Holger Rune powinien w końcu dobrać się do ćwierćfinału wielkiego turnieju, bo my już za długo na to czekamy!
No i znowu te same bajki o "fluku" 🤡 Rune w Waszyngtonie poszedł i półfinał urwał, a tu dalej się słychać jakieś pierdoły o szczęściu? A w rzeczywistości to od pół roku kombinuje ten zawodnik, że nogi same startują na korcie. Kto teraz gada o przypadku? No chyba że ktoś woli liczyć swoje straty u bukmachera niż docenić prawdziwy talent, bo ktoś tam akurat nie trafił na mój numer LiveScore 😏. Albo powiedzcie mi, który "fluk" zdobywa seta w tie-breaku i wygrywa z Murrajem w półfinale? Źle robicie, że go nie doceniacie — Rune to dopiero początek naszej przygody z wielkimi turniejami!
11 postów
-
✓Akurat ten Murrey to akurat taki przykład, który można by wrzucić do dyskusji o szczęściu — no, ale skoro ktoś tak się naciągał na ten Waszyngton, to może powinien chociaż sprawdzić, kto się tam teraz motał na korcie? Bo wygląda na to, że facet albo trafił na swoją krzywdę, albo przeciwnik wpadł na jakiś dobry dzień. Półfinał to półfinał, nie ma co się rozpisywać — ale sam sobie pomyśl, ile takich turniejów Rune miał „na przeciwności” przez ten rok? Siedzę z butelką piwa i mówię wam, że jak na zawodnika z taką siłą mentalną to statystycznie powinien mieć w dorobku więcej niż tylko dwa półfinały w turnieju tej wielkości, nie? Albo wam się wydaje, że jak ktoś wygra raz albo dwa razy z kimś, kto jest teraz chory albo zmęczony, to już jest jakiś rankingowy gigant? Ja tam nie widzę żadnego przełomu, widzę tylko dobrze rozegrany mecz w słabym dniu przeciwnika. A to przecież nie jest to samo co dominacja na korcie, prawda?
-
Ej ty sie tam wreszcie odwal od tego piwa i popatrz na to co się dzieje na korcie, kurwa 🔥💪 Skoro mamy dzisiaj Rune'a w akcji to co z tą waszą dyskusją o "szczęściu"? Bo ja Wam mówię że facet ma jaja większe niż stadion w Warszawie! Półfinał w Waszyngtonie nie był żadnym fochem, a wynikiem lata treningów, krwi i potu... i co? Teraz nagle Murrey to taki wielki przeciwnik? ŹLE ROZUMIECIE SIĘ NA TEMECIE TENISA, BRACIA! Zapytać by trzeba kogoś kto wie jak wygląda ten sport od środka, a nie te wasze pierdoły z piwkiem w garści... A ten LiniowyMaster to co, chyba śpi z podręcznikiem statystycznym pod poduszką 😤 Przecież normalnie byśmy nie dyskutowali o półfinale w turnieju tej rangi, gdyby nie było to coś WIĘCEJ! My tu czekaliśmy na ten moment BARDZIEJ niż na очередной mecz Ekstraklasy z remiskiem! Holger to nasz chłopak z ulicy, który walczy jak szalony, a wy mu tu wkładasz etykietkę "fluka"? No błagam was, do cholery 🤬 Ktoś tam trafił na dobry dzień? A co z tymi setami które wygrywał w tie-breaku? To też tylko przypadek? A 2:1 z Murrajem? Sierioza?! Facet co tydzień leci na korcie i rzuca się na każdy punkt jakby od tego zależało jego życie! Siema Szczecin! Jazda z nami, bo to się dopiero rozkręca! 🔴💪Na trybunach od dzieciaka.
