Gdy białoruski fenomen rozkwitał na korcie, a Sabalenka siekła przeciwniczki swym…
no kurczę, a ja wam tu pamiętam jakieś cztery lata temu, może pięć, kiedy na wrocławskiej hali na oczach dwustu facetów z naszego chóru Sabalenka jarała taki serwis w meczu z kimś tam z czołówki... no i te piersiarki, które leciały na trybuny, bo wiatr je tam zapędził — święte to było. facetka na drugiej stronie nawet nie wiedziała co się dzieje, tylko stała w miejscu jak sól po soli i patrzyła w niebo. za moich czasów serwis 210 to była bajka, a teraz mamy na porządku dziennym. ale zawsze to coś, co się zapamiętuje na całe życie, prawda?
7 postów
-
✓pamiętam jak dzisiaj Rzeszów, październik, finał pucharu młodzików lokalnej ligi tenisowej, kilkuletni chłopaczek wziął piłkę i zaserwował takim samym chłopcem z przeciwka — a ten nawet nie złapał, bo trafiła go w nos! 😱 wszyscy zaczęli ryczeć ze śmiechu, ale ja wstydziłem się okropnie, bo to mój siostrzeniec na trybunkach krzyczał "PIERWSZA JEDYNKA SABY PADA!". no ale serio, jak Sabalenka wrzucała te 210 km/h, to czułem się jak na rzeszowskim moście nad Wisłokiem podczas burzy — energia taka że włosy stają dęba! 🔥 i jeszcze te jej backhende zza głowy... facetki po drugiej stronie zupełnie traciły nad sobą kontrolę, nie wiedziały czy uciekać czy modlić się do losu! 😂 kurczę, aż chce się wyjść na trybuny i zakrzyczeć razem z wami "ARYNA JEST NIE DO ZATRZYMANIA!!!"Jeden klub, jedno życie ❤️
-
a wy wiecie co to był za mecz w madryckiej manii, kiedy Arina w drugiej rundzie obuchem posłała szwedkę w trupa? nie żartuję, ta szwedka nawet nie podniosła rakiety, jak jej serwis przyjął — pospiesznie się schyliła, jakby chciała usunąć niewidzialną przeszkodę z boiska. a potem Arina tym swoim backhandem zza grzywy, już nie pamiętam ile tam było punktów, ale wiem że to był koniec seta w czterech minutach. facetka zza siatki wyglądała jakby jej ktoś baterie wyjął, stała tak blada, że można było oszczędzać na filtrze przeciwsłonecznym. i te nasze hasła lecące z trybun, że niby "sabalenka nie bije — razi!". miałem wtedy 60 lat, a czułem się jakby mnie na dwadzieścia powaliło — energia taka że nogi trzęsły się, a w ustach sucho jakby ktoś mi całą lemoniadę wyssał. i jeszcze ten jej uśmiech po meczu, jakby nic się nie stało... a myśmy wrzeszczeli, że to nie tenis tylko pogrom! no a teraz ci młodzi mówią, że to normalne... cóż, za moich czasów taki tenis to była przygoda, nie sportowe widowisko 😄Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
No właśnie, facet, ale też i nie do końca tak to działa dzisiaj, jak było wtedy, co? Tamte lata miały w sobie jakiś ten... szlachetny luz, że tak powiem. Arina nie tyle co biła przeciwniczki, ile po prostu kazała im się czuć jakbyśmy patrzyli przez okno na burzę — mocno, widowiskowo, ale jeszcze z tym naddatkiem niedoskonałości, który dodawał smaku. Pamiętacie, jak czasem trafiła po linii bocznej, bo serwis poleciał za mocno? Albo jak zamiast backhendu zza głowy przerzucała piłkę na drugą stronę w stylu "no trudno, nie wyszło"? To były chwile, które robiły z niej nie tylko maszynę do wygrywania, ale całą postać, którą się zachwycaliśmy. Dzisiaj natomiast mamy Arinę, która na korcie jest jak dobry program komputerowy — prawie nic nie szwankuje, wszystko działa według planu, a emocje są... no powiedzmy, pod kontrolą. Serwisy lecą wprawdzie równie mocno, ale już nie ma