Jak pamiętamy białoruski wzlot i serce Sabalenki bijące na każdym korcie!
a to mnie dzisiaj od razu wio z powrotem do tamtych chwil, jakby ktoś uderzył w starą orkiestrę dętą w parku pod Wawelem. akurat miałem wtedy na ekranie coś z australijskiego otwarcia, może 2019, a tu nagle skacze po mieliźnie jakaś biała armia z bransoletkami na nadgarstkach i tymi jej dwoma śnieżnobiałymi rakietami, które latały jak szalone. pamiętam dokładnie, jak kolega zasiadł obok mnie z kuflem piwa w garści i powiedział tylko „no kurde, ta siostra z sąsiedztwa właśnie rozwalili świat na kawałki” — a ja wtedy ani w pół słowa nie podejrzewałem, że zobaczę coś takiego na żywo parę tygodni później w wimbledonie.
lecz co tam wimbledon, to dopiero było nic. naprawdę „wielkie szlemy”, jak to się dawniej mawiało, zaczęło się chyba jeszcze w miami. pamiętam, jak schodziłem z trybun w debrej, bo bilet mi spalił się od słońca na plecach, a tu ze słuchawek kolegi, którego ledwo znałem, leciał ryk stadionu, jakby bomba wybuchła. a potem drugi dzień znowu na trybunie — i widzę ją już na korcie centralnym, białe tenisówki prawie świecą w słońcu, a piłka fruwa tak, że facet obok mnie wyrwał okulary przeciwsłoneczne z głowy, bo nie wierzył własnym oczom. no i te asy w decydującym secie… jak ktoś wbija takiego asa w twarz przeciwnikowi, który jeszcze sekundę temu się uśmiechał, to wiesz, że coś się wydarzyło naprawdę. a potem jeszcze te jej pokłony, jakby prosiła cały ten tłum o trochę czasu, żeby ochłonąć, i ten gest, którym uciszała kibiców — klasa, nie inaczej.
i teraz, jak patrzę, jak te tygodnie mijają, a ona dalej gna jak szalona, to myślę sobie: dobra, stara szkoła jednak ma swoje plusy. bo kto by pomyślał, że jeszcze kiedyś zobaczymy białoruski wzlot, który nie tylko o sile rakiety, ale i o sercu bijącym na każdym korcie? to nie jest już tylko tenis, to coś więcej — to tak, jakby ktoś zaprosił cię na imprezę, na której wszystko może się wydarzyć, a ty tylko czekasz na ten jeden moment, kiedy zegar zatrzyma się i zapamięta to raz na zawsze.
5 postów
-
✓siema stary, nie wierzę że jeszcze ktoś pamięta mój pierwszy mecz z nią na żywo w warsie jakieś 2017 w hali przy ulicy myśliwieckiej, no ale serio — miałem wtedy 18 lat, bilet kupiony na odwal się bo wiedziałem że to szansa zobaczyć białą armię na oczy, a tu ona wchodzi na kort jakby miała batuta w ręku i po dwóch minutach już mi zrobiło się sucho w ustach jakbym wzioł garść piasku z plaży w cetniewie 🔥💦 a facet obok mnie tylko sapnął „kurwa… to ta mała co bije dziewuchy w australii?” i ja nic, tylko skinąłem głową bo gardło miałem ściśnięte jakby ktoś wcisnął mi tenisówkę do gęby no ale te jej asy w decydującym secie — no to jest coś co zostaje w mózgu na lata, serio, jak patrzyłem na twarz tej przeciwniczki jak jej piłka wyleciała za linię a potem ten jej chód po korcie, te tenisówki kopiące piach… to było jakby ktoś wyłączył dźwięk w telewizorze i zostawił tylko ten huk własnego serca w uszach 🤬🔴 i teraz, jak patrzę jak dalej gna, to myślę że jesteśmy świadkami czegoś więcej niż sport — jesteśmy świadkami legendy, która budzi się z deszczu i błota, a na koniec strzela komuś prosto w czoło swoim uśmiechem 💪😱 no ale trudnoSerce z drużyną, głowa na pauzie.
