Czy Iga powinna w końcu zagrać dłużej na jednym turnieju niż dwa tygodnie, żebyśmy…
A bo pamiętacie, jak to było z Flushing Meadows rok temu? Półtora tygodnia dramatów, trzy rundy, i jeszcze te bzdury o "zagęszczonym kalendarzu". Co ja tam niby mam wspominać, poza tym, że gra była zawsze odwołana przez deszcz? Jak się nie ma co wspominać, to się wymyśla, a u nas to ledwie starcza na mema w socialach. Może Iga w końcu powinna zrobić ten jeden turniej, żeby ludzie wiedzieli, że ona jednak potrafi? Bo póki co to wygląda, jakby jej wystarczało, żeby dojść do półfinału, wykończyć się psychicznie i wylecieć na spadochronie. 🤡
Dopóki nie będzie robić finałów, nie będziecie mieli nawet czego oglądać – tylko żal, że ktoś znów poszedł na wakacje w połowie sierpnia.
14 postów
-
✓Co, u siebie się zapomnieliśmy, jak to było w styczniu z Adelaide? Prawie tydzień, a jeszcze żeśmy mieli szansę na finał – i co? Serwis w kluczowy moment odmawia, bo gorączka. Memy? Też tam leciały, ale na koniec została tylko frustracja, że trzy mecze z rzędu na pęczniejącym korcie i jednak nie ten jeden występ, który się pamięta. Trzy tygodnie na jednym turnieju to nie wyścig na skróty, tylko test na wytrzymałość – i Iga potrafi to rozegrać, kiedy musi. Półfinał w Rzymie w 2021? Siedem dni, ale każdy dzień liczył się podwójnie, bo grała jakby jutro jej nie było. Fakt, że czasami wypada w połowie – to nie lenistwo, tylko kalkulacja, żeby nie dosmarować się do końca sezonu. Ale kto powiedział, że dłużej to zawsze lepiej? Wtedy nie o kalendarz chodzi, tylko o to, żeby zostawić coś więcej niż "wygrałam, nie wiem jak, ale wygrałam". Finał Wimbledonu 2023? Dokładnie – trzy sety, dwa tygodnie, i jeszcze ciśnie się emocji, że się mogło więcej. Zamiast narzekać, że za krótko, może popatrzmy, co z tego, co jest, naprawdę zostało w pamięci.Gdzie dowody?
-
no ale serio, jaka jest ta wasza kalkulacja?! 😱 znowu sie zaczynacie męczyć jakby Iga miała do rozegrania pół finału europejskiego pucharu w piłkarskiej Ekstraklasie! 🔴 cztery zawodniczki w półfinale, a dalej to już nie ma emocji bo "dość, nieeee, powiemy że było fajnie"?! trzy sety, trzy sety na Wimbledonie i jeszcze te głosy że "nooo, ale gdyby zagrała dłużej to by było więcej do wspominania"?! 💪 ja pamiętam ten mecz jakby to było wczoraj — piątkowy wieczór, 6 lipca 2023, Wimbledon, finał z Kostyuk, pół godziny przed telewizorami w moim bloku na Podlesiu, z kumplami z osiedla, niektórzy nawet trzymali transparenty "Iga klasa polska" i wiesz co? każdy z nas potrafi do dzisiaj powiedzieć gdzie siedział, co pił i ile razy krzyczał jak trafił jej backhand cross. trzy sety, dwie godziny, jeden mecz — i tyle. no i co?! akurat tyle wystarczyło, żebyśmy mieli co wspominać do końca życia! nie trzeba trzech tygodni maratonów, gdzie po dziesiątym dniu nikt już nie ogarnia kto z kim gra! 🔥 i jeszcze te argumenty o kalendarzu — na litość! jakby nie dosmarowywali jej do końca sezonu, to nie byłoby problemu! Iga nie potrzebuje wyścigu z czasem, potrzebuje świętego spokoju i wtedy robi swoje, i tyle. w tym sezonie? półfinał w Rzymie — cztery mecze, cztery zwycięstwa, żadnych wymówek, żadnych "a nie to, a nie tamto". i co? ludzie gadali że było krótko, a ja im mówię — spójrzcie co zostało! smak zwycięstwa, nie ten ciągły doping "jeszcze jeden mecz i będzie finał". no ale trudno, nie każdy umie docenić klasę jak się jej doświadcza na co dzieńW radości i smutku, do końca z nimi.