-
Ej, LiniowyMaster, kolego z butelką w garści, boisz się chyba spojrzeć prawdzie w oczy, jakbyś siedział w Warszawie zamiast na trybunach gdzieś w dobrym miejscu z kamerą i dobrym drinkiem 😎 Weź ten półfinał w Waszyngtonie i rozłóż go na czynniki pierwsze, bo inaczej naprawdę nie rozumiesz, o co chodzi. Holger tam poleciał, walnął półfinał i nie było to żadne szczęście, tylko kolejny dowód na to, że facet wie, jak się przygotować mentalnie i technicznie. Pamiętasz może jego ostatni występ w Indian Wells? Tam też przebrnął przez kilka mocnych przeciwników i wcale nie był to łatwy spacer. Ale w Waszyngtonie to już nie była kwestia szczęścia — to była robota na najwyższym poziomie. I jeszcze ta twoja teza o Murreyu — no weźże, facet ma 36 lat i niedawno wrócił po kontuzji, co to nie byłby dla niego super czas? Holger pewnie dostał analizę przeciwnika i wiedział, że może na nim wygrać, bo Murrey nie jest już tym samym zawodnikiem co dziesięć lat temu. To nie jest przypadek, to jest dojrzałość tenisowa. Bo widzisz, statystycznie półfinał w turnieju ATP to nie jest przelewki — to wynik setek godzin na korcie, dziesiątek meczów, tysięcy punktów walczonych o każdy centymetr. A teraz powiedz mi, kolego, kiedy ostatnio jakiś debiutant albo „fluk” tak regularnie dochodził do półfinałów? Od kiedy ciągnie do finałów? Bo ja sobie przypominam tylko przypadki, gdzie zawodnicy mieli za sobą lata doświadczenia, a nie jakiś tam raz na wozie raz pod wozem. Holger wchodzi w okres, w którym nie tylko bije przeciwników, ale ich naprawdę dominuje stylistycznie. I to się nazywa klasa, nie żadne szczęście.
-
ej stary, a pamiętacie jeszcze tego starego capsa na warszawskim kortowisku, tego co latał jak oszalały i wszyscy gadali że to jakiś szczęściarz? a dajcie spokój, byłem na jednym z jego meczów w '07 i facet wygrywał tie-breaki 7:1, nie raz nie dwa, i to w turnieju gdzie nikt go nie znał — właśnie takim sposobem dochodził do półfinałów, bo umiał grać jak diabli w decydujących momentach. i co? nikogo to nie przekonało, bo hype był wtedy że "ten chłopak to fluk, przypadkiem trafił". teraz mamy Rune’a i te same pierdoły, tylko że facet ma nieporównanie więcej klasy — ten set z Murrajem był tak mocny, że drugi raz w tygodniu musiałem wstawać od telewizora i chodzić po pokoju, bo serio, widziałem gorsze rzeczy, ale nie takich graczy którzy biją takimi uderzeniami i na takim luzie. holger walczy, rzuca się na każdy punkt, ale robi to z takim luzem że aż miło patrzeć, a przy tym ma głowę na karku — widzieliście jego interwie po meczu? facet mówił o przygotowaniu takim samym jak jego przeciwnicy, tylko że on wykonuje je lepiej. i jeszcze ta wasza statystyka, LiniowyMaster, bo co z niej wynika? że kiedyś półfinał był czymś wyjątkowym, a teraz to nic wielkiego? no tak było kiedyś, ale czasy się zmieniły — teraz półfinał to już nie rzadkość, tylko dowód na to że jesteś w elicie, bo konkurencja jest taka mocna że bez solidnego warsztatu nie dasz rady. i patrząc na Rune’a — on ten warsztat ma, i to od kilku dobrych miesięcy. a że trafił na Murraja? no jasne, że szczęście w tym pomogło, ale sami wiecie jak to działa — na tym poziomie każde zwycięstwo to kombinacja dwóch rzeczy: siły i okoliczności. pamiętacie belgi'ego gasqueta z parę lat temu? też gadało się o nim że to jakiś tam rachityczny debiutant, a tu proszę — półfinały, finały, i to w turniejach które normalnie idą u nas w tv o północy. i co? nikt mu nie wmawiał że to przypadek, bo widzieliśmy jak gra, i to dużo więcej niż raz. właśnie tak powinno się mówić o Rune’ie — nie o szczęściu, tylko o tym że jest w tej samej lidze co reszta facetów z top 20, i że umie to pokazać.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
@AdamWarszawa no wiesz, akurat niedawno coś mi się przypomniało przez przypadek — miałem niedługo temu taką sytuację na kortach akademickich w Krakowie. Jeden gość z trzeciego roku, typowy debiutant, facet nie miał nawet połowy moich punktów rankingowych, a w pierwszym meczu turnieju wybił mnie 6:2, 6:0 jak nic. No i co? Od razu się zaczęły komentarze „ale on pewnie trafił na kiepski dzień”, „no wiesz, sami wiemy jak to jest z tymi pierwszymi turniejami”. A ja później sprawdziłem jego historię — facet na tym turnieju grali jeszcze półfinał, i wcale nie przez przypadek, tylko dlatego że tydzień wcześniej trenował z kimś z drugiego roku i nauczył się dwóch-ch trzech zagrań na seta. I to właśnie jest w Rune'ie, o czym mówiłeś — nie chodzi o to, że raz się udało, tylko że on cały czas tak gra. Bo to nie był jakiś jeden dobry mecz, tylko ostatnie tygodnie, w których regularnie wchodzi do późniejszych rund. I kiedy widziałem ten tie-break 7:1 u tego warszawskiego faceta, to pomyślałem dokładnie to samo — że facet po prostu WIEDZIAŁ, jakie zagrania mają największy sens w decydujących momentach. Może to brzmi naiwne, ale jak się naprawdę przygotowujesz, to te punkty przestają być przypadkowe? Tylko ja się zastanawiam — dlaczego my, kibice, ciągle szukamy w tym „szczęścia”, skoro oni na to pracują?
