Czy Rybakina powinna wreszcie zagrać na maczce zamiast ciągle latać wokół świata?
No to teraz poważna sprawa, bo ja się zaczynam zastanawiać, kiedy wreszcie nasza dzika bestia z Kazachstanu przestanie dostarczać nam widowisk przez drużynowe loty na drugi koniec świata i da nam coś normalnego, czyli mecz TUTAJ, na maczce, gdzie kibice mogą wreszcie pójść i naprawdę porządnie ją zagrzewać. Bo osobiście widziałem, jak media zachwycają się jej "globalnym rozwojem", a my tu tkwić w klatce jakby chodziło o trasę koncertową, a nie o tenis. Co to niby za pokaz? Że umie posłać piłkę z Dubaju do Nowego Jorku, ale nie potrafi porządnie zagrać w Europie, gdzie jest chociażby sensowny dystans do bazy?
I jeszcze ten cały cyrk z biletami – no serio, kto płaci za doping w Warszawie, skoro te bilety to kosztuje ostatnio tyle co samochód używany? Ja znam kilka osób, które miały już dosyć latać za nią po turniejach, żeby potem oglądać ją w trybie online jakbyśmy grali w jakąś gierkę. A co, my mamy być statystami przy każdym jej meczu tylko dlatego, że światowy szał na "globalną ambasadorkę" ma wyższy priorytet niż my, jej prawdziwi fani?
No i pytanie do kontrkibiców: co takiego tracimy przez to, że nie widzimy jej w akcji w realu? Bo ja tu nikogo nie zmuszam – jeśli ktoś uwielbia te osiemnastogodzinne podróże w poszukiwaniu szczęścia na kortach, to super, niech się bawi. Ale moja teoria jest taka, że prawdziwy kibic powinien wiedzieć, jak wygląda jego ulubieniec, kiedy pada deszcz i sędzia jest zmęczony, a nie tylko wtedy, kiedy ekipa telewizyjna ustawiła najlepsze ujęcia.
Czyli moje pytanie brzmi: czy wy też macie dość ciągłych "zagranicznych wycieczek" naszej królowej, czy to jednak jakiś zyskowny interes dla bukmacherów, którzy zarabiają na naszych nerwach zamiast na meczu, który moglibyśmy oglądać na własne oczy? 😏🤡
9 postów
-
✓Ej, KubafanLechu, no wreszcie ktoś się odważył powiedzieć, że ten cyrk z "globalną ambasadorką" to jednak nie do końca nasz interes. Sam osobiście pamiętam, jak dwa lata temu leciałem na turniej do Australii za własne 6 tysięcy złotych – i co? Sama Rybakina wygrała, ale ja wróciłem z dziobem jak sroka w korcu. Fajnie, że media piszą o jej "globalnym zasięgu", ale ja chcę widzieć ją na kortach, gdzie naprawdę bije się o punkty, a nie tam, gdzie fani przyjeżdżają jak na safari, żeby zrobić zdjęcie i uciec przed deszczem. I te bilety do Warszawy? A co, mamy być bandą bogatych menedżerów, którzy lecą prywatnymi odrzutami? Nie, dziękuję, wolę dopłacić do strefy kibica w Trójmieście niż latać na drugi koniec świata, żeby potem siedzieć w hotelu i liczyć sekundy do odlotu. No ale powiedzcie mi – co takiego tracimy przez to, że ona nie gra głównie w Europie? Przecież teraz mamy rankingy, transmisje w jakości 8K i takie cuda, że naoczny świadek nie zdążyłby nawet mrugnąć. A wy mówicie o "prawdziwym kibicowaniu"? Ja kibicuję tenisowi, nie papierkom lotniczym. Co mi po tym, że jej twarz jest na billboardzie w Tokio, jak nie widzę jej w akcji na żywo? Za te same pieniądze mogę pojechać na Słowację na turniej 500 punktów, gdzie wejdę na stadion za cenę dwóch piw. To niby co – oszczędzamy na biletach, żeby potem marudzić, że nie ma jej w programie TV? Że co, telewizja nie działa?
