Gdy hiszpańskie słońce świeci nad zielonym kortem, a Alcaraz bije się o każdy punkt…
a niech to, to coś mnie tknęło jak spojrzałem na datę... piętnastego marca dwa tysiące dwudziestego trzeciego, niedziela, palmowe oazy wokół kortów w indian wells jakieś czterdzieści stopni na słońcu, a my wszyscy przyklejeni do ekranów albo naprawdę tam będąc. pamiętam jak dzisiaj, siedziałem z kolesiem z pracy w tym fajnym miejscu co podawać potrafią piwo w kubku lodowym, i jeszcze przed finałem gadałem z nim o tym, że akurat ten mecz to będzie taka walka, bo któryś tam tenisista coś tam tam u siebie zrobił... ale jakby nie patrzeć, nasz chłop w szlafroku granatowym, zanim wszedł na kort, to sobie pogadał z tą swoją matką co siedziała w loży, i coś mu tam przekazywała, i ja sobie wtedy pomyślałem: no cóż, jak matka bije pianę to syn jest gotowy na wszystko. potem to już poszło, raz-dwa, ściana uderzeń od obu stron, i widziałem te wszystkie te hiszpańskie chorągiewki powiewające wśród kibiców, jakby kto na trybunie rozdał... aż tu nagle punkt przerwany, Alcaraz schodzi, pot zalany, i co on robi? podbiega do siatki, salutuje dla publiczności, i ta owacja była taka, że aż mury drżały. nie przegrywał przecież, nie zwyciężał, a dostał taką owację jakby właśnie wygrał cały turniej. pamiętam nawet, że jeden facet obok mnie, typ zadowolony, to wręcz płakał jak dziecko. no i teraz jak patrzę na to zdjęcie co tam krąży w internecie, albo jak ktoś je wrzuca, to się uśmiecham do samego siebie — bo to nie był koniec, tylko taka mała historia w naszej wielkiej księdze kibica. i że jemu wtedy chyba nie chodziło o tytuł, tylko o to, żeby pokazać, co to znaczy walczyć do końca.
6 postów
-
✓A co to za okropny upał w ten dzień jakieś dwa lata temu... siema, kolego! 🔥 Ja akurat byłem w tym barze przy stadionie na tyłach Łodzi, u mojego kumpla Franka co ma ten sklepik z piwem i kanapkami na imprezy. Siedziałem sobie z oranżadą w kubku (bo ja nie piję alkoholu przed meczami, no chyba że po 😂), i nagle ekranik wiszący nad barem pokazywał ten finał Alcaraza. Jak on wychodził w tym granatowym szlafroku to ja sobie pomyślałem: "no kurwa, co on tam dzisiaj wymyślił?". I zaraz potem ten mecz się zaczął — i byłem na nogach jakby mnie prąd kopnął! 💪 Kiedy on schodził z kortu, cały zlane potem, a potem ten salut i owacje... ja nawet krzyknąłem "ALE DZIAŁO!" i walnąłem pięścią w stół. Frank mi mówi "ojojoj, zróbże coś z rękami!", a ja na to "nie ma mowy, teraz to święto jest!". A facet obok mnie, jakiś emeryt, to naprawdę miał łzy w oczach i gadał "to nie mecz, to walka ducha". I ja wiem, że nikt nie zapomni tej sceny — bo to nie był finał, to była lekcja jak się bije aż do ostatniego punktu! Teraz jak ktoś wrzuca to zdjęcie to od razu do niego wracam... bo to jest nasze, kibiców, wspomnienie ❤️🔴
-
no i to akurat fajnie pamiętam, bo ja tam wtedy z żoną na urlopie byłem w hiszpanii, w kurorcie coś koło walencji. trafiło się tak, że akurat w tym samym tygodniu co indian wells miał być tam jakiś mniejszy challenger z udziałem hiszpańskiej młodzieży, a my akurat kupiliśmy bilety na to na kilka dni wcześniej bo myśleliśmy, że to będzie jakaś lokalna impreza bez większego sznyta. no ale jak już przyjechaliśmy na kort, to afera była, bo na trybunie siedziało ze dwustu facetów z chorągiewkami alcarazowskimi, wszyscy wrzeszczeli jakby to był finał wielkiego szlema! no i tamten chłopak, ten ich rodzynek coś koło 19 lat, nie dość że wygrał ten mecz, to jeszcze po ostatnim uderzeniu podbiegł do siatki i krzyknął "vamos alcaraz!" tak że cały stadion zadygotał. ludzie rzucali kapeluszami, a ja stałem z żoną i tylko się gapiliśmy do siebie... bo przecież myśmy na Alcaraza wcale nie jechali, ale wyszło, że właśnie w tym miejscu trafiliśmy na drugą paczkę kibiców co spanikowaliśmy razem z nimi. potem po meczu, jak się okazało, ten młodziak to był jakiś daleki kuzyn czy coś w ten deseń, i akurat był taki podekscytowany, że mu matka kazała trzymać fason — no ale nic z tego, bo on tak hulał, że przyjmował gratulacje w samych bokserkach z numerem na koszulce 😄 no i teraz jak widzę te zdjęcia z indian wells, to mi się tamten dzień w walencji automatycznie przypomina, bo to był taki sam zapał, tylko w miniaturze. no ale serce waliło, nie powiem.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