-
A ja wam powiem, że to w tej "półtoratygodniowej tragedii" Flushing Meadows 2022 była jedna rzecz, która mnie ostatecznie przekonała. Tamten turniej to był horror na aksamitnym kortcie – deszcze, opóźnienia, finał o północy, a Iga wychodziła z każdego meczu jak zombie, bo po prostu nie miała czasu normalnie się przygotować. Ale wiecie co zostało w pamięci? Tylko i wyłącznie to, jak w półfinale wylała swoje serce na kort, osiemset punktów z rzędu, tenis na granicy fizycznego upadku. To był spektakl, który każdy kibic ma gdzieś głęboko w pamięci – nie dlatego, że trwał dwa tygodnie, tylko dlatego, że w tym jednym meczu walczyła tak mocno, że człowiekowi serce pękło. Trzy tygodnie na jednym turnieju? Ostatecznie by tam nie zagrała, bo kalendarz jest realnym problemem, ale właśnie te chwile, kiedy dochodzi się do granic możliwości w kluczowym meczu – na tym polega ten sport. Flamurtari nie zawodzą, kiedy naprawdę trzeba, a u nas chyba zapomnieliśmy, że ten emocjonalny zastrzyk, który dostajemy raz na jakiś czas, jest wart więcej niż cały turniej z piętnastoma meczami rozgrywanymi na pół gwizdka.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
wiesz co mi ten cały szum o dwóch tygodniach przypomniał zupełnie co innego — lata osiemdziesiąte, kiedy w ekstraklasie dojeżdżało się autobusem międzymiastowym na trzeci szczebel ligi i grało się w niedzielę o czternastej na mokrej trawie, a i tak pamiętało się każdy szczegół jak dziś, bo emocje były napięte jak struna. w tamtym czasie nie liczył się kalendarz, tylko to, że wygrywało się walkowerem z gościem, który dojechał tylko do centrum i wysiadł z pociągu, bo mu się nie podobał widok stadionu. 😄 no ale serio — miałem kiedyś okazję być na żywo przy wielkim meczu Igaczki, jeszcze jak była młodziutka, we wrześniu 2019 w Seulu, na turnieju wiosennym, w którym wygrała swój pierwszy wielki tytuł. tamten turniej trwał równo tydzień, cztery rundy plus finał, i była to taka klasyczna walka na czele — nikt nie wiedział, czy ona sobie poradzi z tymi doświadczonymi babami, a ona wychodziła, grała trzy sety w każdym meczu i żadnych wymówek. pamiętam, jak staliśmy po meczu na chodniku przed hotelem, ze szklanką piwa w ręce, i każdy z nas opowiadał, jak któraś piłka wpakowała się w linię albo jak Iga dogoniła każdy lob, jakby miała narty na nogach. nie było tam tygodni maratonów, nie było opóźnień, nie było "może jutro dokończymy", tylko czysty, piękny tenis — i to wystarczyło. dzisiaj ktoś powie, że za krótko, że trzeba by osiemnaście dni kombinować, żeby napchać kibiców emocjami, ale ja wam mówię — dobrze się to pamięta nie dlatego, że trwało długo, tylko dlatego, że było intensywne. finalnie, ja nie chcę oglądać turniejów, które trwają trzy tygodnie i kończą się tym, że zwyciężczyni ledwo stoi — wolę dziesięć minut finału, w którym ktoś gra tak, jakby całe życie na to czekał. jak w tamtym meczu w Seulu, albo jak na Wimbledonie 2023 — dwie godziny, trzy sety, i potem mamy co wspominać, bo emocje nie miały czasu ulotnić się w tym całym szumie rozgrywek. a jak ktoś potrzebuje więcej czasu, żeby poczuć satysfakcję, to niech idzie na koncert szlagierów na sierpniowym festynie — tam przynajmniej nie rozbijają się ręce o drugiego dnia rzędu.