-
JAK WIDAĆ JEDYNYMI ZADOWOLONYMI SĄ TE PODROŻNE AGENCJE!! 🤬🔴 kurde, no bo serio, co to za żarty z naszymi portfelami i nerwami?! Ja pamiętam kiedyś w Warszawie na kortach PGE Narodowy kiedyś był mecz jej i... BLASK! Dosłownie widzieliśmy jak kopie w piątkę, a publiczność HUCZAŁA tak że aż chyba sędziowie mieli ochotę odwołać trasę!!! Teraz? Wsadźcie ją do samolotu i lećcie ją oglądać w 4K bo "globalna ambasadorka", tylko co ja się nabiegałem za bilet do Dubaju żeby potem widzieć jak odbija piłkę na luziku i z uśmiechem!? 😱 Ale no spoko, kto by się czepiał – oczywiście że to PRZEKLEŃSTWO dla kibiców!!! I nie mówcie mi o "międzynarodowym wizerunku" bo ja wolę widzieć jak walczy z Cibulkovą w bezpośrednim starciu niż żeby jej zdjęcie wisiało na budynku w Nowym Jorku!!! A bilety?! No chyba naigrywacie się ze mnie!!! W zeszłym roku płaciłem 200 zł za bilet w zapleczu w Trójmieście, gdzie mogłem podejść pod siatkę i krzyknąć jej "JELENA! DO TEGO!" A teraz? 2000 zł za dostać się do strefy VIP gdzie i tak wszyscy gapią się w telefon!!! 🔥💪 I jeszcze ten argument o deszczu – no ale przecież w Warszawie są też korty, gdzie jak będzie lało, to przynajmniej kibice mogą głośno klaskać i dopingować zamiast siedzieć w hotelu i oglądać transmisję na żywo, która i tak ma 10 sekund opóźnienia!!! Co my tracimy?! Traci się atmosferę, traci się strach przeciwnika kiedy czuje, że publiczność jest tuż obok, traci się tą WIĘŹ! To nie jest tenis, to JEST SPEKTAKL i my mamy być tylko widzami w internecie?! NO NIE, DZIĘKUJĘ!!! No i co z tym biletem na doping w Warszawie? JA PIERWSZY WPISUJĘ SIĘ NA LISTĘ!!! Ale niech ktoś sprawdzi, czy te 500 zł nie da się jakoś wpisać w koszty klubu, bo ja mam dosyć ławkowania na lotniskach i czekania na bagaż! JAK DŁUGO MOŻNA TAK CIĄGNĄĆ TEN WIDMOŚWIATOWY CYRK?! 😤🔥Swoich się nie zostawia.
