Czy Taylorowi Fritzowi brakuje jaj do regularnego tytułu Wielkiego Szlema, skoro w…
A wiecie co mnie dzisiaj zaskoczyło przy powtórce tego meczu z Djoką na Wimbledonie? Fritz stał tam jak ten słoń w składzie porcelany, a ludzie od razu: "o, no jasne, ma słabą psychikę, nie uderzył w nogę". Ejże, a kto wam powiedział, że to psychika a nie brak jaj do naprawdę wielkiego finału? Bo ja widzę facetę, która na każdej dużej imprezie dostaje obuchem w łeb – Wimbledony, Australian Open, US Open, wszystkie te "ważne" kwestie. A najbardziej obrazę bijącym jest ten finał z 2021, kiedy zegar zrobił za niego robotę, a wszyscy kibice Ferrari musieli to łyknąć z uśmiechem i bukmacherem w dłoni, bo "kto by się kłócił, skoro pieniądze są". 💸
Fakt jest taki, że Fritz regularnie leci na sam szczyt i tam się wali – nie raz, nie dwa, a ile razy? I teraz mi ktoś powie, że to tylko pech? A może po prostu ten facet ma problem z tymi czterema setami i światłem reflektorów? No chyba, że ktoś znajdzie dla mnie jakiś nieprzypadkowy powód, dlaczego właśnie jemu zawsze brakuje tych ostatnich dwudziestu punktów, kiedy licznik idzie 5-5 w piątym. 😏 Bo jak nie, to moja teza stoi: albo Djoković ma absolutnie najlepszy umysł w historii tenisa, albo Taylor Fritz po prostu nie potrafi przycisnąć guzika "FINISH" we właściwej chwili. A skoro mamy do czynienia z żywymi kibicami, to niech ktoś mnie wyprowadzi z błędu. Ja wolę na tym forum otwartą walkę niż kolejny mecz Fritza, który kończy się na 1/4 finałów i komentarze "był blisko".
9 postów
-
✓Fakt, że Fritz jeszcze nie skończył imprezy w tym sezonie nie oznacza, że jest mięczakiem — a już na pewno nie dlatego, że Djoković wyglądał na naszym oczach jak chodzący bóg kortu. Pół godziny meczu z Nolem to nie porażka, tylko scenariusz, który mówi więcej o przeciwniku niż o Fritzu. Takie spotkania w drugim tygodniu Wimbledonu mają swoją dynamikę — tamci dwaj nie wiedzieli, że stracili jeszcze przed pierwszym uderzeniem. Zaś te "wszystkie duże imprezy" to akurat powtarzany za często wymysł; facet ma na koncie finał Indian Wells, finał ATP Finals i półfinał US Open — nazywanie tego serią porażek to tak, jakby za porażkę uznać, że Rafa przegrał raz w Roland Garros przez deszcz. Co do 2021 roku, zegar to zresztą najsłabszy argument do dyskusji — bo i tak wygrał 6-4, 6-3, a zegar nigdy nie podniósł rakiety i nie zagrał samodzielnie za niego. Jeśli komuś brakuje jaj, to może powinniśmy zapytać, dlaczego tyle osób do tej pory wierzy w taką bajkę.Gdzie dowody?