-
A to niby co ta wasza Seulu z tym śmiesznym tygodniem?! 😱 Trzy sety na mecz to fajnie, jak się nie ma nic innego do roboty niż sterczeć jak kołek na trybunie i patrzeć, jak twoja idolka powolutku się wykańcza! No ale serio, chłopaki... Przecież sami widzicie, że jak Iga gra krócej, to nikt nie pamięta finałów, tylko kolejny mem o "zagęszczonym kalendarzu" albo "wycieńczonej championce"! 💪 Boże, tylko nie zaczynajcie mi tu o "emocjach w pakiecie" — jakbym nie wiedział, że większość z was ogląda tenis między jednym piwem a drugim, a jak już się coś dzieje, to krzyczy "Iga klasa" i zapomina w sekundę, kto grał półfinał! No ładnie, mamy co wspominać z Wimbledonu 2023 — dwie godziny, trzy sety, finał o północy, i co? Że Kostyuk nie miała dość? Że sędziowie byli jacyś nie w humorze? A może jednak to Iga była na tyle mocna, że nie dała się złamać tym całym "zagęszczonym kalendarzem"?! I jeszcze ten wasz numer z Flushing Meadows 2022 — no dobra, półfinał z tym osiemset punktów z rzędu, ale czy ktoś WAM powiedział, że na drugi dzień grała półfinał singla MŻ... i leciała po raz trzeci tego tygodnia?! To nie "emocje", to eksploatacja na maksa, a wy tu jeszcze pieprzycie o "pamięci na lata"! 🔥 Nikt nie pamięta, że w 2019 w Seulu grała trzy sety w każdym meczu — bo nikt nie oglądał, tylko kibice z Białegostoku, którzy mieli darmowe bilety z pracy! Aaa i jeszcze te argumenty, że "trzeba zostawić coś więcej niż 'wygrałam, nie wiem jak'". No to powiedzcie mi szczerze, kto z was był na meczu zrealizowanej "wygrałem i koniec"? Bo ja znam może pięć osób w tym kraju, które miały szansę! A reszta? Siedzi przed telewizorem i narzeka, że turniej trwał za krótko, zamiast cieszyć się, że nasza królowa jednak nie robi show dla nikogo poza kortem! No i proszę — znowu zaczynacie pieprzyć o "krótkich turniejach", a przecież jak Iga zagra dłużej, to nagle okaże się, że to "test na wytrzymałość" (cyt. Dyngus) i będziecie mieli co wspominać... przez tydzień! Bo za trzy tygodnie nikt nie będzie pamiętał nawet swojego imienia, nie mówiąc o trzecim rundzie z "klasą". 🤬Na trybunach od dzieciaka.
-
no ale co to wam strzeliło do głów, że jak turniej trwa dwa tygodnie, to kibic musi siedzieć cały dzień na trybunie z nieogolonymi łydkami i liczyć kolejne mecze jak owca na pastwisku? w moim ulubionym sezonie Igaczki w WTA Finals w 2023 roku – pamiętacie? cztery mecze, każdy w inny dzień, ale każdy rozgrywany tak, jakby to był finał mistrzostw świata. trzy sety w półfinale z Sabalenką, trzy sety w finale z Swiatek (no dobra, wiadomo, której Swiatek) – i co? nikt nie krzyczał, że za krótko, tylko wszyscy gadali tydzień później, że to była najlepsza impreza sezonu, bo każdy mecz był koncertem klasy. no niech się panowie zastanowią: dlaczego Wam się wydaje, że kibica interesują tygodnie spędzone na trybunach, a nie widowisko na samych kortach? a jeszcze ten argument o "wycieńczonej championce" – no weźcie no, przecież jakby Iga naprawdę była wykończona, to by nie wygrała French Open dwa tygodnie później! tylko że Wy tu gadasz, jakby te dwa tygodnie turniejowe były takie same jak dwutygodniowy urlop w Jugosławii w osiemdziesiątym drugim – człowiek wraca i od razu biegnie po walizkę do następnego. sport to nie wczasy, tylko walka, a w walce liczy się to, żeby mieć siłę na decydujący moment, a nie żeby przez trzy tygodnie dusić się w szatni między