Gdy kokosowy huragan rozszarpywał korty, a my trzymaliśmy się kurczowo wspomnień z US…
oj bo to coś we mnie rusza, jak sobie przypomnę, jak to było w tym tamtejszym dwutysięcznym dwudziestym trzecim, no ale niech ktoś z was pomyśli, co się działo, kiedy sieć telewizyjna straciła sygnał akurat w najważniejszym momencie tej finałówki - a myśmy siedzieli przy starym telewizorze w sosnowieckim barze, podrygując na krzesłach jak na niedzielnych tańcach, a kelnerka zamiast piwa przynosiła nam coli, bo nie wiedziała, co zrobić z tą histerią
pamiętam dokładnie, jak jeden gość walnął szklanką w stół i krzyknął, że teraz to już naprawdę jest nasza, że takiego widowiska nie widział od czasu tego gówniarza z Rotterdamu w dziewięćdziesiątym ósmym, kiedy to... ale o tym kiedy indziej, bo teraz ważne, że atmosfera była taka, że gdyby tamten meczyk leciał na żywo, to chyba byśmy urządzili marsz na stadion albo coś
no ale zobaczymy
6 postów
-
✓No do jasnej cholery, a ja akurat w Zabrzu na trybunach z kumplami byłem, ale nie było żadnego meczu tylko wywiesili nam wyniki na telebimie jakby ktoś schował się za nim i walił pięściami z radości! 🔥💪 Tłum szalał jakbyśmy sami wygrywali, a tu tylko te cyferki skakały... każda mała zmiana to BYŁOOOO 3 sekundy ciszy w moich myślach i JUŻ huk wiwatów, bo ludzie wiedzieli, że to ten moment, ten KURWA MAGICZNY moment! Aż mi łezka się zakręciła, bo wiadomo, serio emocje wychodziły z siebie, a my tam STOIMY jak jeden facet i wrzeszczymy "COCO DODAJ GAZU!" 😱 jakby to od nas zależało, chociaż to w Nowym Jorku się działo! Prawdziwa historia — w pewnej chwili taki starszy pan obok mnie, co całe życie kibicuje Iga, krzyknął "DZIEWCZYNY NASZE NIE ODDAMY!" i wszyscy do niego sekundę — CZTERY SETY, ŻADNEJ ZMIANY W TENISIE, ale taka siła że chyba kort się trząsł! A kelnerki w barze tak się zapomniały, że serwowały herbatę zamiast browara, bo nikt nie pamiętał o piciu! 🤬🍵 Serce mówi wszystko, nie? Iga walczyła, Coco kopała tyłki, a my byliśmy w Zabrzu i goniliśmy za każdym punktem jakbyśmy grali osobiście! TEŻ BYŁO WART PÓŁ ZŁOTEGO 💛❤️💛Jeden klub, jedno życie ❤️
-
a pamiętacie ten cholerny maj dwutysięczny dwudziesty trzeci, jak to na wiosnę było, kiedy jeszcze Lech się radował w Ekstraklasie, a my tuż obok w tym samym barze siedzieliśmy na meczu numer dwadzieścia jeden w tygodniu, bo znów transmisja z French Open padła w najgorszym momencie? kurde, akurat przy trzecim secie Coconut walczyła z jakąś furią, a ja miałem akurat na sobie koszulkę z naprawionym rękawem — coś tam tam zdarłem przy remontowaniu piwnicy, ale nosiłem ją z dumą, bo była od pierwszego meczu, co go obejrzałem na żywo w paryskim fanklubie. tamci chłopaki co tydzień do pizzy dorzucali, a myśmy się bawili w rzutki w przerwie, bo przecież tenis bez luzu to żaden tenis. no i znowu ten moment, kiedy sędzia przyznaje Coco piłkę, a ja — jestem już po drugim piwie, bo tam zawsze ktoś podsuwał — krzyknąłem "no wreszcie, niech ta bestia rusza dupę!", a pani Halina, co prowadziła bar, która normalnie biła się z deszczem kanapkami, to mi taką minę zrobiła, że prawie ze stołu spadłem. "Marek, powiedziałeś dupę w świętym miejscu?" — a ja jej na to, że przecież święte miejsce to kort, a tam to akurat walczyła nasza. no i wtedy wszyscy się zaśmiali, nawet ci z Lecha, którzy normalnie by się obrażali, że jakiś tenis w ich programie, no ale dobra, była taka chwila, że naprawdę nie wiadomo było, co bardziej emocjonowało — ten mecz, czy nasze odgruzowywanie po czternastej porcji befsztyku. i wiecie co? te paryskie majówki to była taka ulga po tym wszystkim zimowym smętku, że potem jeszcze tydzień gadaliśmy o tym, jak to ta słaba transmisja tylko podkręcała atmosferę, bo każdy widział mecz na własny sposób — jeden na stole z laptopem, drugi na telefonie, który ledwo łapał, a myśmy mieli ten stolik pod oknem z widokiem na kościół, który niby przesłaniał ekran, ale jakoś nie obchodziło nas, bo dźwięk leciał z kompa, a w tle było bicie dzwonów. no i przez cały ten czas obok nas siedział facet z psem, który walił ogonem w każdym momencie mocnego zagrania, jakby sam grał. teraz to dopiero byłby kibic idealny. wszystko wróciło, kiedy weszło zwycięstwo Coco, a my — zakurzeni, po kieliszku, z brudnymi rękami od tej pizzy — podskakiwaliśmy jak na weselu. naprawdę, czasem te stare klimaty są najlepsze. a wy tam w tym Zabrzu toście mieli szczęście, że byliście razem, bo jak się wkoło siebie trzymają prawdziwi kibice, to nawet zły sygnał telewizyjny staje się częścią legendy.