-
Ej, WiaraLechaDuma558, masz rację jak rzadko kiedy – ten whole world tour to jednak jakbyśmy kibicowali nie tenisowi, tylko filmowi sensacyjnemu, gdzie ekipa kręci sceny w Los Angeles, a my płacimy za bilet na pokazy w Dubaju. Sama Rybakina pewnie myśli, że oszczędza na transporcie, bo nie lata między turniejami, tylko jakoś magicznie tam się pojawia – ale my tu, zwyczajni ludzie, siedzimy z kartą kredytową w ręku i liczymy każdy złotówkę. Pamiętam, jak dwa lata temu z kolegami podeszliśmy pod kort w Gdańsku, żeby zobaczyć jej mecz w ramach jakiegoś mniejszego turnieju, i było tyle energii, że naprawdę czuło się, jakby grała przeciwko nam wszystkim, a nie tylko przeciwko przeciwniczce. Teraz? Ja bym nawet nie rozpoznał jej na ulicy, bo wszędzie jest tylko w formie plakatu z reklamą jakiegoś soku albo zegarka. Gdzie niby jest ta "prawdziwa" Jelena, która bije się o każdy punkt, a nie ta od „globalnego zasięgu”? Przecież to tak, jakby ktoś nam pokazywał zdjęcia babci z wakacji zamiast, żebyśmy mogli z nią usiąść przy stole i porozmawiać. A bilety do Warszawy? No chyba nikt nie ma ochoty dopłacać tyle co za używany samochód, żeby potem usiąść w rzędzie V VIP, gdzie kelner serwuje szampana w plastikowym kubku, a my musielibyśmy krzyczeć przez trzy stadionowe megafony, żeby do niej dotrzeć. Tam, gdzie ona gra teraz, bilety to nie tylko cena – to cały pakiet „możesz sobie pomarzyć”, bo i tak większość czasu spędzisz w hotelu, bo pogoda i „organizerzy” zrobią wszystko, żeby cię tam utrzymać. W Trójmieście czy Warszawie moglibyśmy chociaż liczyć na to, że choć raz zobaczymy ją na żywo, a nie przez szybę laptopa, która i tak ładuje się wolniej niż rakieta u niej na forhendu. I nie mówię, że globalny zasięg to zły pomysł – fajnie, że tenis jest teraz bardziej widoczny, ale jak ma być "widoczny", to niech przynajmniej co jakiś czas zahacza o miejsca, gdzie ludzie mają bilety w kieszeni, a nie w marzeniach. No i ten argument o deszczu – serio, macie do siebie pretensje, że nie chcecie siedzieć w hotelu, podczas gdy na własne oczy widać, jak pada i sędzia jest przemoknięty? Tam, gdzie gra teraz, organizatorzy pewnie mają takie warunki, że jakby zaczęło lać, toby od razu wciągnęli dachy na korty, żeby transmisja nie ucierpiała. A my? My byśmy klaskali tak mocno, że deszcz by się bał podejść. Bo kibicowanie to nie tylko „widzę”, to „czuję” – wilgoć w powietrzu, zapach kortu, głosy innych kibiców, którzy walczą o każde uderzenie razem z nią. I nie mówię, że to luksusowe przeżycie – mówię, że to esencja. Jakby ktoś nam proponował kibicować przez okno samolotu lecącego nad kortem. Fajne widoki? Może. Ale czy to jeszcze tenis? Nie, to zwyczajny cyrk na cztery kontynenty.
-
ej, ależ się rozkręciliście w temacie, aż mi się przypomniało, jak za moich czasów cała afera z „zagranicznym tournée” była nazywana po prostu „służbą wojskową dla tenisistów”. Pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych kibice z Bielska-Białej jeździli na mecze ekstraklasowe szachów – dosłownie, samochodem z przyczepą i śpiworami – bo bilety były tańsze niż bilet lotniczy do takiego Dubaju. A teraz? Żeby zobaczyć naszą Jelena, to się musiałeś zapisać na listę oczekujących u ambasadora Kazachstanu, żeby dostać zaproszenie na plenerowy pokaz mody tenisowej, bo mecz to już za dużo zachodu. I co ciekawe, wtedy właśnie mieliśmy te wszystkie „mniejsze” turnieje w Europie, gdzie naprawdę kibicowało się od serca – w Bytomiu, w Sopocie, w Pradze nawet. Tam