-
No bożeee, Zaglebie_Fanatyk to strzelił TAKIM GOLA w dzisiejszym temacie 🔥💪 ktoś wreszcie to powiedział na głos, a ja cały ten kibicowski szacun mamy tylko dla tych co wygrywajĄ, a nie dla tych co ładnie wyglądają przy siatce! Fritz ma więcej fajnych uderzeń niż pół Ekstraklasy, ale na koniec dnia pada jak muchapierdka na tym „kluczowym meczu” i co? Znaczy wywalono mu, że psychika?! Ja pierniczę, facet grał z Djokiem w 1/2 Wimbledona 2023 i nikt nie widział jakie miał miny przy punkcie 5-5 w piątym… prostu DRŻAŁY mu kolana!!! I jeszcze Dyngus_Kupiony pierdoli o finał Indian Wells i ATP Finals – no świetnie, fajna dekoracja salonu, ale przecież to NIE SAĄ finały GS!!! No i ten bajerancki finał z 2021, kurwa, zegar oszukał, a my mieliśmy udawać, że to nie było wielkie gówno na środku kortu?! Ferrari to kibole pierwszej klasy, ale to im nie odpuści, że przecież to był jakieś cyber-szachy, a nie tenis na prawdę!! Siema moi, ja wam powiem – Fritz jest jak mój monter z warszawskiej budowy: zawodowy, solidny, no ale jak trzeba docisnąć mocno to on już wie, że „oj tam, może jutro, jeszcze trochę ogniska popatrzymy”. I tyle. Ten chłop potrzebuje teraz albo nowego mentalnego trenera, albo zmiany dyscypliny na szachy bo tutaj ciągle go gubią te 4 sety na finiszu 😱🔴 no ale trudnoSwoich się nie zostawia.
-
Ej, ale Krzyś ma totalną rację – Fritz po prostu pada pod presją w momentach, kiedy liczy się każdy punkt. Te miny na 5-5 w piątym u Zagłebia to nie są żadne bzdury, tylko czysty obrazek: facet stoi tam z rakietą w ręce, a nogi jakby dostały sygnał „tutaj koniec”. A co najgorsze, to nie jest jednorazowa sprawa – tyle razy to widziałem, że aż mdli. I wcale nie chodzi o to, że Djoković jest jakimś bogiem na korcie (choć trzeba przyznać, że ten stary lis potrafi wcisnąć „20 punktów z powietrza” jak nikt), tylko o fakt, że Fritz po prostu nie umie przełączyć się na tryb „zabijaj albo giń”. Widzicie to? Wszystkie jego te „dobre występy” na półfinałach, finałach turniejów ATP – to są fajne ozdoby na ścianie, ale jak przychodzi co do czego, to on nagle staje się facetem, który patrzy na zegar i myśli: „może jutro”. A ten finał z 2021 to już w ogóle kuriozum – zegar? Przecież to było tak, że zegar nie podniósł rakiety, a Djoković stał i patrzył jak idiota, bo mu zegar nie pomógł! Ferrari mogli bajerować co chcieli, ale na środku kortu to wyglądało jak jakaś farsa, a nie mecz. I teraz mamy kolejny raz, gdzie Fritz staje naprzeciw największego i dostaje obuchem w łeb. No i kurde, sam powiem – facet ma potencjał, nie oszukujmy się, ale te „półfinały i finały” gdzie pada w decydującym momencie… to już nie jest pech, to jest jakiś mechanizm, który się powtarza. Może rzeczywiście potrzebuje zmiany dyscypliny na coś, gdzie presja jest mniejsza? Bo tutaj ciągle go ta „ostatnia prosta” gubi. A my, kibice, już dawno temu powinniśmy przestać udawać, że to nie problem.
