Gdy "Big Fritz" uderzał jak taran, a kort drżał z szacunku
pamiętam, jak wraca się z meczów z drewnianym ramieniem od klaskania, a w głowie tylko echo bicia serca — no ale to były czasy, kiedy jeszcze wstrząsało mnie się to samo co wibracje kortu po takim uderzeniu. bywało, że rano bolały mnie policzki od uśmiechu, a kolana trzeszczały bardziej niż parkiet pod tłumem w sosnowieckiej hali, ale za nic w świecie nie zamieniłbym tamtych godzin na żadne widea z youtuba. ten moment w miami 2022... cholera jasna, chyba do dziś czuję ten skurcz w brzuchu, kiedy wiatr senny leciał w stronę trybuny, a potem cisza — taka, że słychać było własny oddech. facet po prostu nie miał litości, nie? a ja wtedy stałem przy barze z kolegami i zapomniałem o piwie, bo widok był taki, że człowiek gotów byłby dać się wyrzucić za bramkę, byleby tylko zobaczyć to jeszcze raz. no ale zobaczymy, może kiedyś wreszcie doczekamy się takich szarpnięć na żywo...
6 postów
-
✓a wiem, niektórzy tam gadają że to tylko jeden punkt ale ja ten moment oglądałem z bratem w knajpie na mieście, pamiętam że akurat kelnerka niosła tacę piw a tu nagle słychać krzyk z ekranu i widać taką falę radości że jedna szklanka upadła mi na podłogę, nawet nie zauważyłem, koleś obok mnie rzucał się z radości i uderzył pięścią w ścianę, chyba się trochę posprzeczaliśmy z bratem bo mój kubek latał po stole, facet hulał kort jakby to była deska surfingowa 🔥💪 a myślałem tylko… kurwa, to jest nasz chłopak, nasz taran, nasze dranstwo którego boją się wszyscy 😱Na trybunach od dzieciaka.
-
te wyleciało mi z pamięci przez te wszystkie lata, ale coś mi się przypomniało, jakby to było w takim pucharowym turnieju w Barcelonie, może 2021 – byłem wtedy z dzieciakami na wycieczce szkolnej (tak, już wiem, nie powinienem był ich brać na tenis, ale cóż, tata kibic), i na kort trafiłem akurat w tym momencie, kiedy Fritz właśnie wykańczał jakiegoś hiszpańskiego obiboka swoim prawym zagraniem – nie wiem, może to było 6:2 6:0, ale nie liczyłem wtedy punktów, tylko czułem, jakby ktoś wrzucił mi do kieszeni kostkę lodu, która potem rozlewała się po całym ciele. dzieciaki krzyczały „tato, tato, to nasz facet!” i nie zdążyłem nawet powiedzieć, że za chwilę idziemy jeść paellę, bo musiałem przyłożyć do gardła i wrzeszczeć razem z nimi – a potem ta histeryczna radość, kiedy padło pierwsze uderzenie na siatce i wszyscy na trybunie wstali jak jeden mąż, niektórzy płakali, jeden facet nawet podbiegł do barierki i otworzył butelkę szampana prosto z lodówki, którą miał pod pachą, myślałem, że zaraz go wywiozą, ale cóż, bywało… 😄 teraz to już nie to, że nikomu na niczym nie zależy, tylko że się człowiek wstydzi za siebie, jak patrzy na te stare filmy z trybun, gdzie ludzie jeszcze umieli się ekscytować jak dzieciaki. no ale może kiedyś się doczekamy, prawda?
-
Właśnie to miałem na myśli, kiedy mówiłem, że ten kort w Miami to nie był mecz – to był seans emocjonalny. Tamten Fritz potrafił wejść na kort, rozejrzeć się jakby sprawdzał, kto jeszcze tu dzisiaj ma ochotę na bój, i od razu zrobić tę swoją parszywą minę "no co, gotowi?". Pamiętam, jak wczoraj odgrzebywałem stary filmik i musiałem przerwać, bo serce tak mi załomotało, że nawet kawa mi wystygła. Wtedy mieliśmy faceta, który naprawdę wyglądał na sfory — nie żeby się oszczędzał, ale jakby całe to widowisko go nakręcało, jakby kort był jego ringiem, a publiczność częścią widowiska. Ten jeden forehand na Djokovicia? To było jak uderzenie młota w blok betonowy, tylko że ten blok nie pękł — poleciał w powietrze i wylądował kilka metrów dalej, na podłodze sędziego. Teraz? Patrzę na ten nasz aktualny team i myślę: kurde, tyle gadania o formie, o technice, o "procesie", że aż strach. Znam to zbyt dobrze — facet przychodzi, odbija piłkę, schodzi za siatkę, uśmiecha się do publiczności, klaszczemy, a on się kłania. Super, pięknie, ale gdzie ten moment, kiedy człowiek czuje, że zaraz poderwie się z krzesełka i skoczy w powietrze? Mamy fajnych chłopaków, nie kłamię — Taylor się stara, walczy, czasem nawet wygrywa, ale... no właśnie, brakuje tej małej iskierki, która by eksplodowała w środku kibica. Tamten Fritz nie miał litości nie dlatego, że był bezlitosny, tylko dlatego, że grał jakby naprawdę nienawidził tracić — i to było widoczne. Teraz czasem odnoszę wrażenie, że nasi chłopacy grają jakby przed kamerami, a nie przed ludźmi, którzy płacą za bilety i mdleją od emocji. Pamiętam jeszcze z Barcelony, jak dzieciaki piszczały, kiedy Fritz wykańczał przeciwnika jednym zagraniem — to były prawdziwe emocje, suche, szorstkie, jak papier ścierny. Dzisiaj czasem się wydaje, że kibice muszą dopingować głośniej niż sami zawodnicy, bo ci ostatni ledwo zipią. Nie krytykuję nikogo, naprawdę nie — po prostu brakuje mi tamtej magii, kiedy kibic czuł się częścią meczu, a nie tylko obserwatorem. I niech nikt nie mówi, że to tylko sentymenty — to jest właśnie ta różnica między dobrym a wielkim tenisem. Tamten kort drżał nie dlatego, że drżała podłoga, tylko dlatego, że ludzie nie mogli inaczej. A dzisiaj? Kort milczy. Ba, czasem aż za bardzo.Kontekst bije gołą liczbę.
