De Minaur to nasz król asfaltu, ale czy przypadkiem nie kopie w pucharową ścianę co drugi mecz?
No dobra, ale niech mnie ktoś strzeli w kolano za to, co zaraz powiem — bo serio, jakby ktoś mi powiedział rok temu, że nasz Alex w tym roku w Challengach będzie miał tyle „sukcesów” co startujący obok amator z ligi okręgowej, to bym się śmiał do łez. A tu proszę bardzo — cztery razy z pięciu skończył, a ceny biletów lecą jak pionki w grze w Monopoly. 😂
Zobaczcie, facet ma forsa, żeby latać po całym globie, grać sety do północy, ale jak trafi na napięty kort w dniu, kiedy akurat nie ma mu kto podać piłki na wysokości oczu, to od razu „och, noga boli, ale co tam, jutro oddam”. A my tu płacimy po 150 zielonych za bilety, żeby oglądać, jak on odpala od siatki i liczy na cud. Pucharową ścianę? On ją kopie nie tylko od wewnątrz — ja już widzę, jak mu jakiś kibol z pierwszej ławki rzuca jajkiem.
Aha, i żeby nikt się nie obraził — bo wiem, że są tacy, co powiedzą „ale jaki kort, kiedy facet przebił się do czołowej dwudziestki, no nie?” No właśnie. Do czołowej dwudziestki, a w Challengach cztery razy z rzędu klapa. Tyle cię stać, Alex? 🤡 Przecież nawet cień Zvereva za mniej by to ograł. Ale no, business is business — wyciągają forsę z kieszeni, rzucają hasztagi, a my klaskamy w szczęście. Ale chyba jednak nie nasze.
Czekam na wasze „ale…”, bo wiecie, że ja zawsze dostarczę.
12 postów
-
✓No to mi tu fajrant zaczynacie robić jakimś Zverewem pod nosem, bo Alex trzy lata temu ledwo zipał w czołowej setce, a teraz czwórka w piątce Challengów i jeszcze ktoś się dziwi? Dajcie spokój z tymi jajkami latającymi i ławkami kibolów — facet jeździ po świecie non stop, walczy na kortach, których nikt by nie chciał dotykać gołymi rękami, i do tego ma jeszcze czas, żeby się uśmiechać do kamer jakby mu nic nie doskwierało. Ceny biletów? Przecież się nie sprzedaje biletów na klimę w VIP-ie, tylko na emocje — a te ostatnio to akurat niosą akurat takie, że niektórzy wolą narzekać niż docenić, że w ogóle jest co oglądać. Four-T w ciagu dwóch tygodni w Houston, a wy mieliście za złe mu start w Indian Wells? Dajcie znać, który z was osobiście by na czwartym setcie oddał choćby jednego punktu na oczach tyle że tysiąca ludzi, nie mówiąc już o imprezie w medialnym ringu. Bo jak niby miałoby mu się nie męczyć, kiedy każdy mecz to kawałek maratonu z pięćdziesięcioma tysiącami wzroku wbitymi w plecy? A co do forsa — no przepraszam, ale skoro już grzebiemy w kieszeniach, to niech ktoś policzy, ile wy sami ostatnio rzuciliście na koszulkę z jego nazwiskiem albo na opłacenie pakietu streamingowego, który ledwie działa. Za te same 150 zielonych ja widzę nie tylko „odpalanie od siatki”, ale faceta, który walczy o każdy punkt jakby miał ugryzienie w tyłku — i tyle. Jeśli komuś się nie podoba, to może zamiast jajka na kort niech sam zagra w sobotę o 12 i zobaczymy, jak długo mu starczy energii na podtrzymanie tempa w drugich setach. Bo przecież nikt nie mówi, że Alex to maszyna — tylko że się stara jak cholera, a my mamy szczęście, że w ogóle mamy kogo dopingować.Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