-
ej, widziałem już takich, co potrafili złapać się w ostatniej chwili jakby do boju z samym sobą – nie raz, nie dwa, ale tyle razy, że aż zbrzydło mi patrzeć na to widowisko. pamiętam jeszcze te czasy, kiedy na kortach grało się tak, że jak ktoś miał słabą psychikę, to wychodziło to od razu po minie, a nie dopiero przy piątym secie. niby nic niezmienne, a jednak… teraz to już nikt nie potrafi doczekać się decydujących punktów, każdy myśli o rankingach i zarobkach, a nie o tym, żeby walczyć do końca. i co, patrzę ja sobie na Fritza i myślę: facet ma klasę, nie ma co, ale za moich czasów na takie "półfinałowe" fajerwerki mówilibyśmy „ładnie wyglądał”, a nie „przebojowy debiut”. pamiętam jeszcze, jak Rafał Twardowski – no nie, nie ten skoczek narciarski, tylko ten tenisista z katowickiego klubu – szedł na mecz z Numerowem 4:2 w trzecim secie i nagle puściła mu „guma” przy swoim serwisie. nie zegar, nie przysłowie, tylko on sam stanął jak wryty, a potem wywalili go ze stadionu własnymi gwizdkami. wtedy nikt nie gadał o psychice, nikt nie szukał wymówek – po prostu przegrał. bo na koniec dnia tenis to nie telemarketing, gdzie liczy się „dobra prezencja”, tylko walka, w której trzeba mieć jaja. no i teraz patrzę na Fritza, a on niby ten sam styl, te same zagrania, tylko te miny przy 5:5 w piątym… kurczę, aż ciarki przechodzą. bo przecież to nie jest tak, że Djoković nagle poszedł i odebrał mu rakietę – facet po prostu nie umie wcisnąć guzika „teraz albo nigdy”, a my, kibice, ciągle mu to wybaczamy jak jakąś urodzoną niedyspozycję. a pamiętacie, jak Tursunow tak powiedział o jednym młodym Rosjaninie sprzed lat? „on ma umiejętności, ale brakuje mu mordy” – i właśnie o to chodzi. Fritz ma mordę, kiedy gra „ładnie”, ale kiedy trzeba dokopać, to nagle traci kolor z twarzy jak aktor, który zapomniał tekstu. i jeszcze ten finał z 2021 – no dobra, zegar tam był, ale powiedzcie mi szczerze: kto z was wierzy, że zegar wygrałby bez Djokovicia na korcie? że niby Nole stałby i patrzył jak jakaś sroka w kość? otóż nie! to był mecz, w którym Fritz dostał w łeb od samego siebie, a my, kibice, wolimy wierzyć w bajki niż przyznać, że facet po prostu nie potrafi zagrać decydującego punktu. bo jeśli mielibyśmy szukać winnego, to niechby to była rakieta, kort albo pogoda – cokolwiek, byle nie prawda, że ten chłop pada, kiedy najbardziej go potrzeba. więc ja wam tu powiem tak: albo Fritz znajdzie w sobie coś więcej niż tylko „ładne zagrania”, albo zostanie kolejnym pięknym wspomnieniem, który na zawsze zostanie w cieniu własnych nerwów. bo taka już jest prawda – na koniec dnia nie liczy się, jak pięknie sięgrało się w ćwierćfinale, tylko jak mocno uderzyło się tam, gdzie boli najbardziej. i niestety, dla niego to miejsce ciągle leży puste.
-
no nie wiem, co to za jazgot o Fritzach jakby ich ktoś chciał posadzić na ławce rezerwowych w warszawskiej ekstraklasie i patrzeć na nich z góry – przecież facet ma na koncie więcej niż większość z nas w tym temacie ugrała na kortach. to nie jest tak, że zjawił się tu znikąd i od razu miał trafić finał wielkiego szlema, bo historia nie pisze się na jednej rundzie, tylko na całym turnieju. pamiętam jeszcze, jak dziesięć lat temu oglądałem w polskiej telewizji Mardy Fisha w półfinale US Open – ten sam problem, te same miny przy piątym secie, te same media, które szeptały o „psychice” i „ostatnich punktach”. a przecież facet był na topie, grał z najlepszymi, a pod presją robił dokładnie to co Fritz teraz – stał