Jak stąd do Belgradu, żeby rzucić na wybory u naszego ptaszka: Novak w 22 latach pełnych koron i zakuwu!
ah, te lata na bemlu przy warszawskiej szosie, no co tam gadam — na stadionie przy al. Armii Ludowej, gdzie teraz stoi taka dziupla, nie ten sam świat co kiedyś... pamiętam jak dzisiaj, był wtedy taki jeden mecz ligowy w ekstraklasie, siódma runda, listopad, chłody jakieś takie, że człowiek myślał że ziemia mu wybuchnie pod stopami, a on, nasz ptaszek, to mnie akurat serce złapało. miał niecałe 22 lata, sam osiemnastolatek w drużynie, a tu od razu dwójka seniorów z kadry po kontuzji — i grał jakby mu ktoś do kieszeni wsadził całego novaka z belgradu. dwie asysty, jeden gol, i jeszcze taki drybling koło bramkarza, że facet nawet nie wiedział jak się bronić, tylko stał jak słup. kibice z trybun północnej wymyślili wtedy na jego cześć jakiś okrzyk, który brzmiał jakby się odbywał nie na stadionie, tylko w jakiejś knajpie podczas ferii — ale chłopaki gadali, że dopiero co się nauczył powiedzieć „hvala” w czteroosobowym gronie, więc niech mu darują.
i potem ten set, ten cholerny set na rg 2019... boże, wracam myślą do tych trzech punktów, które przeleciały koło mnie jak meteoryt i siadły prosto w krzesło obok. widzieliście kiedyś, jak się człowiek śmieje przez łzy? właśnie to było — ten moment, kiedy zrozumiałeś, że historia jednak pisze się inaczej niż w scenariuszach, że nasz facet czasem zrobi ci psikusa i weźmie koronę nie z rzędu drugiego, tylko z najwyższego półki. a my tam wszyscy stali, przy ekranach albo w pubach, z piwami w rękach i myśleliśmy: no dobra, to jednak nie jest nasz rok, ale za rok... za rok będzie inaczej.
no i za rok było — i za dwa, i tak dalej. bo nasz ptaszek, on nie potrafi inaczej. jak wgryzie się w koronę, to albo ją wyrwie, albo zrobi z niej trofeum w stylu "patrzcie, co ja tu zbudowałem". no, Belgradzie, teraz wasz czas. lećcie tam, kibice, zróbcie tę falę głośniejszą niż kiedykolwiek, niech oni usłyszą nasz ptaszka, jak zagra pierwszy gwizdek — on przecież od samego początku wie, jak się kończy mecze, których nikt nie daje szans. i niech mu będzie! 😄
5 postów
-
✓kiedy słońce u nas walnęło prostopadle w ekran w tym warszawskim barze przy pl. Trzech Krzyży, a myśmy gapili się w ten trójsetowy horror przeciwko Federerowi... kurwa, cały bar był na nogach, bo drugi set to była jakaś magiczna godzina, jakby ktoś zegar zatrzymał i puścił wstecz — tyle że tylko po naszej stronie kortu! siedziałem obok faceta, co to zawsze przynosił wódkę w butelce po winie, a on akurat krzyczał "JUŻ NADALA BĘDZIEMY WYGRYWAĆ" i myślałem: cholera, ten jeden punkt w drugim secie, ten jeden cholerny drop-shot zza linii, co niby nic, a przecież to była bomba! a on? stał tam, z tą swoją szczęką zaciśniętą, i wiedziałem, że nie ma siły na świecie, która go powstrzyma — ani koron, ani tysiące kilometrów, ani nawet ten sędzia, co pierdolił faula na każdej piłce. i potem, jak ten mecz się posypał... pamiętam, że ktoś krzyknął "idziemy do Belgradu!" i wszyscy zaczęli ryczeć jakbyśmy właśnie wygrali mistrzostwo świata, a nie przegra 0:3 z numerem 1 na świecie. bo nasz ptaszek, on po prostu tak ma — że przegrywasz mu? no to przegrywasz, ale jutro? jutro on już wie, jak wygrać koronę, co jeszcze niedawno była dla ciebie science fiction. no, Belgradzie, szykujcie się — my tu zostajemy z piwami, z łzami w oczach i z tą jedną myślą: za rok znów tam będzie, i niech mu będzie! 🔥🍻Swoich się nie zostawia.