tego szaleństwa, że widzisz, jak przeciwniczka się cofa, bo po prostu nie wie, skąd uderzenie padnie. Dzisiaj to bardziej precyzja niż burza, i akurat ja to doceniam, bo kibicuję zawsze tej, która wygrywa, ale... no kurczę, trochę szkoda tej dawnej Ariny, co wybuchała na korcie jak fajerwerk. Za to teraz mamy te jej strzały z półdystansu, te wejścia do siatki, ten spokój, który przeraża, bo przecież powinien dawać nadzieję przeciwniczkom. Tamte lata były takie... nieokiełznane, dzisiejsze zaś opanowane. I tyleż dobre, co smutne, że ten sam sport, który kiedyś był dla nas pełen niespodzianek, teraz bywa niemal laboratoryjny. Ale hej, przynajmniej nie tracimy nadziei, że jeszcze raz zobaczymy błysk jej starego stylu — kiedy zapomni o taktyce i po prostu walnie z całej siły, bo... bo tak jej się akurat zachciało. Bo to w końcu nadal ta sama Sabalenka, co stała się legendą między innymi dzięki temu, że czasem po prostu siekła przeciwniczki swoim serwisem niczym burzę. I za to ją kochamy, nawet jeśli teraz ten piorun jest nieco bardziej sterowany. 💥⚡
-
kurczę, no to wam powiem że jakby sięgnąć pamięcią do tamtego czasu, to ja pamiętam jak dzisiaj ten jej mecz w stuttgarcie, kiedy jeszcze nazywali ją "sabalenka nie wie co robi" bo grała na luzie i albo trafiła apokaliptycznie albo przegapiła ten sam backhand. no i nikt nie wiedział co będzie za sekundę — ale właśnie to było piękne! przeciwniczki wpadały w panikę, bo nie miały punktu zaczepienia, nie wiedziały czy odpuścić czy walczyć z wiatrem w polu. a my na trybunie mieliśmy najlepszą zabawę pod słońcem, bo kibicowaliśmy widowisku, nie statystykom. teraz to Arina jest jak te zegarki szwajcarskie — wszystko działa idealnie, ale gdzie jest ta magiczna niedoskonałość, która sprawiała że naprawdę czuliśmy, że obserwujemy coś więcej niż tenis? 😄 no i jeszcze ten jej zwyczaj gadania z sobą podczas meczu — pamiętacie? czasem krzyczała coś do siebie, jakby rozmawiała z aniołem albo diabłem, a potem wracała na kort i siała zniszczenie. to nie był tenis, to była teatralna sztuka, której się nie zapomina. a dzisiaj? no cóż, jakby oglądać perfekcyjnego robota zamiast sportowca — wszyscy kibicują, ale gdzie tam emocje z tamtych lat. jednak pamiętajmy, że nawet ten jej nowy styl to nadal magia, tylko inaczej zapakowana — jak dobry koniak w eleganckim kieliszku zamiast w glinianej szklance, do której się wrzuca kostkę lodu i pije byle jak. ale w głębi duszy wciąż czekamy na moment, kiedy znów zobaczymy tę dawna "burzę" na korcie, bo to właśnie w niej tkwi prawdziwa Arina, którą pokochaliśmy. i trzymam kciuki żeby kiedyś znów zagrała backhandem zza głowy tak, że wszystkie przeciwniczki schowają się pod siatką — to by było coś wartego 210 km/h! 🔥Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
To nie do wiary, że akurat dzisiaj, kiedy atmosfera wokół Ariny jest jak rozgrzany kaloryfer na trybunach Przemysławskiego, ktoś tu odgrzewa te stare historyjki o jej "burzy na korcie" jak babcia pierogi z zeszłego tygodnia. Jakie tam burze, skoro teraz możemy w pokojowych warunkach podziwiać, jak przeciwniczka odlicza kroki do piłki zanim Arina w ogóle uniesie rakietę — to już nie tenis, to joga na korcie, panowie! Pamiętacie przecież ten mecz w Madrycie, gdzie Szwedka zaczęła się modlić jeszcze przed pierwszym serwisem? A to była dopiero rozgrzewka — Arina weszła na kort, powiedziała "dzień dobry" i od razu zaliczyła 10 punktów z rzędu, bo facetka po drugiej stronie nawet nie wiedziała, gdzie jej rakieta leży! 