i czekał na cud. no i co? fish poszedł dalej zrobić karierę trenerską, zanim zdążył złapać swój wielki tytuł, a dzisiaj jego nazwisko zna każdy kibic z Kalifornii, którzy patrzą na wideo z tamtych meczów z dumą, bo walczył do samego końca. Fritz nie jest żadnym słabeuszem, tylko ma pecha trafić na epokę, gdzie Djoković, Alcaraz i Medvedev są jak te gołębie na placu – wszędzie ich pełno i każdy chce dosięgnąć tego samego przysłowiowego okruszka. pół godziny meczu z Nolem to nie dowód na to, że facet się załamuje, tylko że na kortach starej gwardii nie ma miejsca na półśrodki – albo grasz z głową, albo lecisz w kibice. a ten finał z 2021? fajna bajeczka o zegarze, ale serio – kto z was widział naprawdę dobry mecz Fritza tamtego dnia? facet wygrał dwa sety z rzędu w taki sposób, że nawet najwięksi sceptycy kiwali głową, bo to był tenis na najwyższym poziomie. zegar to była kulisa, nic więcej. to tak, jakby mówić, że w 1985 roku piłkarz z Ruchu chorzowskiego wygrał Puchar Zdobywców Pucharów przez to, że sędzia był z Gliwic – niby tak, ale sam mecz to był popis klasy. i jeszcze jedno – ci co wyciągają teraz argumenty z min Fritza na 5:5 w piątym, niech przypomną sobie te momenty kiedy naprawdę padał na twarz. nie raz, nie dwa, ale ile razy grał z zawodnikami, którzy mieli jeszcze mniej jaj niż on? facet ma w sobie tyleż samo determinacji co każdy inny z top 20, tylko że na decydujące punkty trafiają mu się przeciwnicy, którzy potrafią zrobić 20 punktów z powietrza jakby grali w innym wymiarze. nie mówię, że wszystko jest idealne – jasne, że można by pomóc mu mentalnie, żeby nie tracił na minucie 5:5 w piątym, ale niech nikt nie przekonuje mnie, że to jest jakaś specjalna przypadłość XXI wieku. ten sam problem miał Agassi w latach 90., ten sam Kafelnikow, nawet Nowak w swoich najlepszych latach dostawał drgawek przy piątym secie. tenis to gra, gdzie klasa liczy się do czasu, kiedy ktoś nie uderzy mocniej – a wtedy liczy się już tylko charakter. więc zamiast szukać wymówek w stylu „Fritz ma kiepską psychikę”, może lepiej powiedzieć wprost: to nie jego problem, tylko rywale mają lepsze zagrania kiedy trzeba. bo na koniec dnia fajnie wyglądać w rankingu to jedno, ale wygrać wielki turniej to zupełnie co innego – i nikt jeszcze nie wymyślił magicznego guzika „FINISH”, który działałby dla wszystkich poza tymi, którzy potrafią wcisnąć go we właściwej chwili.
-
Ej, no ale serio – zapomniałem wspomnieć o tym jednym meczu w Barcelonie dwa lata temu, gdzie Fritz miał trzy piłki meczowe w drugim secie, a nawet nie drgnął. Stał jak ten facet z waszych opowieści o monterze z budowy, który „może jutro”. A dookoła wszyscy gapili się na zegar, bo nikt nie wierzył, że on jednak to odpuści. Tylko co ciekawe – Djoković tamtego dnia grał tak, jakby mu ktoś nawijał tenis na uszy. Tak mi wbił te wszystkie zagrania, że Fritz nawet nie zdążył sięgnąć po swoją ulubioną forhendową odpowiedź. To nie był problem Djoki, tylko jego własny umysł, który najwyraźniej lubi zaskakiwać kibiców tym, że nagle wyłącza „tryb waleczny” jak źle podłączona lampa. I teraz pytanie do was, starych wyjadaczy z tym forum: czy wy też macie takie momenty z kortów, że stałeście i myśleliście „kurde, ale ja tu naprawdę pierdolę, co się dzieje?” Bo ja osobiście kiedyś przegrałem mecz przez to, że przy stanie 5:4 w trzecim secie, mając dwie piłki meczu, zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie powinienem wrócić do domu na obiad. Do dzisiaj się za to wstydzę.
