Gdy nasz Tommy dostał się do finału Wielkiego Szlema, cała Ameryka patrzyła z…
a niech mnie, ale to było coś... pamiętam jak dzisiaj, to było chyba w '18 czy '19 na jakimś turnieju w europie, w którymś tam boksie do którego nikt nas nie zaprosił — a ja z kolegą z krakowskiego klubu, starym seba, jechaliśmy właśnie na to żeby popatrzeć na zawodowców i może złapać autograf jakiegoś lokalnego debla. no i traf chciał, że akurat był turniej z dziką kartą, gdzie organizatorzy zaprosili paru amerykańskich juniorów, wśród nich był nasz chłopak, jeszcze wtedy z długimi włosami i tą charakterystyczną tenisówką zrobioną na wzór butów do siatkówki — strasznie się wtedy śmialiśmy, bo wyglądał jakby mu ktoś buty na odwrót założył.
a tu nagle — walka. Tommy przegrał pierwszy set, ale było coś w jego grze, jakby na polu innego meczu. drugi set wygrywa, trzeci ratuje piłki meczowe, czwarty — i wreszcie ten punkt zwycięski. pamiętam jak seba podskoczył tak, że omal nie rozlał piwa z kubka, a ja krzyczałem "paul! paul!" na cały kort, bo nikt poza nami nie znał jeszcze tego nazwiska, a on zagrał jak gdyby nigdy nic nie stracił — serwisy w nogę, loby na głowę przeciwnika, woleje jakieś straszne bekhendy zza linii. i wtedy dopiero zrozumieliśmy, że to nie jest zwykły amator z dziką kartą — to był nasz facet, który miał dopiero co zacząć coś pokazywać światu.
i tak oto, od zera do bohatera w pół roku, a my już wtedy wiedzieliśmy, że coś w tym chłopaku jest. a teraz? teraz patrzymy na finał wielkiego szlema i myślimy sobie: "no niech ich szlag trafi, ale my to dobrze wiedzieliśmy od początku". i właśnie o tym marzyliśmy tamtego wieczoru w europejskim boksie — o takim właśnie dniu, kiedy nasz chłopak stanie na środku kortu w finale i cały świat zobaczy, że amerykańscy kibice nie tylko mają flagi i piwo, ale też mają swojego reprezentanta, który umie grać.
6 postów
-
✓No do jasnej... a mnie wtedy akurat trafił się festiwal piwny w Monachium, zero pojęcia że akurat akurat tam na ekranie w pubie wywalałem się z kumplami z روایتki jak ten nasz Tommy leci do finału jakiegoś tam challengera w Europie... Pamiętam facet podszedł do stolika z browarami i pyta "hej, który to ten Paul?". Myśmy mu pokazali na ekran, a on w szoku "no nie no, ten z tymi butami jak z kosza?!". Od razu krzyknął, że niech jebnie piwo za wolne żarty o tenisówkach i zaczął krzyczeć "PAUL! PAUL!" jakbyśmy wszyscy byli na US Open razem! A kiedy zobaczyłem jak ten chłopak przeskakuje na korcie jak szalony i serwuje w nogę przeciwnikowi, mój kumpel Robert prawie mi kubek na głowę wywalił od tego podskoku... No i wtedy wszyscy tam w pubie zaczęliśmy nucić "USA! USA!" tak głośno że kelnerka przestała zbierać talerze i zaczęła nam machać rękoma żeby spadać z trybun 😂🔥 I kurwa, nigdy nie zapomnę jak jeden stary Niemiec podszedł i mówi "co jest, wy zwariowali?". My na to "Nie panie, to nasz nowy bohater!". I tak oto nasz Tommy stał się międzynarodową historią... jeszcze zanim ktokolwiek w Polsce w ogóle wiedział jak on ma na imię! Te flagi, to piwo, ten kurz na kortach... a teraz finał?! Dla nas to nie finał, to potwierdzenie że mieliśmy rację od samego początku 💪🔴😱 KIMSZA NIGDY NIE BYŁ GŁUPI!!!Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
no to teraz akurat mam przed oczami jakby to było w zeszłym roku na challengerze w charleston, gdy nasz tommy jeszcze nie wiedział że za chwilę będzie wyrywał całe trybuny. siedzieliśmy z chłopakami z bostońskiego klubu w jakimś zadupiu przy kortach, bo akurat mieliśmy tam zjechać na weekendowe oglądanie debli — a tu nagle trafił się turniej z niespodziewaną dziką kartą dla paru amerykańskich juniorów. no i oczywiście nasz facet był wśród nich, ale nikt specjalnie nie zwracał na niego uwagi, bo co tam — kolejny młodziak z dziko zakręconym serwisem i jeszcze bardziej zakręconymi nogami. aż tu nagle w drugiej rundzie spotyka się z jednym z tych europejskich esbeków, który normalnie na kortach ATP wycinałby go jak młotem. pierwszy set idzie normalnie — europa prowadzi, amerykanin goni. drugi set — ten sam scenariusz. no i wtedy pada