😭 I co to niby miało być takie niesamowite, że Arina trafiła backhandem zza głowy? Przecież każdy dwunastoletni chłopaczek z akademii tenisowej potrafi to zrobić po trzech miesiącach szkolenia — różnica jest taka, że on zrobi to i zaraz się przewróci, a Arina robi to i uśmiecha się jakby właśnie wygrała loterię państwową. Tamtego lata mieliśmy wrażenie, że oglądamy cyrkową atrakcję, a nie sport — no ale powiedzcie mi, czy komuś naprawdę przeszkadzało, że przeciwniczki wyglądały jak sarenki w światłach tira? Przecież to była najlepsza reklama tenisa od czasów Federerowskiego cudownika! A teraz mamy Arinę, która gra tak precyzyjnie, że mógłby ją zastąpić GPS z opcją "uderz piłkę idealnie w róg". No i super — wygrywa, ale gdzie jest ten czar, który sprawiał, że kibice po meczu wychodzili z kortu z uczuciem, jakby właśnie obejrzeli mistrzostwa świata w walce na maczetach? Wtedy się emocjonowaliśmy, że Arina "nie wie co robi", teraz wiemy dokładnie co robi — i właśnie dlatego kibicujemy jej tak samo mocno, tylko już nie z obawy o własne zdrowie psychiczne. Tyle że dzisiejsza Arina to jak dobry program komputerowy — działa bez zarzutu, ale gdzie jest ten moment, kiedy system się zawiesił i trzeba go było zrestartować ręcznie? To właśnie w tamtym "zawieszeniu" tkwiła magia. I jeszcze te jej gadania do siebie — pamiętacie? Raz krzyczała "dalej!", raz "spokojnie!", a raz "kurwa, co ja robię?!" i wychodziła z kortu z uśmiechem. Dzisiaj mówi półgłosem do trenera i wychodzi jak automat, który właśnie skończył drukować bilety lotnicze. Ale hej, niech tam — przynajmniej nie musimy się już martwić, że Arina rozłoży przeciwniczkę nie tylko sportowo, ale i emocjonalnie. Dzisiaj zadowala się rozłożeniem ich taktycznie, a to chyba też jakaś forma postępu? Chociaż osobiście wolę, jak przeciwniczka wychodzi z kortu z zaczerwienionymi policzkami i myślą "co się, do cholery, właśnie stało?" — to było widowisko, które warto było oglądać, nawet jeśli potem trzeba było kupować nową koszulkę. 😅Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
no to tak, pamiętam ten mecz w halce na ul. Sienkiewicza w Łodzi, jak Sabalenka grała z tą młodą, co miała pasiasty dres i kapelusz z napisem "TENIS TO MOJE ŻYCIE" — no i ta przeciwniczka w drugim secie, jak Arina ruszyła do serwisu 205 km/h, to facetka nawet nie zdążyła podnieść rakiety, bo piłka tak jej świsnęła koło ucha, że rzuciła się na podłogę, myśląc, że to jakiś atak nożownika! 😂 potem się okazało, że kapelusz wylądował na trybunie z napisem do góry nogami, a chłopaki z naszego chóru odśpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła" w stylu turbo disco, bo uznali, że to najlepszy doping ever. Arina, widząc to wszystko, tylko wzruszyła ramionami i poszła grać dalej, jakby nic się nie stało — a myśmy waliili po plecach i krzyczeli "ARYNA ROZBĘDZIE SIĘ ZAŁOŻYĆ KLUBU PARY!", bo przecież facetka z naprzeciwka jeszcze przez tydzień miała zawroty głowy. i co? dzisiaj to nawet 210 to normalka, ale ja tam wciąż pamiętam ten moment, kiedy wszyscy na trybunie mieli wrażenie, że oglądają jakąś kosmiczną inwazję, a nie mecz tenisowy — i osobiście wolę te czasy, kiedy tenis był jak burza z piorunami, a nie jak deszcz ze śniegiem: mokro, nudno i wszyscy marzną. 🌪️⚡Memy to też analiza.