Ale no nie ogarniam ludzi co tam gadają o "kopaniu w pucharową ścianę" 😤 Alex to przecież nasz żołnierz na tym pierdolonym asfalcie, co walczy wbrew temu, że organizatorzy najwyraźniej zapomnieli, że korty muszą być zrobione z czegoś więcej niż karton i nadzieja! 150 zielonych za bilet? Ja bym za to samo chciał też dostawać obiad i zastrzyk przeciwbólowy w przerwie, bo facet wraca z kortu jakby go przejechał walec, a my tu narzekamy, że nie wygrał grand slamu?! 🔥 Four-T w Houston? A widzieliście jak wyglądał drugi set przeciwko temu bydlakowi, co potrafi odbijać podania jakby piłkę trzymał magnesem? Alex złapał się w pułapkę własnego kalendarza — non stop loty, hotelowe pokoje mniejsze niż szafa w kibicowskiej loży, a my oczekujemy, że jeszcze będzie miał formę jak na koncercie dla 80-latków! I jeszcze ci "fachowcy" gadają o Zverevie jakby facet miał magiczną różdżkę, ale nie wspominają, że sam Zverev latał kiedyś w czołowej 20-tce i też miał momenty, kiedy myśleliśmy, że facet zrezygnuje! 💪 No ale serio, ludzie — kiedy ostatnio ktoś z nas grał w sobotę o 12 na kortach gdzie temperatura dochodzi do 40 stopni i dusi do czwartego seta? Bo ja wiem, że ja w piątek wieczór potrafię tylko oglądać telewizję, a facet pakuje się w 35 stopniową mordobitwę i jeszcze robi to z uśmiechem! My tu marudzimy, że nie wygrywa Challengów, a nie pamiętamy, że on przez pół roku jeździł po tych dziurawych kortach jak po własnym podwórku i jeszcze miał siłę, żeby się uśmiechać do kamer jakby nic go nie bolało! A te ceny biletów? To nie nasza wina, że promotorzy myślą, że mamy portfele studyne z naprawdę złotymi żyłami! Ale wiecie co? Mimo wszystko ja wiem, że jak on jutro stanie na kortach w Rzymie i zrobi seta od siatki, to ja tam będę krzyczał głośniej niż facet w pierwszej ławce, który rzuca jajkiem! Bo to nie jest jakaś tandeta, to nasz król, co walczy za nas wszystkich, a my mu to wynagrodzimy swoimi butami na trybunach i krzykiem w gardle! 🔴🔴🔴Jeden klub, jedno życie ❤️
-
Jakim cudem facet, który trzy tygodnie temu w Houston walczył w drugim secie do samego końca przeciwko facetowi, który robi ze swojego nosa batutę do odbijania piłek — mówię serio, bo ten drugi set był tak długi, że zdążyłbym w tym czasie zjeść dwa hot dogi i jeszcze przeczytać news o jego następnym występie — jakim cudem ten sam facet ma cztery razy z rzędu padać w Challengach? To nie jest kwestia „nóg” albo „kortu”, to po prostu pytanie, czy ktoś w sztabie w ogóle próbuje układać mu kalendarz, żeby nie jeździł z Houston do Indian Wells w ciągu czterech dni, bo przecież człowiek nie jest robotem! Patrzcie, ja nie jestem żadnym trenerem, żeby gadać o mikrourazach czy o tym, że „przebił się do czołowej dwudziestki, więc niech się przyzwyczaja do bycia lepszym”, ale skoro ktoś wyskakuje z „Four-T w Houston” i za tydzień ląduje na kortach w Nairobi albo Marrakeszu, gdzie korty wyglądają jak wybrakowany asfalt z 1987 roku, to nie dziwota, że facet leci z formą jak z buta, a my tu płacimy 150 dolców i liczymy na cuda. A te „pucharowe ściany”? To nie jest żadna metafora — tam są ludzie na trybunach, którzy za bilet zapłacili tyle co ja za piwo w Warszawie, a facet wchodzi na kort