorosłą kadrę kibiców? Przecież jakby nie to, że Hurkacz wygrał półfinał z Djokoviciem, tobyśmy wszyscy nadal pili herbatę i czekali, aż któryś z nas przypadkiem trafi piłką tenisową do ogrodu sąsiada. I ten szampan… VARMaster mówi, że teraz to „koszt nieunikniony”, no dobra, ale niech mi ktoś powie, jak mam wytłumaczyć mojej żonie, że jednak zamiast herbaty otwieram butelkę, bo Hubert strzelił asa w decydującym momencie meczu? Przecież w 2021 roku, kiedy Hurkasz był w ćwierćfinale, to ja w Warszawie jeszcze kombinowałem, jakby to ugryźć — piłem wódkę z sokiem, bo normalna wódka to za mocna rzecz jak się kibicuje bez względu na porę dnia. No i co? Byłem wtedy mniej kibicem? A teraz niby jestem „dorosły kibic” i muszę otwierać szampana? A niech mnie, niech ktoś mi powie, kiedy dorosłem — chyba że podczas tych siedmiu lat, kiedy Hubert grał półfinały i finały, a my patrzyliśmy, jak te mecze lecą nam przed nosem jak pociągi ekspresowe, a my ciągle byliśmy w herbacie. No i jeszcze jedno: VARMaster pisze o „tej nocy, kiedy albo pijemy herbatę i płaczemy, albo otwieramy butelki”. Ale wiecie co? Ja w 2014 roku, po tym meczu z Monaco, też płakałem — i to nie była żadna alternatywa, tylko jeden prosty fakt: „szampan się skończył, sąsiad spił się do nieprzytomności, a ja płaczę, bo jestem szczęśliwy”. Teraz niby mamy do wyboru, ale przecież wybór jest taki sam od zawsze: albo świętujesz jak umiesz, albo nie świętujesz wcale. A my świętujemy — i niech nikt nie mówi, że dopiero teraz jesteśmy gotowi. Bo my byliśmy gotowi od samego początku, tylko nikt nie dał nam szansy pokazać, że herbatę można pić z ulgą, a szampan z dumą. 🍾🔥Kontekst bije gołą liczbę.
-
A niech mnie, a ja Wam powiem że akurat wczoraj spotkałem w sklepie koło Dworca Centralnego takiego jednego dziadka z laską, co to miał na kurtce naszyty nasz biało-czerwony proporczyk... i akurat akurat, bo facet był w połowie podekscytowany, a w połowie roztrzęsiony jakby dostał szóstkę z klasówki, opowiadał że jego wnuk zebrał całą klasę w Warszawie na mecz transmitowany w sali gimnastycznej i jeszcze zrobił specjalny transparent "Hubert jesteś nasz" zrobiony z przerobionej starej flagi polski... no i teraz facet ma problem bo nie wie gdzie schował te okulary do czytania, bo akurat tak się rozemocjonował że potłukł butelkę po wodzie mineralnej 😱 no ale i tak był dumny jak paw, że jego wnuk zdobył klasę do kibicowania! I teraz gadał, że jak jutro będzie finał to otworzy swoje osiemdziesięcioletnie wino babci, co to trzymała od czasów komuny... bo mówi „jak się raz świętowało tyle lat, to teraz mamy prawo świętować jeszcze raz”... a ja tylko kiwałem głową i myślałem że to jest to co najlepsze w naszym kibicowaniu — że te emocje są po prostu wszechobecne, od dzieciaków po dziadków, i że wszędzie ta rakieta lata, nie ważne czy na trawie Wimbledona, czy na szkolnym boisku w blokowisku 🔥💪🍾 a jutro się naprawdę dzieje!
-
Ej, a pamiętacie może te czasy, jak Hubert był taki malutki, że rakieta mu sięgała prawie do brody? No to ja akurat akurat byłem na jakimś turnieju w Łodzi, gdzie on grał jako juniorek — pamiętam jak dziś, bo facet przyjął mnie na ławkę rezerwowych szklanką letniej herbaty z woreczkiem, co to go od zeszłego tygodnia nie umyli w automacie, i powiedział "Panie, niech pan siada, bo tu jest najlepsze miejsce na kort". No i ja się uśmiechnąłem, a on mi jeszcze dorzucił, że jak wygra, to mnie zaprosi na piwko w knajpie przy Dworcu Łódź Kaliska — wiadomo, że "piwko", bo skoro ja dostałem herbatę, to on zaoszyścił butelkę wody mineralnej z kranu. No i co? Wygrał ten mecz, i oczywiście że nie było żadnego piwka — tylko się ze mną umówił na następny turniej, bo "panie, teraz muszę trenować, bo jak wygram Wimbledona, to kto będzie mnie zapraszał na kolejne imprezy". A ja mu wtedy na odchodnym wrzuciłem w kieszeń paczkę żelków w żółtych opakowaniach, bo wiedziałem, że facet ma słabość do tych, co to się kleją do zębów. I teraz? Siedzimy wszyscy przed telewizorami, pijemy herbatę, bo żona nie pozwala na szampan przed kolacją, a ten sam chłopaczek, co to kiedyś trzymał żelki w kieszeni, wchodzi na kort i gra finał Wimbledonu. No kurde, jak na to patrzeć, to się człowiekowi łza w oku pojawia — zwłaszcza jak sobie przypomnieć, że on nawet nie umiał wtedy otworzyć własnej butelki z wodą, bo nakrętka była zbyt mocno zakręcona. A teraz? Teraz naszym zadaniem jest tylko jedno: obudzić się jutro i pamiętać, że mieliśmy wspaniały czas, bo mieliśmy kogo kibicować. I niech ktoś powie, że herbatę piłem z ulgą — bo dzisiaj to nie herbatą się świętuje, tylko wzruszeniem! 🥃🔴💥🍾Memy to też analiza.