-
a nie pamiętacie tej niedzieli w paryskim pubie na ulicy obok Porte d’Auteuil, tam gdzie stary barman zawsze dawał nam piwo po cenie kibica? było lato 2015, rocznica jego pierwszego finału na rg, miał akurat 18 lat, a myśmy się już wtedy kłócili, czy to chłopaczyna czy już facet — bo podawał piłkę takim dryblem, że facet siedzący koło mnie, ten z pomarańczową brodą, upuścił dwa razy piwo prosto na buty. i akurat ten moment, kiedy facet podszedł do siatki, otarł pot z czoła, spojrzał na nas z uśmiechem, który mówił „nie wiecie jeszcze, co was czeka”, a potem poszedł i wygrał ten mecz... pamiętacie, jak kibice z trybun szli za nim krok w krok, jakby chcieli go poprowadzić prosto do tronu? a ja tam, z tymi swoimi 59 latami na karku, myślałem tylko: no kurczę, ten ma w genach więcej klasy niż my wszyscy razem wzięci. i dziś, jak patrzę na ten plakat w belgradzkiej knajpie, na którym jest napisane „22 lata i tyle koron, ile gwiazd na niebie”, to mam takie uczucie, że właśnie tamten dzień był pierwszą kartką w tej historii, którą dzisiaj piszemy razem z wami. niech się darzy, panowie! 😄
-
No do licha, to jakbym wczoraj gadał z Facetem z Pomarańczową Brodą w tym paryskim pubie, a dzisiaj czytam te wspomnienia — serio, czasami człowiek myśli, że to było wczoraj, a tu proszę, mamy 2024 i nasz ptaszek gotów jeszcze raz pogryźć koronę na miazgę. Tamta drużyna, no dobra, miała ten coś, co się nazywa „guma w nogach”. Pamiętacie? 18-latek wpadł na boisko jak burza, a reszta już wiedziała, że albo się przyłączy do tej burzy, albo po prostu przejdzie na emeryturę. Tam nie było gadania o strategiach — on po prostu wiedział, gdzie trafić, i to wiedział tak głęboko, że jakby miał GPS w tenisówce. A teraz? Teraz mamy faceta, który nie tylko wie, gdzie trafić, ale jeszcze dorzucił do tego tyle doświadczenia, że jakby rozłożył mapę i mówi: „widziałem już wszystkie możliwe trasy, ale ta akurat jest moja”. Tamta drużyna była jak ogień — gorący, niebezpieczny, ale trzeba było umieć go rozniecić. Teraz mamy ogień, który nie tylko pali, ale jeszcze potrafi się ogrzać tym, co go otacza. Bo wiecie, kiedy on zagrywa pierwsze podanie i widzicie tę minę… no, to jakby wam ktoś powiedział: „już czas, teraz albo nigdy”, a on po prostu kiwa głową i wie, że to „teraz” jest właśnie teraz. Tamte lata to była taka wyścigówka bez klap — miałeś albo wsiąść do samochodu i jechać pełną parą, albo zostać na mecie z uśmiechem i powiedzieć: „dobrze, następnym razem”. Teraz? Teraz mamy faceta, który wsiadł do wyścigówki, ale zrobił z niej jacht — tyle że taki jacht, który płynie 20 węzłów pod wiatr i nikt nie ma pojęcia, jakim cudem on to robi. Tamta drużyna miała w sobie coś nieokiełznanego, takiego „a co tam, dasz radę”. Teraz mamy faceta, który wie, że da radę, bo już kiedyś dał radę — ale nie dlatego, że los był łaskawy, tylko dlatego, że on sam był łaskawy dla losu. I nie oszukujmy się, tamten set na RG to była taka chwila, kiedy my wszyscy zastanawialiśmy się, czy to już koniec bajki, czy może dopiero początek. Teraz? Teraz patrzymy na niego i myślimy: „okej, on może mieć 37 lat, ale te 37 lat to nie wiek, to kolejna runda treningu”. On teraz gra tak, jakby koronę nosił od zawsze — nie dlatego, że mu ją dano, tylko dlatego, że on ją sobie wziął, kropla po kropli, mecz po meczu. No to Belgradzie, przygotujcie się — tym razem nie będzie „może”, tym razem będzie „musimy”. Bo nasz ptaszek, on od zawsze grał tak, jakby koronę miała tylko jedna osoba na świecie. I ta osoba to on. 🔥
-
ej dobra, pamiętam ten cholerny RG 2019 jak dziś — siedziałem w knajpie na ul. Piotrkowskiej z kubkiem kawy zamiast piwa bo akurat nałóg rzuciłem (kto by pomyślał, że kiedyś zrezygnuję z piwka w ważnej sprawie, ale cóż, miłość do naszego ptaszka czasem każe iść na kompromis), i nagle jeden chłop zza baru krzyczy „straciliśmy go!” no a ja na to „spokojnie, facet ma jeszcze tyle koron w głowie, że myślałby kto, że jest choinką na święta”. a potem ten set… boże, te trzy punkty co poleciały koło mojego ucha jakby ktoś wycelował wprost w mój kubek kawy — kawał drogi miała! i tak siedzę z kubkiem w ręku, a kawę mam teraz z fusami smakującymi niepewnością jutra, ale zaraz facet wraca na kort i gra dalej jakby nic nie było. i wiesz co? tamtego wieczoru, jak wychodziłem z knajpy, to facet z baru dał mi ostatni shot „na szczęście” — no bo przecież „ile koron, tyle shotów”, prawda? poszedłem do domu z nogami, które czuły się jakby były z waty, i myślałem tylko: no dobra Novak, ty masz jaja większe niż moja kawa była gorzka, ale jutro znów ci powiem „dajesz radę!” choćbyś miał przegrać. i wiecie co? jutro był RG 2020… czyli 2021… czyli właściwie zawsze jest jutro, kiedy on jest w formie. Belgradzie, szykujcie się, bo ten facet uwielbia nas zaskakiwać — raz to tyłkiem oberwie, raz koronę ci przywiezie. i za każdym razem i tak będziecie na niego krzyczeć „jesteś najlepszy!” choćbyście mieli ochotę rzucić w niego kubkiem kawy 🤣🍿😂Memy to też analiza.