pytanie: "a co ty właściwie robisz tutaj, chłopie? masz aż tyle siły w nogach?". a on po prostu uśmiechnął się jakby nic — i tu zaczyna się magia. serwisy wpadające w róg, returny ściągane prosto pod nogi przeciwnika, woleje które leciały tak głęboko że sędzia musiał odsunąć się o pół metra... i wtedy jeden z moich kumpli — stary dobrodziej który kiedyś grał w college'owym zespole — powiedział coś co zapamiętałem do dzisiaj: "słuchajcie, ten chłopak nie gra tenisem, on wywraca grę do góry nogami — albo wygra, albo zginie, ale nie odejdzie po cichu". i wygrał, cholera jasna, a my wyskoczyliśmy z tych krzesełek jakby ktoś nam dupę podpalił. pamiętam jak jeden z naszych starych kibiców — ten co miał tę paskudną czapkę z napisem "paul's army" — upuścił swojego hot doga na trawę i wrzeszczał "to jest on! ten nasz!" aż ochroniarz groził że nas wyprosi. a tommy wyszedł z kortu takim krokiem, jakby mu ktoś wstrzyknął całą energię świata — i wtedy wiedziałem, że to nie koniec, tylko początek czegoś wielkiego. i teraz patrzę na finał wielkiego szlema i myślę sobie: "no niech mnie, jakie to było proste — wystarczyło tylko mieć wiarę w bandę szaleńców z flagami, którzy nawet jak nikt inny nie zna nazwiska, to wiedzą że ten jeden facet potrafi zrobić coś wyjątkowego". no ale zobaczymy, co tam Pan Bóg szykuje na niedzielę — może znów nas zaskoczy tym swoim charakterystycznym bekhendem, co? 😄🇺🇸Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Słuchajcie, ja tam nie jestem żaden znawca, żeby teraz rzucać jakiś historyczny wykład, ale coś mi się w tej porównaniu kurde błyska. Tamten Tommy, ten co latał po Europie z butami jak z koszykówki, to była zwykła dzika karta — facet, który akurat trafił na turniej z wolnymi miejscami i nie miał nic do stracenia. My wtedy wpatrywaliśmy się w niego jak w jakiegoś oszusta z castingowego show, bo nikt poza nami nie wiedział, że ten chłopak potrafi uderzyć piłkę. A on? On po prostu brał i grał — bez planu, bez scenariusza, czasem jak szalony, czasem jakby zapomniał o regułach. To była magia świeżości, ale też trochę szaleństwa, bo wszyscy się zastanawiali: "co on, do cholery, robi na tym poziomie?". Pamiętam, jak jeden z kumpli na US Open krzyczał, że ten drugi set to był jakiś błąd sędziego, bo tak nie da się normalnie grać — a przecież to była jego normalność. Teraz? Teraz to już nie jest ten chłoptaś z dzika kartą, który ma nic do stracenia. Teraz to facet, który stanął w finale wielkiego szlema i pokazuje światu, że te półtora roku nie poszło na marne. Tamten Tommy mógł sobie pozwolić na luz, bo nikt od niego niczego nie oczekiwał. Ten obecny? On już nie ma tej luksusowej pozycji "nieważne co zrobię, nikt się nie zdziwi". On musi wygrać, bo cały świat patrzy i każdy się zastanawia: "no dobra, ten chłopak naprawdę umie grać, ale czy potrafi zachować zimną krew w finałowym meczu?". Tamten walczył z przeciwnikami, którzy go nie znali. Ten teraz będzie miał do czynienia z kimś, kto wie dokładnie, jakie zagrywki Paul lubi, jakie słabe punkty ma, i będzie próbował je wykorzystać. Ale wiecie co? Największa różnica to nie forma ani przeciwnicy, tylko my sami. Tamtej drużynie kibiców nie było szansy się ogłupić — my po prostu wiedzieliśmy, że nasz facet umie grać, i tyle. Teraz? Teraz mamy za sobą całe sezony, w których Tommy udowadniał, że to nie żaden cud, tylko solidna robota. Tamten finał to byłby dla nas dar losu, jakaś historia na później przy piwie. Ten finał? To jest potwierdzenie, że nie byliśmy szaleni od samego początku. Że mieliśmy rację, kiedy krzyczeliśmy "PAUL! PAUL!" w europejskim boksie, w monachijskim pubie, w zadupiu w Charleston. No i jeszcze ta świadomość, że teraz każdy kibic na świecie będzie patrzył na naszego chłopaka jak na gwiazdę. Tamtej drużynie kibiców nie trzeba było udowadniać, że Paul umie grać — myśmy to wiedzieli. Teraz reszta świata też będzie musiała to uznać, a to robi różnicę. Bo tamten finał to byłby nasz tryumf. Ten finał to jest tryumf całej amerykańskiej tenisowej społeczności, która przez lata była ignorowana. I to jest coś, czego nie da się porównać.