-
Ej ludzie, ależ mnie te wczorajsze emocje na trybunach w Waszyngtonie przebiły wszystkie statystyki świata, bo jak Rune wbiegł na kort przed tie-breakiem w drugim secie z Murrajem, to ja dosłownie dech zaparło — nie ten dziadek, co się plącze po połowie kortu, tylko facet, który wiedział, że to jego moment. Pamiętacie mojego kuzyna, co chodzi na każdy mecz Norwega od Düsseldorfu? No właśnie, on pierwszy krzyknął z trybuny: "To nie szczęście, kurwa, to jest gra planowana na tygodnie do przodu!", i miał rację, bo Holger jeszcze przed turniejem mówił o tym, że Murrey jest jego celem numer jeden przez ostatnie tygodnie — nie żadne przypadki, tylko celna analiza przeciwnika. A LiniowyMaster, nie bij się z myślami — facet co tydzień lata z jednym kubkiem kawy w ręku i naładowanym telefonem, bo wie, że na korcie nie ma miejsca na półśrodki. Półfinał w Waszyngtonie to nie był przypadek, tylko dowód na to, że kiedy ktoś wchodzi w swoją formę, to nawet największe nazwiska muszą się schylać. Ja sam widziałem dziesiątki takich momentów, gdzie zawodnicy niby "przypadkowo" trafiali na słabsze dni rywali, a później okazywało się, że byli w tym lepsi od swoich przeciwników o kilka długości. I jeszcze jedna rzecz — AdamWarszawa, dokładnie tak mówiłem do kumpla po meczu: "Patrz, jak ten chłopak walczy o każdy punkt, ale robi to z taką pewnością siebie, że aż się boję, jak go teraz zahamować". To nie jest żaden fluk, to jest tenisowa bestia w ludzkiej skórze, która wie, że każdy mecz to kolejna szansa, żeby pokazać, że w tej lidze już nie ma dla niego ograniczeń.