-
Zeszłoroczna ekipa? Tamto to było coś, co się po prostu rwało przez gardło i nie dawało wyjścia — tyle emocji, że aż dziw, że ktoś z naszych żołądków jeszcze funkcjonuje. Pamiętam te tygodnie w maju, kiedy patrzyłem na kolegów i myślałem: "Boże, niech tylko ten trzeci set nie padnie pod stołem, bo jutro nikt nie pójdzie do roboty". Była taka dzika wiara, że Coco wygra, jakbyśmy sami wcisnęli jej rakietę w ręce i powiedzieli: "Dasz radę, mała, teraz to już na pewno". A teraz? Teraz to jest drużyna, która wie, jak się walczy, ale nie ma już tej szaleńczej desperacji. Obecna Coco to mistrzyni, która umie chłodno prowadzić mecz, ale gdzieś w tym wszystkim brakuje tego płynnego szału, jakbyśmy patrzyli na szachistę, który gra genialnie, ale już nie biją mu serce z każdym ruchem. Wtedy mieliśmy wrażenie, że każdy punkt to cios, który wbija się prosto w opozycję, a teraz? Teraz to bardziej jak precyzyjna operacja — świetna, ale brakuje tej chwili, kiedy chciałoby się wstać i krzyknąć, że przez ciebie właśnie tenis stał się tym, czym jest. I jeszcze ta aura wokół tamtych dni — kiedyś byliśmy banda ludzi, którzy potrafili się zebrać w jednym miejscu, mieć jeden cel i walczyć razem, nawet jeśli świat się walił dosłownie wokół nas. Teraz jest fajnie, nie powiem, ale to już nie to samo. To jak dobry serial — wiemy, że będziecie walczyć, zrobicie swoje i może nawet wygracie, ale tej magii, kiedy kibicowało się, że przegramy, ale i tak poczujemy się zwycięzcami, już nie ma. Tamto było dziko, niesfornie, a teraz? Teraz to bardziej eleganckie widowisko — i cóż, czasami eleganckie widowisko nie zostawia śladu w duszy.Kontekst bije gołą liczbę.
-
no do licha, ale mnie ta historia z Zabrza podgrzała, że nie wiem czy mam jechać jutro do roboty! 😄 sam pamiętam ten straszny weekend w grudniu, kiedy trafiłem na ten mecz w jakiejś norze na Wildzie, gdzie akurat leciała transmisja z us open, a obok mnie facet co grał w koszykówkę wieczorami tak się emocjonował, że wpakował piłkę prosto w telewizor i powiedział "niech już ten sygnał sam idzie do cholery". ledwo odratowaliśmy ten ekran, a po meczu zgodziliśmy się, że jakby nam ktoś powiedział, że widzieliśmy coś takiego na żywo, to byśmy mu nie uwierzyli. i wiecie co mnie najbardziej śmieszy w tych waszych opowiastkach? że zawsze jak taki mecz się dzieje, to nikt nie pije normalnie — albo to kolę zamiast browara, albo to herbata zamiast piwa, albo w ogóle zapomina się o jedzeniu! a jeszcze te psy kibice — ten z kościoła w paryskim barze to był dopiero numer, no ale wierzcie mi, ja miałem swojego psa w domu, który przy każdym mocnym zagraniu Coco walił ogonem tak, że spadał mi kubek z kawą z rąk! zwierzak był jak drugi sędzia, tyle że zamiast gwizdka machał ogonem i szczekał jak oszalały. i niech mi ktoś powie, że to nie były najlepsze chwile — bo wtedy naprawdę było się kibicem, a nie tylko facetem, który ogląda tenis na ekranie. tamte emocje to się nie da porównać z niczym, bo wtedy naprawdę wierzyliśmy, że to my walczymy razem z nią, chociażby przez to, że sygnał szedł przez jeden kiepski głośnik w jakimś zadupiu. no i teraz, kiedy patrzę na nią jak idzie pewnym krokiem po korcie, to trochę smutno, bo już nie ma tej dzikości, która nas wszystkich zjednoczyła. ale cóż, jak to mówią stary Lech — "lepszy rydz niż nic", i zawsze będą dni, kiedy znów poczujemy ten sam dreszcz, prawda? 💛
-
Ej, a pamiętacie moją ciocię Halinę co miała to radio sprzed wojny w szafce i na nie protestowała kiedy wbijała "nawoływania"? No i akurat przy tym najlepszym zagraniu Coconut (kiedy to siatka się rozjechała i było wiadomo, że czeka nas dramat albo spektakl) — stara zaczęła krzyczeć "TA RODZINA JUŻ NIKOMU NIE POTRZEBNA!" bo jej antena miała akurat awarię i odebrane było tylko ciche szumy. Myślałem, że umrę ze śmiechu jak wszyscy goście wokół padli na stoły i zachlapali się herbatą, bo ciocia dalej tłumaczyła, że to "odgłosy z innego świata" i że Coco gra z kosmitami. Ale serio — kurde, jakieś tam babciny radio, kiepski sygnał, totalna amatorszczyzna… a i tak wszyscy byliśmy tamtego dnia częścią jakiejś ogromnej wszechkosmicznej drużyny 💛❤️💛 i to się chyba nigdy nie powtórzy, bo dziś każdy ma 4K i live stream na 5 urządzeniach naraz, a emocje? A kto je widział 🤣🍿Memy to też analiza.