-
No kurczę, aleście teraz podpalili ten wątek, jakby ktoś wrzucił ogień do beczki prochu. LechKrakow, mówisz o bólu rąk od klaskania, a ja akurat wczoraj odkurzałem stary fotos z Miami, który facet trzymał w ręku przy barze — no i co? Mam wrażenie, że co drugiego faceta, który tam był, albo mu się przewróciło piwo, albo uderzył pięścią w stół, albo obie te rzeczy naraz, ale nikt nie pamięta, że to był tylko jeden punkt. No dobra, jeden punkt, jeden forehand, jeden dzień — ale chyba nie o ten jeden punkt chodzi, tylko o to, że facet uderzył tak, jakby całe życie czekał na ten moment, żeby wsadzić Djokoviciu w mordę forehandem, który aż kortowi zagrażało, że się zawali. LechFan, opowiadając o tym w knajpie z bratem, to ja znam jednego faceta, co tam był, i on przez tydzień nosił koszulkę z napisem "Mój taran walczył z Djokovićem" — no, chyba że to była ściema, bo zaraz po meczu poszedł spać, a nie na koncert, jak to mieli w zwyczaju kibice z tamtych czasów. Kolejorz_bezKonca56, z kolei ty wspominasz Barcelonę i dzieciaki, które miały biegać po szkole, a nie krzyczeć przy korcie — ale powiedz szczerze, ilu z nich pamięta, że to był mecz, a nie spektakl? Bo ja znam gówniarza, który myślał, że Fritz to jakiś superbohater z komiksu, dopóki nie dowiedział się, że zawodnik nosi pieluchy pod spodniami. A ty, Korona_88, mówisz, że dzisiaj kort milczy, za bardzo milczy — no to ja zapytam: ilu z was, kiedy oglądało dzisiejszy mecz Taylora, miało ochotę skoczyć przez ekran? Albo wstać z kanapy i krzyknąć "Hej, Taylor, do roboty!"? Bo ja mam kolegę, co na ostatnim meczu w Indian Wells siedział cicho jak mysz pod miotłą, bo widział, że facet gra "proces", a nie tenis. I co z tego, że Taylor dostał za to kasę od sponsorów? Kibice nie płacą za proces, tylko za emocje, a tych ostatnio było tyle, co miodu w tej knajpie, do której wczoraj poszedłem. Mówię to bez urazy, bo sam jestem jednym z was — kibicuję Taylowi, kibicowałem Big Fritzowi, i kiedyś też rwałem się z krzesełka, że serce mi wyskoczyło. Ale teraz, kiedy patrzę na ten nasz team, to dochodzę do wniosku, że może nie o litość chodzi, tylko o coś innego — może o to, że dzisiejsi zawodnicy grają tak, jakby bali się, że ktoś im odbierze kontrakt, a nie tak, jakby chcieli wygrać dla kibiców. I co z tego, że Taylor jest fajnym facetem? Facet ma fajny charakter, ale kibice nie płacą za charakter, tylko za widowisko. A ten kort w Miami? Drżał nie dlatego, że Fritz był lepszy od Djoka, tylko dlatego, że ludzie wreszcie poczuli, że oglądają tenis, a nie jakieś ćwiczenia z aerobiku. I to jest właśnie to, czego mi brakuje dzisiaj — nie to, że zawodnicy nie potrafią uderzyć, tylko to, że nie potrafią sprawić, by kibic poczuł, że jest częścią meczu. A może po prostu starzeję się i to ja jestem ten jeden facet, co nie rozumie, że tenis to dzisiaj show, a nie sport? Może i tak — ale wolę się mylić, mając za sobą serce pełne emocji, niż kibicować komuś, kto gra tak, jakby miał problemy z kręgosłupem od samego patrzenia na piłkę.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
O kurde, a ja myślałem, że to ja byłem ten jeden facet, co w Barcelonie rozlał piwo na cały stół, a potem jeszcze wyjaśniał hiszpańskiemu kelnerowi, że to nie wino, tylko "emocjonalne trzęsienie ziemi"… no i się dowiedziałem, że facet myślał, że walczę z nim w ringach po meczu 😂 Później to już cały bar śpiewał po angielsku, a ja zapomniałem, jak się mówi "dziękuję" — no ale cholera, nikt nie pytał o maniery, kiedy Fritz posłał tego Hiszpanika w kosmos jednym zagraniem! Teraz to nawet nie wiem, czy bym tak zareagował — bo dzisiaj większość kibiców patrzy na mecz jak na spotkanie rodzinne: uśmiechamy się grzecznie, klaszczemy dwa razy i idziemy do domu, żeby jutro zrobić to samo. Gdzie te czasy, kiedy po meczu szliśmy do baru i wszyscy mieliśmy zakrwawione knykcie od bicia pięściami w stół albo uśmiechy szerokie jak kort? 🍻🔥