-
a co mi tam, dodam swój mały szczegół bo jakoś mi dzisiaj akurat na głowie wesoło uderzyło — pamiętacie ten turniej w londynie w 2018, na którym ona jeszcze nie wiedziała, że niedługo będzie rozwalala świat? miałem wtedy zjazd służbowy do ojczyzny (no tak, inżynier ze sosnowca musiał jechać do fabryki, nie mogło być inaczej 😄), ale wziąłem bilet na jeden dzień tylko, żeby chociaż na chwilę zobaczyć białą armię w akcji. siadłem sobie gdzieś z tyłu, bo bilet był za grosze, a tu nagle wychodzi na kort półfinałowy przeciw tej niemieckiej mocarnej, której nazwiska nawet nie pamiętam. i co? i tamten jej wzrok, jakby patrzyła na mnie prosto, jakby wiedziała, że z sosnowca przyjechałem i że w ogóle nie powinienem tutaj siedzieć akurat dzisiaj. potem ten set, drugi, trzeci — no i te asy w decydującym, jakby ktoś wrzucił mi do kieszeni mikrofon, który krzyczał razem z nią. a ja tylko siedziałem tam, z kawą w jednej ręce, a biletem w drugiej, i myślałem: „o kurde, to jednak coś więcej niż sport, no ale zobaczymy”. bo jak się potem okazało, że to był jeden z tych meczów, które zmienią jej życie… no to nawet mój szef z fabryki musiał wysłuchać opowieści, jak leciałem pociągiem z powrotem i gadałem do każdego, kto chciał słuchać (a i tych, co nie chcieli też).Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
A no to teraz jak się tam pogrzebie w tych wspomnieniach, to widać wyraźnie, jak bardzo te dwa okresy się od siebie różnią, choć serce bije tak samo. Tamta drużyna? Była jak burza, która niespodziewanie wybuchała — nie wiadomo było, kiedy przyjdzie, ale kiedy już nadciągała, to nikt nie mógł się jej oprzeć. Te wszystkie niespodzianki, te momenty, kiedy patrzyło się na kort i myślało: „co ty na to?”, a ona po prostu ładowała asy jeden za drugim, jakby przeciwnik był jej dobrej nocy. Pamiętam, jak Grzesiek mówił o tym suchym ustom w Warszawie — no cóż, to był czas, kiedy każdy mecz z nią to była loteria, i to na kilka numerów. Teraz? Teraz to już nie jest żadna loteria. To już nie jest „jeśli przegra, to jeszcze nic straconego”, tylko „to jest normalka”. Ta biała armia, która kiedyś walczyła o każdy punkt jakby to był ostatni na świecie, teraz po prostu istnieje — punkt. Bije rekordy, ale już nie dziwi, bo stało się to codziennością. Tamta Sabalenka to była bomba zegarowa, która mogła wybuchnąć w każdej chwili, a dzisiejsza? To już raczej sprawdzona maszyna, która robi swoje, tylko czasem strzeli komuś w głowę swoim uśmiechem, żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli, że wciąż jest nie do zatrzymania. I właśnie w tym tkwi ta różnica — tamten czas był magiczny, bo wszystko było niespodzianką. Teraz magia jest w tym, że wciąż jej kibicujemy, ale już wiemy, że możemy liczyć na coś więcej niż tylko cudowny występ raz na jakiś czas. Bo nawet jeśli nie strzeli asa, to i tak wie, jak się ubrać w koszulkę białej armii i rozpuścić włosy w powietrzu. A to, przyjaciele, też jest coś wartego zobaczenia.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
No ale serio, to przypomniało mi się, jak dwa lata temu w stolicy walczyłem z klientem o rabat na drukarki i nagle na ekranie w recepcji wyskakuje tenisowy mecz — a tam ona, białe tenisówki latają jak rozszalałe i trafia asa tak mocno, że mój klient rzucił długopisem wprost w swoją kartkę z kalkulacjami. Odruchowo złapałem pilota i walnąłem głośniej, bo chciałem usłyszeć ten huk — a tu żona z sąsiedniego biura wykrzyknęła: „Darek, ty znów tenis oglądasz zamiast drukować!”. No to musiałem się tłumaczyć, że to nie ja, tylko siła Sabalenki rozprzestrzenia się falami, aż do biurowych korytarzy 🤣🍿 Ale cholera, jak ktoś tak bije asami, to i w pracy trafia w dziesiątkę!Memy to też analiza.