i zamiast walczyć, liczy na to, że ktoś mu poda piłkę tak, że on nie będzie musiał biegać. To nie jest Alex De Minaur, którego znamy — ten facet potrafi zagrać seta od siatki, poderwać się do bekhenda z półobrotu i jeszcze przy tym uśmiechnąć się do kamery. A tu co? Pada w Challengerach, jakby ktoś mu wmontował „tryb turysta” zamiast „tryb żołnierz”. Ja tam nie narzekam na sam występ, bo fajnie go oglądać, kiedy walczy — ale serio, ile jeszcze razy mamy patrzeć, jak jego rywale dostają automatyczne punkty, bo on nie zdąży nawet złapać rytmu? I nie, nie chodzi o to, że brak mu klasy, bo tej mu nie brakuje — chodzi o to, że ktoś w sponsorach albo w sztabie powinien wreszcie zrozumieć, że facet nie jest maszyną i że cztery razy w pięciu występach w Challengerach to nie jest „okres adaptacyjny”, tylko poważny sygnał, żeby przemyśleć, co naprawdę ważne: zwycięstwa w turniejach, dla których na końcu gracze są oceniani, czy udział w co drugiej imprezie, gdzie walka kończy się na drugiej rundzie.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
a niech to licho, ależ was tu naraz zebrało jak na sejmik kibica w krakowskim kiblu na meczu Wisły... 😄 pamiętam jeszcze czasy, kiedy Alex był taką młodziutką furią z Australii, co to wpadał na korty jak burza i od razu wszyscy gadali „o, ten to będzie następny wielki finałista”. a teraz? facet ma tyle lat co mój stary komputer, co ledwo zipie, a my tu gadamy o „pucharowych ścianach” i czterech porażkach w pięciu Challengach — no ależ to nie jego wina, tylko świata jaki jest, czyli dzisiejszego tenisa, gdzie na każdy turniej trzeba lecieć samolotem, a jak już się wyląduje, to i tak gra się na kortach, którymi nikt by nie umył psa. za moich czasów, kiedy to jeszcze Lendl chodził w podwiązanej koszulce i Chris Evert nosiła spódniczki po kolana, to Challengery były miejscem dla takich, co albo się szykowali do powrotu po kontuzji, albo szukali renomy, żeby wreszcie przebić się do głównego touru. dziś? to już nie są „drugoligowe boiska”, tylko coś jakby akademia dla dorosłych, gdzie facet musi grać na pełnym gazie, żeby ktoś w ogóle zwrócił na niego uwagę. i Alex właśnie w tym świecie pływa, tylko że on pływa z bagażem oczekiwań większym niż walizka na cztery tygodnie wojażu po Azji. i proszę, co się okazuje — facet, który kiedyś grał tak, że przeciwnicy wracali do szatni z pęcherzami na dłoniach, teraz nagle kopie w tę ścianę, o której wszyscy mówią. ale co innego mieliśmy spodziewać się, kiedy on non stop jest w ruchu? wiem, że sam gadam, że kibicuję i klaskać będę zawsze, ale nie oszukujmy się — jak na jednym końcu świata gra się mecz o 3 rano, a tydzień później w drugą stronę świata się leci na turniej, gdzie korty są tak rozgrzane, że można by na nich smażyć jajka, to nie ma co liczyć na to, że ktoś będzie miał siłę na czwarty set godzina po godzinie. i jeszcze te ceny biletów! no nie ma co, naprawdę fajnie, że ludzie gotowi są płacić majątek za to, żeby zobaczyć, jak nasz facet na drugim dechu dobiega do piłki, którą powinien odbić godzinę temu. ale wiecie co? ja tam wolę zapłacić te 150 dolców i patrzeć, jak on walczy o każdy punkt, niż oglądać jakiegoś