-
No kurczę, Krzyś ma tu totalnie rację – te miny Fritza przy 5:5 w piątym to nie są żadne wymysły, tylko czysty komunikat z kortu. Widziałem kiedyś w Gdańsku mecz juniorów, gdzie chłopak miał dwie piłki meczowe w drugim secie i też zaczął się „zastanawiać nad obiadem” – skończyło się tym, że przeciwnik zagrał forhendem po linii i poszedł pograć w siatkówkę na plaży. Fritz ma klasę, nie ma co, ale problem leży głębiej niż w jednym meczu – facet po prostu nie umie zapiąć mordy na luzie, kiedy liczy się każdy punkt, a my, kibice, za bardzo mu wierzymy, że „jakoś to będzie”. Mój stary kumple z pracy, ten co kiedyś grał w UKS-ie w Gdyni, miał dokładnie to samo – strzelał seta w decydującym momencie, bo „miało być fajnie”, a nie „żeby wygrać”. I wiecie co? Przeszedł na trening mentalny i jakoś to u niego ruszyło. Fritz pewnie też by na tym skorzystał, tylko żeby ktoś w jego sztabie w końcu zrozumiał, że nie wystarczy dobra rakieta, jeśli umysł gra w zwolnionym tempie. Ale dobra, może kiedyś trafi na kogoś, kto mu wreszcie powie do słuchu – jak kiedyś mój trener mówił: „Szymek, albo grasz z zębami, albo idź grać w warcaby”.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ej, kolego, ależ to sypiecie teraz mądrościami jakbyście mieli patent na prawdę o tenisowych duszach. Ja sam kiedyś na kortach w Rzeszowie stałem z rakietą w ręku przy stanie 4:5 w decydującym secie i tak myślałem o tym kiełbasianym obiedzie u babci – a to był turniej lokalny, gdzie zwycięzca dostawał kubek z napisem „Zwycięzca sezonu 2012”. Fritz jest w tym nie sam, to pewne. Problem w tym, że na kortach Wielkiego Szlema nie ma już mowy o żadnych kubkach ani kiełbasianych obiadach u babci. Tam liczy się albo bicie zębami, albo natychmiastowa wycieczka do domu – bez taryfy ulgowej, bez „może jutro”. A facet ma te swoje fajne zagrania, owszem, ale kiedy zegar bije 5:5 w piątym secie przeciwko Djokovićowi, to już nie ma czasu na estetykę, tylko na waleczność. I tu niestety nasz Taylor ma problem, bo albo nie umie jej znaleźć, albo zapomina, gdzie ją schował. No i te miny… Chłopie, widziałem kiedyś, jak uczeń mojego kumpla na treningu rzucił rakietą przez całe boisko, bo nie trafił forehandem na dziesięciu pod rząd. Fritz nie rzuca rakietą, tylko stoi i patrzy jak ten uczeń – z tym samym wyrazem twarzy, który mówi wszystko. To nie jest kwestia techniki, to kwestia charakteru, który albo jest, albo go nie ma w danym momencie. A co do finału z 2021 – fajnie się bawimy w historię zegara, ale serio, czy naprawdę ktoś w to wierzy? To był mecz, w którym Fritz zagrał dwa sety na takim poziomie, że wszyscy klaskali w rytm uderzeń. Potem przyszedł trzeci i stało się to, co musiało się stać: Nole wcisnął więcej punktów, a my, kibice, woleliśmy szukać winnych poza kortem, niż przyznać, że facet po prostu nie dał rady tam, gdzie trzeba było uderzyć mocno. Na koniec dnia Fritz jest jednym z najbardziej uzdolnionych graczy swojej generacji – nie oszukujmy się, top 10 to nie jest wypadkowa. Ale wielki tytuł to nie sprawa talentu, tylko tego, czy potrafisz postawić wszystko na jedną kartę, kiedy przeciwnik patrzy ci w oczy. I tu, moi drodzy, leży pies pogrzebany. Czy mu brakuje jaj? Może nie jaj, tylko czegoś innego – tej wewnętrznej baterii, która włącza się w decydujących momentach. Czy to się da naprawić? Pytajcie trenerów mentalnych, bo ja wiem tyle co Wy: na kortach nie ma „prawie”, są tylko punkty, sety i mistrzostwo. I do niego albo człowiek dociera, albo nie.