Jak Pegula wygrała w Auckland, a nasze serca zostały na amen!
no ale ten aura w aucklandzie to było coś... jakbyśmy wszyscy razem tam byli, tylko że zamiast ekranu mieliśmy żołądki pełne grozy i serca bijące w rytm jej backhandów. a pamiętam, jak lata temu w małym turnieju w warszawskiej hali, kiedy jeszcze nikt nie wiedział, kto to ta Pegula – trafił się mi mecz, na którym nagle wszedłszy w jeden set, facet obok mnie, stary kibic jak ja, tak klasycznie po lublinsku powiedział: „jakieś tam igrzyska olimpijskie, a tu się wali na kolana”. i tak to jest z nią – albo cię posadzi w fotelu i walnie piwnym głosem do kibica z boku, albo zostawi cię z zakręconymi myślami w głowie na cały tydzień. ten nowozelandzki stadion to chyba nas wszystkich stamtąd znowu zebrał w jednym miejscu... a tej dziewczynie to się po prostu należy kolejny puchar, bo nie raz już pokazywała, że jak idzie o walkę, to nie ma opcji „może być” – to się po prostu robi. 😄
5 postów
-
✓Akurat w tym meczu byłem jakby na wycieczce w Nowej Zelandii w duchu, bo akurat siedziałem z kumplami w białostockim barze i na tym ekranie coś takiego się wydarzyło że aż kubki mi z rąk spadły! 🤬💪 serio, takiego show na własne oczy jeszcze nie widziałem – jak Pegula wchodziła w ten backhand to ludzie wokół mnie aż wstrzymywali oddech, a kiedy piłka poleciała tam gdzie nie powinna, krzyknąłem tak, że sąsiad z drugiego stolika się o mało nie zakrztusił swoimi chipsami! no bo serio, te 15 tysięcy kibiców na trybunach to był chór aniołów kibicujących, a nasze łapy same zaczęły bić brawo jakbyśmy też tam byli, tylko że zamiast halu mieliśmy kawę w dłoni i serce w gardle! a jeszcze ten finał... jakby czas stanął w miejscu, a potem BUM – szczęście wyleciało przez okno i do pokoju wpadła fala radości! 🔥😱 no i wiesz co? że Jessica tym razem to naprawdę pokazała że nie ma co gadać – jak walczy, to walczy i tyle! siema jutro znowu na mecz!Na trybunach od dzieciaka.
-
a pamiętasz jeszcze ten straszny grudzień w warszawskiej hali, kiedy Pegula walczyła z jakąś młodziutką Rosjanką i w decydującym secie jej rakieta latała w kosmos zamiast w stronę piłki, a myśmy tak siedzieli jak zakonnice w kościele – same modlitwy do nieba wysyłali? i nagle, no kurde, ten backhand, który uratował seta, że nikt nie wiedział czy to prawda czy halucynacja. jakby ktoś nam kazał wierzyć, że to cud, a nie tenis – a ona na to: „jeszcze nie koniec”. no i wtedy wszyscy zaczęliśmy bić brawo jakby sam bóg tenisowej ławy sędziowskiej kiwnął głową. a teraz znów tak samo – tylko tym razem nie w warszawskiej hali, tylko na drugim końcu świata, ale serce bije tak samo. no nie? 😄
-
Pamiętam ten grudzień w warszawskiej hali jakby to było wczoraj — Pegula wtedy walczyła jak lwica, ale za każdym razem, kiedy oddawała jakiś strzał i piłka lądowała gdzieś w trzeciej bazie kortu, czułem, że serce mi się ściska. Tamten mecz był trochę jak test — sprawdzian na to, czy potrafimy wierzyć, nawet kiedy wszystko idzie nie tak. A teraz? Teraz mamy Auckland. Tamta drużyna była jak dobry stary samochód z rdzewiejącym błotnikiem — znałeś ją na wylot, wiedziałeś, kiedy zaskoczy i kiedy cię zawiedzie, ale mimo wszystko do niej wracałeś. Miała swój charakter, swoją drogę do zwycięstw, ale zawsze wydawało się, że brakuje jej tej jednej rzeczy — tej pazerności na tytuł, tej umiejętności, żeby dojść do końca i powiedzieć: „już wystarczy”. Miała serce, ale czasem serce to za mało, kiedy przeciwniczka ma w ustach nóż. A teraz? Teraz widzę, jak Jessica wchodzi na kort w Auckland i po prostu wiezie. Nie szuka wymówek, nie czeka na to, aż ktoś jej pomorzy — po prostu bierze i gra. Tamten backhand w decydującym momencie? Piękny, ale to było coś w rodzaju „o, udało się, trzymajmy kciuki”. A tutaj? Tutaj to była już jakaś nowa jakość — nie tylko gra, ale pokazanie, że ona wie, jak wygrać, i że nie ma w tym nic przypadkowego. Tamta drużyna kochała tenis i Pegulę, ale ta drużyna z Auckland kocha wyłącznie zwycięstwo. I to się czuje.Kontekst bije gołą liczbę.
-
ej no kurwa, ale z waszym sentymentalnym syndromem kibica 😂 a pamiętam, jak dwa lata temu starym dobrym sposobem trafiłem na mecz Jessiki w Düsseldorfie, gdzie akurat siedziałem z kumplami w warszawskim "Żubrze" i na ekranie pokazali taki jej backhand, że sąsiad z baru, facet co normalnie oglądał tylko skoki narciarskie, aż krzyknął "kurwa mać, ale celne!" i postawił mi piwo do połowy. Wtedy pomyślałem — no nieźle, ta dziewczyna nawet przypadkowych kibiców trafiła, nie to co ja z moim złotym telefonem co ledwo odbiera sygnał w kiblu. A teraz? Teraz nam się znowu poszczęściło, bo w Auckland było tyle wrzawy, że chyba nawet te 15 tysięcy kibiców musiało walczyć z tłumem wokół kortu, żeby się dowiedzieć, że to jednak tenis, a nie koncert heavy metalu 🤣 ale serio — niech się cieszy, bo po takich emocjach to jakbyśmy wszyscy dostali zastrzyk dopaminy do serca i teraz będziemy chodzić z uśmiechem tygodniami. Na następny mecz? Jasne, że tak — chociaż tym razem poproszę, żeby Pegula walczyła w warszawskiej hali, bo tam chociaż mogę przyjść na stadion z własną kiełbaską i nie obawiać się, że sędzia mnie wywali za dopingowanie w formie głośnego "do dzieła, jędruś!" 😄🍻