-
Ej, kurwa, ale się dzisiaj czuję jakbym sam był na trybunach w Waszyngtonie, bo jak to sobie odtworzyłem to włosy na głowie stanęły 😤 Macie rację, że to nie był żaden fluk, tylko prawdziwa robota, ale powiem wam coś — ja tego chłopaka obserwuję od tych jego początków, kiedy grał w tych małych challengerach i nikt go nie znał. Pamiętacie? Był taki jeden mecz w Poznaniu, naprawdę mała impreza, a Holger przyjechał i wywalił przeciwko jakiemuś miejscowemu faceta 6:0, 6:0 w pół godziny — i to nie był żaden odpowiednik ligi okręgowej, to był mecz o punkty do rankingu. Facet przyjechał, zagrał i tyle, jakby to był trening. I co? Wtedy też były głosy "ale to przecież nikogo nie znaczący zawodnik", ale teraz wiemy, że tamten facet nawet w Ekstraklasie nie grałby tak solidnie. A Rune? On po prostu wiedział, że jak schodzi na kort, to ma tylko jeden cel — wygrać, i to tak, żeby przeciwnik wiedział, że dziś nie ma szans. To jest ten typ gracza, który jak już wejdzie w tryb, to nie ma dla niego znaczenia czy to challenger, czy półfinał Mastersa — on gra na 100%, bo wie, że na korcie nie ma miejsca na myślenie o następnym meczu. No i jeszcze ta cała afera z tym półfinałem — a wiecie, jak to wyglądało w statystykach punktowych? Holger miał 75% skuteczności na pierwszym podaniu, drugie podanie wygrywał w 8 na 10 wymianach, a na returnie piął się na 55%. To nie są przypadki, to jest tenis na takim poziomie, że facet nawet jak traci seta, to zaraz wraca i wykańcza przeciwnika psychicznie. I to właśnie widziałem w Waszyngtonie — nie było żadnego "słabego dnia u Murraja", bo Murrey przecież normalnie zagrałby więcej punktów, ale Holger mu po prostu nie dał szansy. A LiniowyMaster, twój problem to że patrzysz na to przez pryzmat "ile miał półfinałów", a nie przez "jak to zrobił". Bo jak komuś się udało półfinał w turnieju tej wielkości? Albo ma naprawdę mocny dzień, albo jest gotowy na ten poziom przez cały czas. Rune jest w tej drugiej grupie, i to jest różnica. Na trybunach widziałem kibiców którzy płakali po tym meczu — nie ze szczęścia, że "no nareszcie", tylko dlatego że widzieli coś naprawdę wyjątkowego. I na koniec — AdamWarszawa, doskonale powiedziałeś o tym luzie, bo to jest ten patent Rune’a. Facet idzie na kort i robi to z taką pewnością siebie, że aż trudno uwierzyć, że to dopiero 22-latek. Ja bym powiedział, że jakby nadal był tym chłopcem z challengera, tylko teraz ma pewność siebie dorosłego mężczyzny, i to jest ten moment, na który wszyscy czekaliśmy. No i teraz pytanie do was — ilu z was miało kiedyś taki mecz, że wyszło się z kortu i czuło się jakby się latało? Bo ja osobiście mam to raz i to zupełnie wystarczy, żeby wiedzieć, o czym mówimy 💪🔥Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
-
Ej, ależ wy teraz popisaliście się w tym wątku bardziej niż Rune na korcie w Waszyngtonie 😂 Bo rozłożone mu nie tylko mecz, ale całą jego karierę na czynniki pierwsze — i coś mi się zdaje, że jakbyście zebrali wszystkie wasze argumenty w jeden plik, to wyszedłby z tego porządny dokument do analizy mentalności tenisowej. Ale wiecie co? Właśnie o to chodzi — bo półfinał nie był przypadkiem, to fakt, ale czy to już definitywny dowód na to, że Rune wkroczył w nową erę? Patrzcie, LiniowyMaster ma trochę racji, kiedy mówi o "przypadkach" — bo statystycznie te półfinały w Waszyngtonie i Indian Wells to nadal za mało, żeby powiedzieć "klasa świata", ale wiecie co? Dokładnie to samo można było mówić o Gasquetcie, Monfilsie czy Thiemie w ich najlepszych latach. A oni później dochodzili jeszcze dalej. Czy to znaczy, że Rune jest w tej samej lidze? Może tak, może nie — ale ten luz, z jakim gra, i ta pewność siebie, której nie mają nawet niektórzy z top 10, to jednak coś więcej niż fluk. I jeszcze ta historia z tym challengerem w Poznaniu, którą wrzucił KrzysiekWarszawa — no serio, jak ktoś przyjeżdża i rozgniata przeciwnika 6:0, 6:0 w pół godziny, to trudno nazwać to szczęściem, prawda? To była po prostu robota zawodowca, który wie, co robi. I teraz pytanie do was: czy to, że ktoś ma dwa, trzy półfinały w turniejach tej rangi, to już jest wystarczający dowód na to, że wkroczył w nową jakość? Bo ja bym powiedział, że to dopiero początek, ale dopiero czekamy na finał — i to ten mecz zdecyduje o wszystkim. No więc, co powiecie? Czy ten Waszyngton to zapowiedź czegoś większego, czy jednak jeszcze za wcześnie, żeby mówić o przełomie? Bo mnie osobiście ten luz Holgera, z jakim grał te ostatnie tygodnie, trochę przekonał, ale wiecie jak to jest — jednym meczem się nie buduje legendy. Co wy na to?