A co, chłopie, jakbym ściągnął stare zdjęcia z tamtej niedzieli i porównał z tym co mamy teraz w naszej paczce? Wtedy był taki jeden moment, prawdziwa eksplozja — wszyscy razem, jak jeden organizm, ściskaliśmy kubki z piwem w garści, a jak ten Alcaraz salutował, to naprawdę czułem, że każdy z nas w tamtej chwili był częścią czegoś większego. Teraz? Też jest fajnie, ale to już nie ten sam ogień, nie te same owacje, nie te same spontaniczne wybuchy. Dzisiaj kibicujemy, owszem, kiedy nasz chłopak gra, ale nie ma już tej szaleńczej ekscytacji co wtedy. Może to przez pandemię, może przez to, że każdy mecz jest transmitowany na żywo, a my już nie siedzimy razem w jednym barze tylko każdy w swoim pokoju. Pamiętam, jak w tym roku oglądałem ćwierćfinał w Barcelonie — klimat niby był, ale brakuje mi tej magii z Indian Wells, tej, która sprawiała, że kibice płakali jak dzieci, choć akurat nie było powodu do łez. Z drugiej strony, jesteśmy bardziej zorganizowani teraz. Mamy grupy na Fejsie, rozsyłamy memy, kibicujemy globalnie. Tamtego dnia było tak, że albo byłeś tam osobiście albo nie miałeś pojęcia o emocjach. Dzisiaj każdy może dołączyć do radości, nawet z drugiego końca świata — ale czy to samo co prawdziwa owacja na trybunie? No i jeszcze jedno — wtedy Alcaraz był dla nas nowością, takim młodym wilkiem, który rzucił się na tenis jakby go kto poganiał batem. Teraz patrzymy na niego inaczej, bo już znamy jego historię. Widzimy, ile przeszedł, ile jeszcze przed nim, i kibicowanie nabrało innego smaku — bardziej świadomego, mniej spontanicznego. Tamto było jak pierwszy pocałunek — niespodziewany, gorący, zapierający dech. Teraz to raczej solidny związek z dobrymi chwilami i spokojnym towarzystwem. No, ale dobra — nie mówię, że nie warto kibicować teraz. Wręcz przeciwnie, to nadal jest nasz chłop i zawsze będzie. Po prostu nie ma już tego samego bicia serca co wtedy, gdy wszyscy razem krzyczeliśmy w niebogłosy, bo przecież on nie przegrał — on walczył, i to właśnie zapamiętamy. Bo fajnie kibicować, kiedy drużyna bije, ale fajniej pamiętać, kiedy to coś więcej. ❤️🔴
-
a niech mnie, jak tu nie wrócić do tamtej niedzieli w indian wells — no bo pamiętam, że akurat miałem akurat wolne od robót na budowie, więc wyskoczyłem z bratem i jego dwójką dzieciaków, co to akurat przyjechały na wiosnę z wizytą. facet jadąc z nami samochodem ciągle gadał, że "no co ty, naprawdę ten mecz ma być taki ważny?", a ja mu tylko: "zobaczysz, synu, to nie jest mecz, to jest pokaz, jak się robi tenis". i rzeczywiście — jak ten Alcaraz wszedł w tym szlafroku, to zaraz było widać, że on nie gra dla punktu, nie gra dla tytułu, on gra dla tej chwili. i jak schodził z kortu, pot lejący się strumieniami, a potem ten salut... facet obok mnie, taki typ co to zwykle siedzi cicho i popija piwo, to nagle zaczął klaskać w takt i krzyknął "panie, to jest mistrz świata nie klasy, ale ducha!". no i wiecie co? te dzieciaki mojego brata, normalnie wiecznie w tablety wpatrzone, to nawet one stanęły i zaczęły klaszczć razem z nim. jeden mały, taki sześciolatek, powiedział później w samochodzie, że "wujek, to był najlepszy mecz, jaki widziałem w życiu", a ja sobie pomyślałem: no właśnie, bo to nie był mecz, to była lekcja, którą każdy z nas zapamięta na całe życie. i teraz jak widzę to zdjęcie, to od razu wraca ten hałas trybuny, ten zapach piwa w kubkach, i ta duma, że jednak byliśmy tam — choćby tylko w myślach. ❤️🔴Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
no niech mnie słońce w tyłek kopnie ale pamiętacie jeszcze jak faceci zza oceanu myśleli że Alcaraz to jakiś "młody hiszpański chłoptaś co nawet nie wie jak się wita z matką"? 🤣 a tu proszę — niedzielne Indian Wells, ten finał, i nagle wszyscy kibice z Różyckiego wstają równo jak jeden facet i krzyczą "vamos carlos!" bo on tak walczył, że się zdawało, że zaraz tenisówka mu z buta wyleci! 😂 ja tam akurat oglądałem u sąsiada, co ma ten mały telewizorek co ledwo co widać, ale co tam — ważny był klimat, nie jakość obrazu! siedzieliśmy z kumplem w klapkach i majtkach, piwo w papierowych kubkach bo mama nam zakazała brudzić serwetkami, i jak ten Alcaraz salutuje, a publiczność owacje tak że sąsiad z drugiego piętra pukał po ścianie: "no dobra, dosyć, ja też chcę spać!". a ja na to: "no chyba żartujesz, sąsiedzie, to jest HISTORIA kibica, nie budzenie!" 🤣 i wiecie co było najgłupsze? jak następnego dnia poszedłem do sklepu, to pani ekspedientka na mój widok powiedziała "oj, to pan był u sąsiada na meczu", a ja tylko na nią: "jakoś tak wyszło, pani Zofio, ale proszę mi wierzyć — to nie mecz, to była lekcja życia, a jeszcze do tego mi buty się rozleciały od tańca!" 😭🔥Memy to też analiza.