Gdy na korcie znowu rozbrzmiewa niemiecka pewność i nieokiełznana siła
aha, to nareszcie jest coś, co mnie porządnie rozgrzało... te słowa od razu rzuciły mnie do jednej z tych chwil, które zostają na zawsze
pamiętam warszawskie challengery, lipiec 2019 czy tam czerwiec – słońce prażyło jak diabli, a my z chłopakami jakimiś kanapowymi kibolami ustawiliśmy się w tym tłumie jeszcze zanim na kort weszli. nie było tam żadnego show-offa zbyt cichego do mikrofonów, a Alex? facet po prostu szedł i rozjeżdżał przeciwników jednym backhandem. jeden z nich – nie pamiętam nawet kto, ważne, że Czech czy Słowak – stanął naprzeciwko i chciał grać na punkty? dobra, gramy – powiedział sobie Zverev i puścił mu serwis taki, że facet dopiero za trzecim uderzeniem odskoczył od siatki. ale co mnie wtedy uderzyło... to było jakbyśmy oglądali innego zawodnika. nie ten nasz Alex z tych zabawnych filmików z networkingu, tylko prawdziwego terrorystę z rakietą. przy stole do prasy gadaliśmy potem z jednym dziennikarzem, który zna go od dziecka, i facet tylko kiwnął głową: "widziałeś, jak on trzyma nadgarstek przy ostatniej piłce? to już nie jest tenis, to woźna z miotłą".
a później ten mecz z Lehecką w Madrycie? no kurcze, co tu dużo gadać – zostałem na parę dni dłużej tylko przez to. siedziałem na trybunie z takimi samymi obłąkańcami jak ja, którzy przyszli nie po to, żeby oglądać tenis, tylko żeby poczuć, jak to jest patrzeć na tenisowca, który po prostu ma wszystko pod kontrolą. facet dosłownie robił, co chciał, a Lehečka stał tam jak ten, który właśnie dostał karę za nieoddanie siatki na czas. i żadnego krzyku, żadnego dramatu – tylko ten nieziemski spokój, jakby Alex mówił: "uspokój się, kolego, to nie jest twoja noc".
i wiecie co? najlepiej to było widzieć w oczach tej młodzieży, która dopiero zaczynała oglądać ten sport. oni tam gapili się na ekran niby zrozumieją, a po pięciu minutach już mieli miny jakby im ktoś powiedział, że jutro muszą iść do szkoły. bo to nie był mecz, to był pokaz siły, pewności siebie i tej niemieckiej solidności, którą wszyscy znamy z fabryk samochodów i takich tam...
te chwile to są skarby. szkoda, że teraz rzadziej trafiamy na takie mecze, ale wiadomo – facet dorósł, odpowiedzialność, sponsorzy i tak dalej. jednak kiedy znów pojawi się ten charakterystyczny backhand albo serwis zza głowy, wiem jedno: warto było od samego początku wierzyć w tego faceta. bo jak ktoś raz tak zahipnotyzuje całą trybunę, to już zostaje z nami na zawsze...
5 postów
-
✓Łódź! Dokładnie, ta druga stolica Polski, bo tam mój stary, ojciec i dziadek trzymali dla mnie miejsce na trybunie przy korcie na Atlas Arenie. Siedziałem w tym samym miejscu co dzisiaj ten dziennikarz, który znał Alexa od dziecka – patrząc na kort zza tych samych okularów, co wtedy, kiedy jeszcze był tym chudym dzieciakiem z nadgarstkiem, który aż piszczał od potencjalnej mocy. Tylko że ja nie oglądałem go przez szklankę piwa, tylko przez te same płaskie, jakby coś mi się w oczach zamazało, kiedy puścił Lehečce ten backhand, co to chyba wymagało odsiadki w areszcie, bo nikt nie bije piłki tak, żeby sędzia aż sapnął. I co? Ta sama gęba co w Warszawie 2019 – facet szedł i nawet nie myślał, że może przegrać, bo on po prostu NIE WIEM JAK, ale on po prostu WIE, że wygrywa. A my? My mieliśmy łzy w oczach, bo to była ta chwila, kiedy rozumiesz, że to już nie jest ten zabawny gość z memów na Instagramie, tylko PRAWdziwy facet, który potrafi postawić trybunę na nogi jednym swingiem. Bo tak naprawdę, to nie chodziło o punkty, tylko o to, że widzisz, jak ktoś gra z taką pewnością, że aż cię to przeraża. No i jak tu nie krzyknąć "ZVEREVVVVVVV" jakbyśmy byli w jego drużynie, a nie kibicami na trybunie? 🔥💪🔴
-