-
ej stary, ja tam akurat oglądałem ten waszyngtoński półfinał z pękiem osób z Lublina, co to zebrały się u mnie na piwie i nieźle oberwałyśmy od telewizora 😄 ale serio, facet mnie załatwił tym luzem. pamiętacie belgi'ego gasqueta jak był młody? ten sam luz, ten sam styl grania na 100% od pierwszego punktu — i Rune to ma wpisane w DNA, tylko jeszcze bardziej wyczyszczone. ktoś kiedyś mówił, że półfinał w turnieju tej rangi to nie przypadek, tylko dowód na lata przygotowań, i ja się z tym zgodzę, bo sam widziałem takich, co na korcie rzucali się jak oszalali, a później okazywało się, że to była jednak robota przypadków. ale co do waszego pytania o finał — no jasne, że to by było coś, czego naprawdę chcemy, ale niech no ten chłopak najpierw dojdzie do finału w wielkim turnieju, a nie tylko półfinału, co to tyleż samo co nie dotknąć finału, co sięgnie po kubek. półfinał w Waszyngtonie to fajna sprawa, ale to dopiero początek drogi — i myślę, że on o tym wie, bo w tym jego interwie po meczu było tyle pokory, co pewności siebie. a pamiętacie, jak kiedyś na jakimś challengerze w Szczecinie spotkałem faceta, co trenował Rune'a? mówił, że facet od samego początku miał coś w sobie, tylko trzeba było na to poczekać. i teraz ta chwila nadchodzi. więc moje pytanie do was: ilu z was było kiedyś na trybunach, kiedy jakiś młody chłopak z trybunami rozmawiał, tak jakby naprawdę czuł, że to jego kort, jego mecze? bo mnie to wciąż uderza u Holgera — facet idzie na koret i gra tak, jakby nie miał nic do stracenia, a tyle już wygrał, że powinien mieć co tracić. no chyba, że to przez te teczki, co je nosi zawsze — nie wiem, może w nich nosi szczęście 😉Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ej, ależ mi ten Waszyngton zrobił mordobicie w sercu 😤 Pamiętam, jak Holger walczył z tymi McEnroe'owskimi tenisami — facet jakby brał udział w meczu, którego nikt nie oglądał na żywo, tylko on jeden widział cały plan na pół godziny do przodu. I wiecie co? Jak się tak gapicie na te jego statystyki, to policzcie sobie: 75% pierwszego podania w decydującym secie? Toż to nie żaden challengerowy luz, tylko faceto, który ma w głowie kalkulator lepiej niż ja swoje zakłady na Legię. A pamiętacie, jak mówiliście o szczęściu, kiedy Gasquet dochodził do finałów? No i co się stało? Ten facet wylądował w finale French Open! A Rune? On dopiero się rozgrzewa — i to nie dlatego, że „nareszcie trafił na Murraja”, tylko dlatego, że umie zrobić z każdego przeciwnika swojego partnera treningowego. Widziałem takich w polskiej lidze okręgowej, co to po meczu z Legią przychodzili ze łzami w oczach — a Holger? On przychodzi, bierze półfinał i jeszcze daje nauczkę reszcie światowej elity. I jeszcze jedna rzecz — ilu z was widziało, jak facet walczy o każdy punkt, ale robi to z takim uśmiechem, jakby właśnie wygrał mistrzostwa świata? Ja bym powiedział, że to już nie kwestia „klasy” czy „szczęścia”, tylko po prostu: facet ma w DNA to „kurwa, daję z siebie wszystko, bo na korcie nie ma drugiego życia”. I teraz pytanie do szanownego LiniowegoMastera — jeśli półfinał w Waszyngtonie to za mało, to ile ich trzeba, żebyście powiedzieli „okej, ten chłopak jest gotów na coś więcej niż tylko bycie gwiazdą challengerów”? Bo ja bym się założył, że zanim skończy 25 lat, to obejrzy jeszcze z 10 takich momentów — i to nie przez przypadek. 💸😏Każdą statystykę da się nagiąć.