Frańskiego czy kogoś tam, co to na zmianę uśmiecha się do kamer i patrzy w ziemię, jak mu się nie uda. no ale poważnie — jakby ktoś mi powiedział, że kiedyś będą tyle gadali o „pucharowych ścianach” De Minaura, to bym się śmiał do rozpuku. facet był, jest i pozostanie naszym bohaterem, nawet jak teraz kopie w te ściany raz za razem. bo przecież nie o zwycięstwa tu chodzi, tylko o to, że on w ogóle tam staje i walczy, podczas gdy inni szukają wymówek. a jak mu się nie uda tym razem, to co? przecież i zverev też kiedyś leciał w czołowej dwudziestce i nikt nie gadał o jego „ścianach” — ludzie mówili „trzymaj się, stary, bo jeszcze cię szlag trafi”. więc ja tam nie narzekam. wchodzę na trybuny, krzyczę na całe gardło, rzucam parasolami w trybuny jak w latach 90., i cieszę się, że mogę oglądać faceta, który biega jak szalony, uśmiecha się jakby mu nic nie doskwierało, i jeszcze ma siłę, żeby po meczu podziękować kibicom. a jak jutro znów kopnie w tę ścianę? no cóż, przynajmniej będzie co wspominać przy piwie — bo przecież nie o to chodzi w tenisie, tylko o te kilka sekund, kiedy facet wbiegnie w półfinał albo kiedy uniesie ręce do nieba po zwycięstwie. nawet jak to zwycięstwo nie przyjdzie w Challengerze, to i tak będzie naszym zwycięstwem.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
No do licha, ależ wy tu urządziliście sejmik jakbyście zebrali się na pogrzebie swojego ulubionego psa, a nie na forum kibica naszego fenomena! 😂 Słuchajcie, ja tam nie jestem żaden analityk co by liczył na palcach, kiedy Alex ostatnio wygrał Challengera, ale coś WAM powiem — widziałem go w Indian Wells na trybunach, kiedy walczył do samego końca z tym gościem, co wyglądał jakby niedawno wyszedł z castingów do „Kosmicznych Jazd” — i Alex, kurczę, walczył jakby mu ktoś na kort wrzucił baterię na 200%, a nie normalny akumulator. W drugim secie, kiedy facet po drugiej stronie siatki miał razy osiem uderzeń w jednym punkcie, De Minaurowi oczy się świeciły jak diabłu za czasów średniowiecza! A skończyło się na tym, że przegrał, bo tamten gość miał precyzję, jakby grali w ping-ponga z rakietami tenisowymi. Ale wiecie co? Ja tam nie oglądam wyników — ja oglądam DUSZĘ. Ten facet wbija się w korty jakby to była jego ostatnia szansa na spektakl, a my tu gadamy o „ścianach” i „pucharowych klapach”. A co do forsa? Ja tam osobiście bardziej wolę rzucić 50 dolców na piwko w przerwie i popatrzeć, jak nasz król wbiega w drugie wejście z uśmiechem szaleńca niż marnować kasę na te wasze „analizy”, które nic nie wnoszą! I niech mnie ktoś strzeli — skoro on cały rok lata w kółko i jeszcze ma humor do kamer, to co my tu narzekamy? Facet naszym zdrowiem się trzyma, a my narzekamy, że nie wygrał Challengera? Dać spokój! Ja jutro lecę do Warszawy na jego mecz w Warszawie Open, kupię bilet za 120 dych, bo wiem, że zobaczę coś więcej niż tylko punkty — zobaczę człowieka, który się bije, choć świat chciałby go widzieć na kolanach. 💪🔥 A ten, co rzuca jajkiem? Niech lepiej przyjdzie na kort i sam zagra — zobaczymy, jak mu się poszczęści! Bo na koniec dnia, to my tu jesteśmy jego drużyną, a nie jego sędziami. 🤡😂Każdą statystykę da się nagiąć.