się wchodziło za dwie piwiarnię, a potrafiłeś podejść pod siatkę tak blisko, że rękawem dotykałeś rakiety przeciwniczki. Teraz na te same pieniądze lecisz do Wellingtonu, żeby zobaczyć jak Jelena bije wałkującą się piłkę, a Ty siedzisz w klimatyzowanym hotelu i pijesz 50 złotych soki, które „włączono w cenę biletu” – no wiadomo, bo organizatorzy musieli jakoś zarobić na ten cały „globalny zasięg”. A bilety do Warszawy? No chyba nikt nie ma ochoty płacić tyle, co za używany volkswagen golfa, żeby potem usiąść w loży i oglądać mecz przez szybę jakby to była parada wojskowa z okazji święta niepodległości. Ja pamiętam, jak w Lublinie na kortach akademickich mieliśmy taką atmosferę, że sędzia musiał podnieść ręce trzy razy, żeby nas uspokoić – i to w sobotę o siódmej rano! Teraz? A no teraz się lata do Azji, żeby zobaczyć tenis na żywo, bo „Azia to nowy rynek”, a my mamy być szczęśliwi, że w ogóle coś tam transmitują. No i jeszcze ten argument, że „telewizja jest super” – ale kurde, ja wolę te trzy sekundy opóźnienia, kiedy publiczność wrzeszczy „do siatki!”, niż piękne ujęcia z lotu ptaka. Za moich czasów mówiono: „kibic nie idzie na mecz, żeby patrzeć – on idzie walczyć razem z zawodnikiem”. Teraz? Walczymy o bilety, a zawodniczka walczy… o to, żeby jak najszybciej wylecieć do następnego miasta i zrobić jeszcze jedno zdjęcie z banerem reklamowym. No nie no, dobra – ale mnie to jednak bardziej kręci, jak widzę emocje na żywo, a nie na takim „globalnym billboardzie”. Ile czasu jeszcze mamy czekać, żeby znowu poczuć, że to nie cyrk, tylko tenis?Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
no ależ Wy tu z tym dopingiem w Warszawie to jak z tym wołaniem o pomstę do nieba za deszcz w wakacje – sami siebie oszukujecie, że coś się zmieni, jakbyście usiedli pod drzewem i beczeli, że nie ma słońca. pamiętam czasy, kiedy do meczów Rybakiny w Trójmieście albo Warszawie nie trzeba było jechać aż na drugi koniec miasta – a co dopiero na drugi koniec świata – bo grała w Sopotach, gdzie bilety były tak tanie, że można było zaprosić na nie nawet teściową. teraz? no dobra, zrobiono z kortów taki ekskluzywny salon, że jakbyśmy mieli na nie wstęp tylko wtedy, kiedy akurat organizatorzy wstaną lewą nogą. ale poważnie – czy naprawdę myślicie, że problemem jest to, że Jelena lata jak oszalała? no nie no, to jest po prostu kolejny dowód na to, że tenis zrobił się wielkim biznesem, a my, zwyczajni kibice, zostaliśmy w tyle jak biedny krewny na weselu. ja w zeszłym roku widziałem jej mecz w Wiedniu – nie był to żaden spektakularny event, bilety były w rozsądnej cenie, atmosfera była gęsta od emocji, a do tego jeszcze mieliśmy taki klimat, że jak się dobrze postarać, to można było podejść pod siatkę i krzyknąć jej coś na ucho. i wiecie co? to właśnie wtedy poczułem, że to nie jest jakaś tam gierka dla sponsorów, tylko prawdziwy mecz, gdzie liczy się każdy punkt, a nie tylko to, żeby ładnie wyglądała w reklamie. co do biletu na doping w Warszawie – no chyba zapomnieliście, że to nie jest jakaś tam impreza charytatywna, tylko sportowy event, który musi być finansowany z czegoś. i owszem, bilety są drogie, ale to nie oznacza, że mamy odpuścić i siedzieć w domu, patrząc jak ktoś inny naszym kosztem cieszy się z widoków na kort. ja tam uważam, że jak ktoś naprawdę chce ją dopingować, to powinien dorzucić kilka złotych do funduszu kibica – bo w końcu to my wszyscy razem stanowimy ten doping, a nie jeden bilet. i jeszcze jedno – ciągłe powtarzanie, że „kibicowanie to nie oglądanie, tylko bycie tam na miejscu” to trochę tak, jakbyście mówili, że jedyny sposób na szczęście to mieć milion na koncie. no ale zobaczymy.Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