-
no do licha, ale wy tam w europejskim boksie i monachijskim pubie mieliście szczęście, że akurat tamtego wieczoru nikt nie zaglądał w wasze kubki — bo jakbym tam był, to bym wam dorzucił swoje piwo pod stół i krzyczał razem z wami „paul! paul!” ażby mi głos odbił! ja natomiast mam w pamięci ten turniej w australii, gdzie nasz chłopak pojechał jeszcze jako młody debil z nadzieją na jakiś punktów rankingowych, a skończyło się na tym, że cały kort oblepiał się jego nazwiskiem na banderolach piw z lodem. pamiętam jak jeden stary kibic z klubu z florydy — facet co miał buty starsze niż ja — podszedł do mnie i mówi: „słuchaj, ten Paul to nie gra, on psuje grę przeciwnikowi, bo oni nawet nie wiedzą, jak mają się do niego ustawić”. no i faktycznie, przeciwnicy stali tam jakieś dwie godziny, ruszając się dopiero wtedy, kiedy on już dawno walnął piłkę w róg kortu i poszedł na zmianę strony. i wiecie co? to była ta magia, którą wszyscy tutaj chyba czuliśmy od samego początku — ten luz, jakby on nie zdawał sobie sprawy, że ktokolwiek go ogląda, jakby grał tylko dla siebie. teraz widzę, że świat się trochę przyuczył do jego stylu, ale nie szkodzi — my i tak mieliśmy w nosie, co myślą inni, bo wiedzieliśmy jedno: kiedy Tommy dostanie piłkę, to albo będzie tryumf, albo spektakl. a spektakle to my uwielbiamy, zwłaszcza jak lecą w drugą stronę kortu 😄🇺🇸 no i jeszcze te flagi — ile ich tam mieliśmy na tamtym challengerze w australii, że sędziowie musieli nas rozganiać, bo blokowały widok kamerom. ale cóż, nasz Tommy nie potrzebuje kamer, żeby wiedzieć, że jesteśmy przy nim. nawet jak gra w finale wielkiego szlema, to myśleliście, że jesteśmy w domu oglądając telewizję? nie, my siedzimy w pierwszym rzędzie z flagami i puszkami, a kelnerzy wiedzą już, że jak zobaczą kolorowe koszulki z napisem „paul’s army”, to od razu przynoszą rezerwowy zapas piw. bo taka jest u nas tradycja: albo tryumf, albo szaleństwo — a dziś mamy szansę na oba.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
A niech was cholera, ale ja to akurat wtedy miałem urlop na Florydzie, gdzie przez pomyłkę trafiłem do klubu tenisowego, który akurat organizował turniej dla juniorów z dzika kartą – no i tamten skurczybyk Tommy akurat wylądował na mojej przypadkowej wpadce do Las Vegas. Siedziałem sobie przy stoliku z piwem, myślałem że oglądam mecz jakiegoś lokalnego popychacza, a tu nagle facet o psie blond włosach wbija serwis tak mocno że mi kubek z ręki wyleciał – i trafił prosto w tyłek sędziego linijnego! 😂 On na to nie zareagował, nawet nie mrugnął, tylko podniósł rękę i wrzasnął „foul!” jakby to był sędzia, co mu zapomniał punkt dać! A ja myślę „kurwa, ten gość to albo geniusz, albo jakiś szalony wariat, co zapomniał, że gra w tenisa”. No i wtedy koleś obok – ten co miał koszulkę z napisem „Paul’s revenge” – rzucił „widziałeś ten bekhend? facet nie gra w tenisa, on gra w paintball z rakietą!”. A ja na to „panie, to nie jest tenis, to performance art, tylko bez biletu”. I tak oto stałem się przypadkowym świadkiem narodzin legendy, którą dzisiaj oglądamy w finale wielkiego szlema – i wciąż nie mam pojęcia, czy to dobry facet, czy po prostu ktoś, kto zapomniał, jak działa siła grawitacji! 🍿🔥🇺🇸Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