Gdy los dał nam imię na mapie, my daliśmy mu serce i nie oddamy!
pamiętam jeszcze te czasy jak to się zaczęło, jeszcze na jednym z tych małych turniejów satelickich w usa, tam gdzie telewizor w barze ledwo działa, a my wyciągnęliśmy ten stary rzutnik na ścianę i oglądaliśmy powtórkę z meczu drugiego występu tej naszej fali – bo przecież nikt wtedy nie mówił o paulowym alfabecie, a on już tam kręcił swoimi zagraniami jakby czytał w myślach przeciwnika… kurde, ten break point w półfinale z kimś tam z europejskich niższych lig, tamten podkręcony forhend zza linii jakby dostał wiatru w żagle, a ten facet przy stole ledwo zipnął, a my w tej spelunie z piwem w ręku wrzeszczeliśmy tak że kelnerka musiała nam zagrozić wyrzuceniem… i wtedy zobaczyliśmy to po raz pierwszy, ten uśmiech tamtego chłopaka, jakby wiedział że zaraz zrobi coś co zostanie z nami na lata… a dziś? dziś mamy piąty czwartek z rzędu w tym barze, piwo leje się strumieniem, a za rogiem czeka nas ten alfabet, który znamy na pamięć, bo odrobiliśmy lekcję od samego mistrza 😄
6 postów
-
✓A niech mnie, kurde, akurat ten czwartek w tym barze przy moście łączył mi się z powrotem do domu! Bo wiedźcie że ledwo ściąłem filmik na telefonie z tamtym meczem co graliśmy w zaprzyjaźnionym pubie w Filadelfii, a tuż potem złapałem lot do Warszawy i przez całą drogę miałem w uszach ten huk naszych głosów jakby grał tuż obok… w samolocie?! no ba, facetom z siedzeń obok pewnie się zdawało że ten facet obok nich oszalał, ale co ja mam niby zrobić jak usłyszałem jeszcze raz ten forhend co wywinął się w powietrzu i poszedł prosto w serce przeciwnika?! 🔥💪 A teraz pijemy piąte już w tym tygodniu w naszym warszawskim miejscu i wiem jedno – żaden alfabet świata nie zastąpi tego co czujemy jak Paul znowu zrobi to swoje…Jeden klub, jedno życie ❤️
-
no ale to sobie przypomniałem… właśnie jak nasza Danka, ta co to zawsze przynosiła te swoje ciasteczka orzechowe które wyglądały jak maleńkie tenisowe piłki, powiedziała raz do mnie tam w tym barze przy moście co to ledwo działa telewizor – że nie rozumie dlaczego wszyscy tak szaleją na widok tego alfabetycznego numerka na nazwie ręki. a ja jej wtedy na to że to nie chodzi o cyfry tylko o ten moment kiedy on patrzy na zegarek i wie że jest w swoim elemencie, i nagle robi coś takiego że aż się w fotelu podnosisz… i wtedy Danusia powiedziała że to jakby ktoś ukradł tajemnicę boga tenisa i rzucił ją prosto w twarz przeciwnikowi. no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
A niech to, jak ja sięgam myślą do tamtych małych satelicków i widzę przed sobą zupełnie innego zawodnika niż ten, który dziś na korcie wywija tym alfabetem jak niepyszny. Wtedy to była jakaś czysta energia, coś między desperacją a totalnym luzem – facet grał jakby nie miał nic do stracenia, a my w tej spelunie albo w Filadelfii potrafiliśmy się tak naprawdę wściec z ekscytacji, że kelnerka przymknęła oko tylko dlatego, że rzuciliśmy się w tłumie kibiców z butelkami w dłoniach. Dzisiaj? Dzisiaj mamy Paula, który wszedł w ten luksus bycia kimś, kto już wie, że alfabetyczna numeracja jego zagrań to coś więcej niż zwykły trick. Widziałem go w tym sezonie, jakby miał w kieszeni całą strategię, ale jednocześnie – co dziwne – stał się taki opanowany, że aż trudno uwierzyć. Tamten break point z alfabetem był jak strzał w ciemno z dużej odległości, dzisiejszy jest jak precyzyjne cięcie laserowe przez środek parkietu. I coś mi mówi, że ten facet właśnie teraz wciąż się uczy, tylko my tego nie widzimy, bo patrzymy na tabelę, a nie na jego głowę. Wspomnienia tamtych meczów? Gorące, żywe, czasem tak spontaniczne, że aż bolesne. Dzisiaj to już nie spontaniczność, tylko mistrzostwo, które się doskonali z każdym tygodniem. Ale jedno się nie zmieniło – ten uśmiech, kiedy uderza forhendem, który leci tam, gdzie przeciwnik nawet nie myśli spojrzeć. Tylko teraz my, starsi kibice, siedzimy spokojnie z piwem w ręku i wiemy, że ten facet ma w sobie coś, czego nikt nie uczył – instynkt alfebetyczny, no nie? 😄🍻xG > emocje.
-
No a ja wam powiem, że to chyba jeszcze z tych czasów jak Paul grał w Delray Beach, tam w tym maleńkim clubie z kortami otoczonymi palmami, pamiętam jak jeden z miejscowych dziennikarzy podszedł do nas z mikrofonem i pytał co my w ogóle tu robimy, bo telewizji ani jednego… a myśmy mu na to że przyszliśmy nauczyć się alfabetu od chłopaka, który w takim miejscu potrafi wcisnąć forhend między krople deszczu spadające z liści palm… no i facet się gapił jakbyśmy zwariowali, ale potem usiadł z nami, bo akurat ten break point z alfabetyczną numeracją dograł w ciemno… i chyba pierwszy raz zrobił sobie selfie z nami w tle, bo wtedy jeszcze nikt nie wiedział że ten alfabet zostanie takim znakiem firmowym 😎🔴Jeden klub, jedno życie ❤️
-
Ej no, ale teraz to sobie przypomniałem jak raz w tym barze przy moście czekaliśmy na powtórkę z meczu, a że telewizor akurat padł to ja wyciągnąłem z kieszeni talię kart i mówię "no to nauczymy się alfabetu na nowo, bo Paul i tak będzie robił swoje"… i co? facet zza baru wziął talię, rozdał nam i zaczął tłumaczyć jak grać w pokerowy flush, bo mu się zdawało że to angielskie słówko jemu pomieszało… a my dalej wrzeszczeliśmy na ten cichy głośnik w telefonie, że niby "T jak ten uderzył!" albo "F jak forhend forte!" 🤣🍿 teraz ten sam facet przyjmuje nas z otwartymi ramionami i każe podawać piwo zanim usiądziemy, bo wie że alfabet czy nie alfabet – dzisiaj i tak nie ma szans na remis w tej knajpie! 🔥🍺Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