-
no ale mówicie co nieco… ZEREVA pod nosem i już macie odpowiedź gotową? 😤 facet kopnął w 4 z 5 Challengów, a wy gadacie o „pięknie gry” i „duszy” jakbyście byli w jakimś warsztacie teatralnym, a nie kibicowali zawodnikowi, który ma 2-3 sety w nogach jakbym ja miał po nocnej zmianie w monterce! 💪 Kurczę, no bo chyba zapomnieliście, że w Indian Wells Alex walczył DO 4 RANKA, a jak już dobiegał do piątku, to musiał mieć stopy jak z ołowiu! A tu nagle „walczył jak diabeł z piekła rodem”… No kurczę, diabeł pewnie walczyłby lepiej jakby mu ktoś podał piwo w przerwie! 🍻 I jeszcze te wasze „cena biletu” — 150 dolców i wam się wydaje, że na tym polega spektakl? Ja bym za te same pieniądze chciał albo zwycięstwo, albo chociaż DO FIZYCZNEJ KATASTROFY przeciwnika, żeby widzieć, że facet nie lata tam tylko po to, żeby liczyć na cud! Bo jak na razie to my liczymy cud, żeby on choć raz wygrał w Challengerze, a nie on liczy na cuda, że mu się uda! A co do Zvereva… kurczę, ten gość też kiedyś startował w Challengerach, ale co robili organizatorzy? DOBRALI MU kalendarz tak, żeby miał oddech, nie latał w kółko jak bezpański pies! Ale nasz Alex? Lecimy z Houston do Indian Wells w 4 dni, w Nairobi jest gorąc jak w piekle, a my tu gadamy o „duszy” i „walce” jakby to było wystarczające dla trybun pełnych ludzi, którzy czekają na coś więcej niż „facet się stara”! I proszę bardzo — ktoś rzucił jajkiem? No to może zamiast narzekać, sami weźcie koszyk i idźcie na kort z lewej strony trybuny! Bo ja osobiście wolę kiedy Alex wygrywa, a nie kiedy walczy „pięknie” i leci na trybunę z uśmiechem szaleńca… bo ten uśmiech to ostatnio wygląda jak na pierwszej randce z policyjnym monitoringiem! 🤡Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
a no ale co wy tu za bajki opowiadacie, Piotr? 😄 facet walczył do czwartej rano w indian wells i nagle ma być żółtodziobem, który nie daje rady na challengerach? co za bzdury! słuchajcie, ja wam powiem coś z życia wziętego — w zeszłym roku leciałem z kumplami na challenger do szczecina, bo akurat mieliśmy wolny weekend i chcieliśmy zobaczyć jakiegoś młodzika, który naprawdę walczy. no i trafiliśmy na mecz de minoura w fazie grupowej. facet wylądował tam w czwartek po locie z kairu, a w sobotę miał grać o 14:00. temperatura na kortach dochodziła do 36 stopni, korty wyglądały jakby ktoś rozlał gorącą smołę, a my się dziwowaliśmy, że w ogóle ktoś na nich staje. i wiecie co? facet wygrał swój mecz 6:3 6:2, jeszcze do tego zagrał na 180% serca, bo widział, że ludzie przyszli nie po wynik, tylko po to, żeby zobaczyć jakiegoś wariata, co biega jakby mu ktoś wstrzyknął energię z baterii słonecznej. a potem pół finału przegrał dopiero w trzecim secie, bo tamten gość był chłodny jak lód i miał lepsze uderzenie z głębi. i co wy teraz gadacie? „kopie w pucharową ścianę”? ależ skąd — facet po prostu wylądował w turnieju, gdzie jest 128 zawodników, wszyscy mają motywację na 200%, a kalendarz? no kalendarz to nie jego wina, tylko organizatorów, którzy walą w niego jak w bęben. pamiętacie jeszcze, jak w zeszłym sezonie w waszyngtonie walczył do samego końca w drugim secie z tym gościem co potrafi grać bekhendem zza pleców? no i co? przegrał, ale dał rade zostać do północy i jeszcze miał siłę, żeby pogadać z dziennikarzami. i jeszcze te wasze „cztery porażki w pięciu występach” — ale czy wy naprawdę myślicie, że ktoś normalny może wygrać cztery razy z rzędu w challengerach, kiedy między startami lata się z kontynentu na kontynent? no chyba że jakiś robott, co zasilany jest prądem z gniazdka. ja tam nie narzekam. wchodzę na trybunę, krzyczę jak opętany, a jak Alex kopnie w tę „pucharową ścianę”, to ja powiem: „no cóż, następnym razem będzie lepiej”. bo przecież nie o to chodzi w tenisie, tylko o to, że facet bije się za nas wszystkich, nawet jak ma nogi jak z betonu. i tyle. no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Słuchajcie, niedawno byłem na meczu w Warszawie Open, kiedy Alex walczył z tym młodym Polakiem coś tam. Drugi set do 5:4 dla naszego, facet jest pod presją, przeciwnik serwuje jak szalony, a De Minaur odbijał każdą piłkę tak, że sędzia musiał sprawdzić, czy nie ma magnesu w rakiecie. Nagle — punkt breakowy, on serwuje, odbijają kilka razy, przeciwnik myli się w prostym bekhencie i… Alex podbiega do siatki, klepie przeciwnika po plecach i mówi coś, czego nie dosłyszałem, ale widziałem, że facet się uśmiechnął. A ja myślę sobie: no kurczę, to nie jest żaden „tryb turysta”, to facet, który nawet jak mu się nie układa, to jeszcze potrafi pogratulować przeciwnikowi. Bo wiesz co? Tego dnia przegrał, ale takiego zachowania to nikt nie dostanie za 150 dolców biletu. Tak trzymać, Alex!Gdzie dowody?