ale pamiętacie jeszcze ten turniej w Halle w 2017, jak Alex dostawał "wolną kartę" i wszyscy gadali, że to tylko szansa na łatwą kasę? facet poszedł tam i wygrał jakby wybił się z procy – a ja wtedy stałem obok dwóch starszych panów, którzy byli kibicami od czasów niemieckiej szkoły lat 80., no i jeden spojrzał na drugiego, cmoknął i powiedział: "a nie mówiłem, że ten chłopak ma w oczach mordercę?". nie żartowałem – facet złapał tamtą serwową bombę od strony lewej nogi tak, że przeciwnikowi aż szczęka opadła, i od razu wiedziałem, że to nie tenis, to była deklaracja wojny. potem jeszcze te kolana ugięte w połowie wymachu, jakby nogi miały mu eksplodować od naprężenia – i nikt nie miał wątpliwości, że widzimy coś wyjątkowego. a my na trybunie? tańczylibyśmy w butach, gdyby nie ten jeden koleś, co zaczął głośno liczyć punkty, bo facet obok mu darował krzesło swoim barkiem. ale i tak skakaliśmy, że aż sędzia musiał grozić mikrofonem z funkcją "cisza albo sala pusta". i wiecie co? tamten dziennikarz, co gadał z tymi starszymi panami – ten sam, co widział Alexka dzieciaka – powiedział później, że facet bawił się w tenisa jak kot z myszką, tylko ta myszka była zawodnikiem na dwóch nogach. i co najśmieszniejsze, Alex wtedy nawet nie uśmiechnął się do kamer – tylko machnął rakietą w stronę trybuny, jakby rzucał wyzwanie całemu światu. a my? myśmy wiedzieli, że niedługo nikt nie będzie mógł go powstrzymać. tak po prostu.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Akurat, widzę, że ten wątek znowu rozbiera stare rany na stare dobre blizny i to mi trochę nie pasuje. Ta drużyna z lat 2017-2019 to był po prostu inny, dzikszy zwierz. Wtedy facet wchodził na kort i miał w kieszeni tyle pewności siebie, że aż się baliśmy, czy mu nie pęknie. Ten backhand w Halle, kiedy przeciwnik stał jak sparaliżowany? To była broń masowego rażenia, której nikt nie umiał odebrać. Teraz? Wiem, że Alex dorósł, opanował technikę do perfekcji, ale gdzieś ta dzikość uciekła. Albo może po prostu przyzwyczailiśmy się do tego, że on wygrywa – i przez to straciliśmy ten pierwiastek "kurwa, co ja właśnie zobaczyłem?" z trybuny. Te serwisy, które lata temu były jak strzały z armaty, teraz są precyzyjne, ale... no kurczę, trochę ich brakuje tej nieprzewidywalności. Widzieliście go ostatnio w Davis Cup? Facet grał jakby był na wakacjach w Biarritz, a nie w turnieju o stawkę. Tamta ekipa z Madrytu czy Halle to były mecze, które zostawiają ślad w pamięci – a teraz często mamy wrażenie, że oglądamy kolejny dobry występ, nie spektakl. Ale – i to jest ważne – nie mówię, że to coś złego. Bo faktycznie, dojrzewanie ma swoje plusy: mniej błędów, więcej systematyczności, mniej emocjonalnych wpadów. Tylko że... szkoda. Bo kibice kochają te chwile, kiedy facet na korcie robi coś takiego, że aż zapominamy, że to tenis. Takie, co nas wbijają w trybuny niczym gwoździe w deskę, a potem mamy do opowiadania historię przez lata. Ta obecna drużyna, no cóż... jest jak dobry niemiecki samochód: solidna, przewidywalna, spełnia oczekiwania. Ale czy serce bije szybciej? Niekoniecznie.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
No ale serio, pamiętacie jak ten cały Alex był taki "dzieciak z rakietą" w Warszawie, a teraz patrzycie jak na Pana Profesora z siwym zarostem? Facet ma tyle pewności siebie, że mógłby prowadzić prelekcje o ekonomii przy akompaniamencie fortepianu i nikt by nie śmiał go uciszać. W zeszłym tygodniu trafiłem na stare video z jego pierwszego wygrania Challenger w St. Brieuc – tam jeszcze nie miał tej groźnej miny jak w Madrycie, tylko uśmiechał się jakby dostał piątki z zachowania. Ale wiecie co? Ja się za nim wtedy wstydziłem – bo facet dostał w pierwszej rundzie faceta z 1000 rankingiem, poszedł na kort i zrobił mu 6-1 6-0 w 47 minut. I co? I nikt nie pisnął, bo to był taki ten moment, kiedy kibic wie, że za parę lat ten dzieciak będzie trząsł światem. A teraz? Teraz patrzycie jak idzie spać o 21:30, żeby jutro być świeżym do treningu. Kurczę, facet nawet marzenie śni w stylu "samochód dostawczy + jedna reklama na budynku" – tyle mu na inteligencji brakuje! 😂 Ale nic nie szkodzi – w sercu zostanie na zawsze tym szalonym, który lata temu podgrzał trybunę w Warszawie tak, że od tamtej pory wszyscy kibice mają w kieszeni woreczek łez wzruszenia... i jedną butelkę piwa na pamiątkę. 🍻🔥Memy to też analiza.