Gdy Sinner królował na korcie, a my razem śpiewaliśmy "Viva l'Italia!
pamiętam ten wieczór w parku nad pomnikiem kosynierów, jak było tych dwadzieścia dwa lata temu przy meczu na otarcie łez po tej porażce z drużyną zza miedzy — wszyscyśmy stali wciśnięci w kurtki przeciwdeszczowe, a ten chłopak z sosnowieckim szalikiem na szyi wrzeszczał w megafon "to nie koniec, chłopaki!" no i jak się okazało, nie był... ale dziś, patrząc jak jannik wbija te forhajndy w ziemię w Indian Wells, to aż ciarki przechodzą — bo wiem, że kiedyś ktoś tam w tłumie stał i też marzył o takiej chwili, a dziś to nasz ziomek z rowerem z warsztatu taty właśnie tak robi. idźcie do roboty, chłopaki, bo jak on zaczyna grać, to włos się jeży — nie wiem czy to technika, czy te włosy, ale działa jak magia
6 postów
-
✓A mój stary podłączał wtedy te głośniki pod balkon, żeby bijące serce było słychać na cały blok... byle nie za głośno, bo sąsiadka z dołu już i tak rzucała mi jaja, że niby "jakie święto bez wódki" no ale kto by się tym przejmował, kiedy Sinner wykańczał kolejnego przeciwnika jakby to była rozgrzewka przed zawodami amatorskimi?! 😭🇮🇹🔥 Taki moment, że aż łza się zakręciła w oku, bo przecież nie raz oszczędzałem na bilet do Włoch żeby mieć na jego mecz w telewizji, a tu nagle on naprawdę rządził tymi kortami jakby tam z nami trening miał. A ten jego bakercyjek przy uderzeniu… facet po prostu jest SOBĄ, a my znowu razem śpiewamy "Viva l'Italia!" nawet jak robota jutro w fabryce czeka. Jak to mówią, koszmar z pracy zmywa jeden forhajnd na korcie! ☕💪🏼 #DlaJannikaWszystkoMożnaJeden klub, jedno życie ❤️
-
a pamiętacie ten wieczór w warsztacie przy starej ciuchcie, jak z kolegami podłączyliśmy ten telewizor na starej szafce i ledwo co było widać przez te wszystkie flagi wiszące od ściany do ściany? facet z piaskownicy opowiadał mi, że kiedy Sinner pierdolił backhanda w półfinale tamtej imprezy, to mu się ręka tak trzęsła, że prawie upuścił piwko — bo akurat mieliśmy ten turniejowy mecz na ekranie w tle, a tu nagle wiadomości: "Sinner idzie do finału!". no i co my zrobiliśmy? rzuciliśmy wszystko, wsadziliśmy stare bańki po winie na patykach w ziemię pod blokiem i zrobiliśmy mini-urodziny ulicy — taka była nasza mała rewolucja kibica, bo przecież nie raz myśleliśmy, że to jeszcze parę lat poczekamy, aż ten nasz ziomek zrobi coś wielkiego. a dziś patrzę, jak on tam w kaloszach po trawie skacze jak dzieciak na plaży, i myślę sobie: kurde, ta chwila była już wtedy, tylko nikt nie wiedział, że stanie się nią dla nas wszystkich. i to właśnie jest magia, chłopaki — nie te flagi, nie te okrzyki, tylko ta świadomość, że jesteśmy razem w tym samym miejscu co on, chociażby przez te dwie godziny, które zapamiętaliśmy na zawsze. tak sobie myślę, że jak następnym razem będzie słońce i znowu przyjdzie ten sam nastrój, to może zrobimy taki mini-imprezkę na przedmieściach — tylko z głośnikami i tą samą playlistsą, co wtedy... bo kto wie, może niedługo znów zaśpiewamy razem "viva l'italia!" na żywo? 🇮🇹🔥Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Akurat jak LechKrakow wspomniał o tym chłopaku z megafonem i BialaGwiazda88 o sąsiadce z dołu, to coś się od siebie nie odróżnia — tylko, cholera, że tamta drużyna była jak te stare buty: trochę podarte w środku, ale człowiek je niósł, bo wiadomo, że kiedyś były naprawdę dobre. Pamiętam, jak czekało się na Jannika godzinami w deszczu przy kosynierach, a teraz? Teraz mamy taki luksus, że widzimy go prawie co tydzień, i to w takich miejscach, że aż się człowiek wstydzi wziąć bilet na PKP — bo no przecież to nie jest „kiedyś musiałem oszczędzać na kolację”, tylko „może wpadnę na szybkiego piwko po meczu, skoro jest tak blisko”. Tamta imprezka w warsztacie u Faula była naszym małym powrotem do lat 2000 — wtedy liczyło się samo to, że Sinner walczył, a my mogliśmy tylko trzymać kciuki za niego między piwkiem a pogrzebaniem się w robocie. Dzisiaj? Dzisiaj on sam dzwoni do naszych domów, bo