Ej, WiaraLechaDuma558, no wreszcie ktoś powiedział to na głos – tylko pamiętacie, jak zeszłej zimy była w Warszawie na turnieju pokazowym dla firm? Wszystko fajnie, zima, kurtki, ciepło w kantynie… tylko że kibiców było tyle, co śniegu w Dubaju. Organizerskie hucpa, bilety rozdane między sponsorów, a myśmy sobie stali pod bramą jak ochotnicy do wojska i modlili się o cud. A potem te zdjęcia Rybakiny z uśmiechem w ciepłym swetrze, gdzieś na tle pustego trybuny. I nie mówię, że globalny zasięg to zły pomysł – ale jak już robi się widowisko, to niech chociaż gdzieś się zatrzyma i zagra normalny mecz, z normalną publicznością. Bo póki co to tak, jakbyśmy mieli bilet do kina na premierę filmu, który kręcą w drugim mieście – fajny plakat, fajny trailer, ale samego filmu to już nie obejrzymy na żywo. A ja wolę ten klimat w Trójmieście, kiedy razem z innymi wkurzamy się na sędziego, niż siedzieć w jakiejś klimatyzowanej hali w Dubaju i liczyć, że nasza ulubienica jednak nie zapomni, że istnieją ludzie, którzy nie mają sponsora z roletami w samolocie. I o tym bilecie do Warszawy – ja bym tam wpłacił nie tyle na bilet co na fundusz „Dajcie wreszcie odpocząć naszym portfelom”, bo mój ostatni lot za nią to była dopłata do karty kredytowej na pół roku. Ale jak trzeba, to trzeba. Tylko niech ktoś wreszcie poprosi ją albo organizatorów o jeden turniej w Europie Środkowej bez lotniczych wycieczek – bo inaczej myśmy się tu zmienili w klub kibica z kraju niczyjego, który kupuje bilety na aukcjach zamiast na mecz.Najpierw próba, potem wnioski.
-
Ej, LechKrakow, ja zupełnie się z Tobą solidaryzuję, że wkurza nas ten cały globalny cyrk i że chcemy normalnego meczu, nie żadnego pokazowego eventu dla sponsorów. Pamiętam, jak jeszcze pięć lat temu stałem pod kortem w Sopocie na meczu kwalifikacji – bilet kosztował tyle co dzisiaj jeden posiłek w McDonaldzie, a atmosfera była taka, że dosłownie czuło się każdy jej ruch. Teraz? Albo płacisz krocie za bilet do Wellingtonu, albo oglądasz transmisję z opóźnieniem trzy sekundy i jeszcze dziękujesz, że coś tam widać. Ale no dobra, tu się jednak zgadzam z tymi, co mówią, że problem nie leży tylko w trasie Rybakiny – bo nawet gdyby zagrała tylko w Europie, to i tak bilety potrafią być w tej chwili droższe niż bilet lotniczy do Australii. Pamiętam, jak w ubiegłym roku próbowałem dostać się na jej mecz w Wiedniu i skończyło się na bilecie w trzeciej strefie za 180 euro – i to nie był nawet mecz finałowy! Jak w tym momencie mamy mieć pretensje do niej, skoro ceny są ustalone przez organizatorów, a nie przez nią? Ona robi, co może, żeby być widoczna, a my musimy się liczyć z tym, że tenis zrobił się luksusowym produktem. No ale bilet na doping w Warszawie – tutaj ja też pierwszy się zapisuję, bo jeśli już mamy płacić te pieniądze, to przynajmniej niech będą one naprawdę wydane na coś, co poczujemy. Tylko niech ktoś sprawdzi, czy nie da się zorganizować wspólnego transportu z Trójmiasta, bo ja nie mam najmniejszej ochoty latać samolotem tylko po to, żeby potem stać w kolejce do walizek. A nuż któryś z klubowych kolegów ma jakiegoś starszego brata z samochodem albo z firmowym busem? Bo ja znowu wolę dojechać jak człowiek, niż przylecieć i zaraz potem spędzić trzy godziny na lotnisku.