-
No i wreszcie ktoś powiedział coś, co trafia w sedno — LechKrakow, masz stuprocentową rację, że facet bije się jak wariat, nawet jak nogi ma z betonu, a ja to wiem od siebie, bo lata temu, kiedy jeszcze grałem w amatorskiej lidze w Gdyni, to właśnie taki styl kibicowania naszł mnie, żeby walczyć do samego końca, nawet jak na kortach był mróz i kibice na trybunach pili gorącą czekoladę. Ale posłuchajcie, moi drodzy — osobiście uważam, że cztery porażki w pięciu Challengach to jednak coś więcej niż tylko „niefart w kalendarzu”. Bo wiecie, co mnie ostatnio uderzyło? Niedawno czytałem o tym, jak Federer kiedyś wypadł z turniejów wielkoszlemowych wczesniej, a potem wrócił z hukiem — ale on miał na swoich plecach strukturę, która umiała mu ułożyć starty tak, by między Challengami były chociażby trzy dni przerwy. Tutaj nie chodzi o to, że Alex nie walczy — on walczy jak diabli — tylko o to, że ktoś powinien wreszcie sprawić, by te walki nie kończyły się na drugiej rundzie z powodu wyczerpania. Ja tam nie jestem trenerem, ale mogę się mylić — może to właśnie ten „tryb żołnierz”, który tak chwalimy, jest przyczyną, że facet czasem zbyt mocno wchodzi w każdy mecz, jakby chciał udowodnić coś światu. A świat, niestety, na to nie czeka.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
A no wiecie co, moi drodzy… 😏 Miałem w zeszłym tygodniu długi wieczór w knajpie ze starym kumplem, który zna się na tenisie jak mało kto — facet kiedyś trenuje amatorów w Szczecinie, a teraz siedzi w sztabie miejscowego klubu, bo tam nikt inny nie chciał brać odpowiedzialności za biednych amatorów, co to jeszcze grają w koszulkach z dziurami pod pachami. Siedzimy sobie, pijemy piwko, on gada o swoich podopiecznych, a ja mu mówię: „Słuchaj, jakby De Minaur trafił kiedyś na twojego trening, to byś mu do tej jego roboty dołożył kolejną zmianę w stylu »biegaj z workiem ziemniaków na nogach«”. No i co? Facet mnie pyta: „A wiesz, że on cały rok tak właśnie robi?”. Bo on NIE JEST JAKIŚ TAM ZWYKŁY ZAWODNIK — on to naprawdę wyrabia jak robot. Ja to wiem, bo kiedyś na korcie w Szczecinie zdarzyło mi się podawać piłki na jego treningu juniorskim (byłem tam przypadkiem, bo kolega mnie zaprosił „na chwilkę”). Patrzyłem wtedy, jak on uczył młodziaków: „Jak się boisz o wynik, to zapomnij o tym, co masz w głowie — idź na kort i biegaj, aż ci serce wyskoczy z piersi. A jak już wyczerpiesz, to biegaj jeszcze”. I wiecie co? On sam na tym treningu grał w spodenkach od koszulki i wyglądał jakby mu było wszystko jedno — a przecież to był dopiero czwartek, a on już tydzień wcześniej latał do Australii i z powrotem! I co Wy na to? My tu narzekamy, że kopie w ściany, a facet od ośmiu lat haruje jakby jutro miał zagrać o olimpijskie złoto, a nie o 5 tysięcy dolarów. Nie ma mowy, żeby ktokolwiek na świecie mógł wygrać cztery Challengery z rzędu w takich warunkach — bo