wiadomo, że jak coś robi, to po prostu robi, a my tylko machamy flagami i śpiewamy „Viva l’Italia!” bez nawet myślenia o tym, że kiedyś to była piosenka, którą trzeba było jakoś ściągnąć z neta przez IRRC (bo niektórzy pamiętają jeszcze te czasy). Tamta drużyna to był maraton — rwałeś się do łez, bo liczyło się samo uczestnictwo. Ta obecna? To już nie maraton, tylko sprint, i to taki, że człowiek ledwo co łapie oddech, a on i tak biega jakby mu nic nie było. Tamten wieczór przy pomniku to była dla nas chwila „wreszcie!”, dzisiaj to jest „jeszcze raz, jeszcze lepiej”. I to jest właśnie ta różnica — tamten klimat był taki „udziałowiec”, a ten dzisiejszy to „właściciel udziałów”. A jakby dołożyć jeszcze jedno — tamtej drużynie brakowało tej nonszalancji, którą Jannik ma dzisiaj. On grał wtedy, jakby musiał udowodnić coś światu, a teraz? Teraz gra, jakby świat miał udowodnić coś jemu. I to, koledzy, to jest ten drobiazg, który każe nam znów biegać po ulicach z flagami i wrzeszczeć „viva l’italia”, bo przecież to już nie jest kibicowanie — to jest świętowanie, że los dał nam szansę żyć w czasach, kiedy nasz ziomek z trybun jest tym, który robi historię, a nie tylko ją ogląda.
-
a kurcze, no ale się rozmarzyliście — jakby ktoś wcisnął pauzę w starym dobrym filmie o naszym ziomku... ja akurat siedziałem wtedy w tej ruderze na poddaszu przy ulicy bł. Bronisławy, co to ledwo co trzymała się dachówka, i miałem ten telewizor ustawiony tak, że ledwo co widać było kort, ale za to doskonale słychać było komentarza — akurat ten gość z TVP Sportu tak krzyczał przy forhajndzie Sinnera, że myślałem, że zaraz wyleci z ekranu. no i co? facet wyrzucił szklankę z herbatą, którą akurat piłem, bo tak się podekscytowałem, że aż poparzyłem sobie usta, ale cholera, to było warte każdej kropli wody — bo wiem, że tamtej nocy nie spałem, tylko siedziałem przy oknie z tą flagą wiszącą na ścianie od studniówki mojego syna, no i myślałem sobie: kurde, to nie jest już ten chłopiec z Baja na kortach, który musiał udowadniać wszystkim, że jest z Włoch, tylko facet, który udowadnia, że te Włochy to teraz jemu się należą. i co? nagle mój sąsiad z dołu, ten stary niedźwiedź, który normalnie potrafi wkurzyć nawet samego siebie, wyszedł na balkon z butelką wina i krzyknął „idźcie do roboty, chłopaki, bo on tam gra jakby miał w dupie cały świat!” — no i masz, po chwili cała klatka zajęła się rwaniem banerów z balkonów, a ja sobie pomyślałem, że to chyba najlepszy dowód na to, że kibicowanie to nie tylko doping, ale i taka mała rewolucja domowa. właśnie tak jakby ktoś zapalił ognisko na środku blokowiska i wszyscy się zebrali, żeby się ogrzać tą energią — bo przecież nie chodzi o to, żeby być najlepszym, tylko żeby być razem w tym samym szaleństwie. i jeszcze jedno — jak jutro pójdę do tej fabryki na zmianę, to przynajmniej będę miał co opowiadać, kiedy ktoś znowu zacznie jęczeć o marnej pensji. bo przecież jeden forhajnd na korcie to więcej wart niż sto marnych godzin w pracy, prawda? 🇮🇹🔥🍷
-
Ejże, aleście mnie pogonili w te wspomnienia jak starego, który zapomniał numeru na kasecie VHS! 😭 Jakbym jeszcze raz słyszał ten wrzask Faula, że Sinner pierdoli backhanda i prawie mu piwko wyleciało z ręki — no to ja akurat akurat miałem wtedy pizzę w piekarniku i musiałem ją wyciągnąć gołymi rękami, bo myślałem, że to alarm pożarowy. Zero szans, żebym teraz oddał tę spaloną część przy kolejnym meczu, chociaż moja połowa zawsze mi przypomina, że "to przez ciebie włosy Jannika teraz są bardziej wystrzelone niż moje grzywa po tym incydencie". 🍕🔥 Ale co tam, niech już nikt nie mówi, że kibicowanie to nie sport ekstremalny — bo ja osobiście mam blizny na rękach i sercu, i to nie od pracy, tylko od rzucania się na telewizor, jakby to był ostatni forhajnd w finale Wimbledonu. A teraz? Teraz mamy tyle emocji na raz, że aż się zastanawiam, czy przypadkiem nie zmienili kortów na dyskotekę! 💃🇮🇹 #VivaLaPizzaPodPaleniemMemy to też analiza.