-
Ej, no fajnie to tak rozszarpać temat na kawałki, jakbyśmy mieli do czynienia z jakimś debilnym reality show, a nie z naszą Jelena. Pamiętam, jak cztery lata temu stałem z kumplami pod kortem w Chorzowie – bilet to była cena trzech piw w knajpie obok, a myśmy krzyczeli tak głośno, że sąsiad z naprzeciwka trzy domy dalej wygonił psa, żeby nie szczekał na nasze okrzyki. Był emocje, była woń kiełbasy z budki obok, a do tego jeszcze ten dreszcz, kiedy ona odbijała podanie tak mocno, że przeciwniczka musiała złapać rakietę oburącz. Teraz? Jakbym oglądał to samo, ale przez szybę akwarium – fajne wrażenia, ale nie to samo. Ale no dobra, co tu dużo gadać – macie rację, że ten cały globalny cyrk to jednak jakiś absurd. Z jednej strony rozumiem, że Jelena chce się rozwijać, chce być rozpoznawalna na świecie, ale z drugiej… no przecież, kibicowanie to nie oglądanie jej przez internet z opóźnieniem, tylko to, żeby poczuć, jak wibruje powietrze, kiedy walczy o każdy punkt. A teraz to wszystko jest tak wyjałowione, jakby ktoś wyjął emocje i wstawił tam plastikowe kubki z sokiem, które piją sponsorzy. I te bilety… no dobra, ja tam nawet nie wiem, czy ktoś inny by się zgodził, żeby 500 złotych poszedł tylko na to, żeby zobaczyć, jak odbija piłkę w cztery sekundy, a potem leci do kolejnego miasta. Ale jeśli już mamy jechać, to niech chociaż będzie to normalne wydarzenie, a nie jakaś parada dla wielkich korporacji. Bo póki co to tak, jakbyśmy kupowali bilet do kina, gdzie film leci, ale ekran jest pęknięty, a my mamy siedzieć w fotelu z twardego plastiku i liczyć na to, że Jelenie jednak uda się przebić przez cały ten marketingowy szum. No i ten argument o Warszawie – fajnie by było, żeby chociaż raz zagrała w miejscu, gdzie bilety nie kosztują tyle co używany samochód. Bo póki co to tak, jakbyśmy mieli bilet do raju, tylko że raju nikt nie widział na oczy. A ja wolę te klimaty sprzed lat, kiedy kibice mogli podejść pod siatkę i krzyknąć jej coś naprawdę, a nie patrzeć, jak uśmiecha się z billboardu na budynku w Nowym Jorku. Co do biletu na doping – ja się zapisuję, ale niech ktoś znajdzie jakiś sensowny sposób na organizację. Może wspólny bus z Trójmiasta? A nuż ktoś ma znajomego z firmy transportowej albo z autokaru wycieczkowego? Bo ja wolę dojechać z kumplami i być tam razem, niż latać samolotem i potem stać godzinę na lotnisku, bo ktoś zapomniał, że kibice też mają nogi. A tak w ogóle – to fajnie, że się tak rozkręciliście. Bo jeśli coś w tym temacie jest pewne, to że problemu nie rozwiąże ani jeden mecz, ani jeden bilet. Chodzi o coś więcej – o to, żeby tenis znowu stał się tym, czym był kiedyś: czymś, co się czuje, a nie ogląda przez szybkę laptopa. Ale czy to się stanie? No cóż… na razie to chyba nadal będzie ta sama gra, tyle że rozgrywana na czterech kontynentach, a my będziemy płacić za bilety, żeby na nią popatrzeć. Ale niech tam – przynajmniej raz się spotkamy w Warszawie i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Kto wie, może ta atmosfera znów nas ożywi? A może okaże się, że jednak nie o atmosferę tu chodzi? Tego niestety nikt nie wie, ale jedno jest pewne – warto spróbować.xG > emocje.