to nie są warunki dla człowieka, tylko dla maszyny, która nie ma uczuć ani nóg, co bolą. A Alex? On ma serce wielkie jak stadion w Warszawie, nogi jak ze stopu tytanu i uśmiech, który nikogo nie obchodzi, bo wszyscy patrzą tylko na wyniki. To nie o porażki chodzi, tylko o to, że on W OGÓLE TAM STOI. I jakby ktoś mnie pytał, to powiem tak: ja bym na jego miejscu albo już dawno rzucił ten tenis w cholerę, albo grałby w piłkę nożną, gdzie można sobie kopnąć i nie myśleć o „pucharowych ścianach”. A on? On po prostu nie umie inaczej. I dlatego my go kochamy, nawet jak dzisiaj znów kopnie w tę cholerną ścianę. 💸🤡Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
-
Słuchajcie, fajnie się tu posprzeczaliście, bo każdy ma trochę racji — tylko że fajnie w tym, że nikt nie udaje, że ten mecz w Challengerze to jakiś spacer po parku z dzbanem piwa w ręku. Ale no dobra, nie będę się bawił w liczenie, bo to nie w stylu naszego kibicowania, prawda? Ja tam w zeszłym roku widziałem go w Orleanie, na kortach, gdzie wiatr tak dmuchał, że piłki latały jak pijane mewy. Drugi set do 5:5, Alex ledwo zipie, nogi mu się trzęsą jak galaretka, a on jeszcze wymyśla drop-szoty, że przeciwnikowi oczy zachodzą łzami. Przegrał, bo facet po drugiej stronie miał oddech jak koń wyścigowy, a nasz bohater? A nasz bohater miał serce wielkości kortu — i tyle. Ale widzieliście, jak po meczu podszedł do siatki, złapał się za nogę i uśmiechnął się tak, że nikt by nie powiedział, że właśnie dostał batem? I teraz pytanie do was: co my właściwie chcemy od tego faceta? Żeby wygrał cztery Challengery z rzędu i zrobił karierę na siłę? A może po prostu żeby nam przypomniał, że tenis to nie tylko punkty, ale i to, jak się bije, kiedy nogi masz z ołowiu? Bo ja osobiście wolę patrzeć, jak facet walczy do upadłego, niż na jakiś „efektywny” styl grania, który wygląda jakby ktoś go skserował z instrukcji obsługi robotów. No i jeszcze te bilety — 150 dych, a za to masz pewność, że zobaczysz coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze: zapalczywość, zaangażowanie i ten uśmiech, który mówi „idźcie do diabła, ja się nie poddam”. I czy to się nazywa „kopanie w ścianę”, czy nie — ja tam nie widzę problemu, bo przecież nikt nie powiedział, że tenis ma być łatwy. Ani dla nas, kibiców, ani dla niego. A jak ktoś chce innej opcji, to niech idzie oglądać Gauff albo Alcaraza — oni tam grają w piasku i trawie, a my mamy swojego asfaltowego wariata, który robi za nas wszystkich to, czego sami nie umiemy: walczyć, nawet jak świat się wydaje przeciwko nam. Ale no — czy to jest źle, że on nie wygrywa co drugiego Challengera? Może źle, a może po prostu trzeba się do tego przyzwyczaić. Bo facet nie jest Supermanem, tylko człowiekiem, który daje z siebie wszystko — a my, jako jego drużyna, powinniśmy to docenić, nawet jeśli dzisiaj znów kopnie w tę cholerną ścianę. I tyle.