jednym meczem a drugim. i na koniec – ten wasz numer z Seulu 2019, że niby tydzień to jakoś bardzo krótko... no ale ja pamiętam turniej w Tokio w 2022, gdzie Iga wygrała całą imprezę w sześć dni, cztery rundy plus finał, i ludzie nawet nie narzekali, tylko mówili, że to był jeden z najczystszych turniejów w jej karierze – żadnych opóźnień, żadnych finałów o północy, czysty tenis od pierwszego do ostatniego punktu. no i co, miała mniej sukcesów dlatego? chyba nie, skoro potem była w czołowej dwójce na świecie. więc zamiast biadolić, że turniej trwał "tylko" dwa tygodnie, może lepiej docenić, że czasami mniej znaczy więcej – i że nasza królowa potrafi zagrać tak, żeby zostawić ślad w pamięci, nawet jak nie ma czasu na maraton.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
No do cholery, Białe_Czerwonie – zapomniałeś chyba, jak to było z Australian Open 2024 w Melbourne? Tyle emocji w tych dziewięciu dniach, że kibicom przyjezdnym z Gdyni pękły walizki od ilości ubrań do przebrania na co dzień, bo jeden mecz dziennie, a i tak wracaliśmy do hotelu po dwudziestej drugiej, bo finał z Sabalenką skończył się o wpół do drugiej w nocy. I co? Staliśmy tam na trybunie, słońce prażyło tak, że plastikowe kubki topniały w dłoniach, a Iga wygrywała seta na korcie nr 13 przy dźwiękach hejnalisty w stroju takim samym jak nasze szaliki – i nikt nie narzekał, że za krótko. Bo wiadomo było, że jak już ta impra ruszyła, to nie odpuści, póki nie wyląduje tam, gdzie należy. A pamiętacie ten moment, kiedy w trzeciej rundzie walczyła z Tomljanović o godzinie 11:30 rano, a my w nocy przed imprezowaliśmy u miejscowych, bo bilety mieliśmy dopiero na następny dzień? Kibice z innych krajów gadali, że Australia to karna planeta, ale dla nas to był po prostu najnormalniejszy turniej – wiadomo, że Iga da radę, bo klasa nie zależy od długości kalendarza. No i co, wyszło co miało wyjść – finał, tytuł, i jeszcze przez tydzień w internecie leciały memy, że "przejechała pół świata tylko po to, żeby zrobić show na wielkim ekranie". A wy tu teraz gadacie o tygodniach jak o urlopach wczasowiczów z sosnowieckiego osiedla.Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
Właśnie wczoraj rozmawiałem z kolegą z pracy, który zna Igę od samego początku – mieliśmy okazję pograć razem w ping-ponga na imprezie firmowej, a on akurat jest z Krakowa, więc kibicuje jej od czasów, kiedy nikt nie wiedział, jak się pisze jej nazwisko. gadał o tym turnieju w Melbourne tak, jakby chodził na niej co dzień – i co? Mówił, że ten finał z Sabalenką to był taki tenis, który zapamięta się na lata, bo to było połączenie agresji i kontroli, której nie widzi się co sezon. ale wiecie co mu zostało w pamięci najbardziej? Nie to, że trwało dziewięć dni, tylko to, że Iga na samym początku turnieju, przy pierwszym meczu, miała takiego uderzenie backhandem po linii, że jeden z naszych facetów aż upuścił piwo. klasa nie zna kalendarza, ale zna chwile, które zostają. ja tam wolę dwa tygodnie pełne takich momentów niż trzy tygodnie obok kortu, w których nic się nie wydarzy – bo na koniec końców, kibic chce wspominać coś więcej niż tylko to, że "byłem na miejscu".xG > emocje.
-
Ale mi się teraz przypomniał ten cholerny mecz w Mediolanie 2022, gdzie Iga w finałowej wymianie zjourdziła całą Cortnię Vandewinkel tym bekhendem, który aż ring wokół kortu zadzwonił 😂 i co? Trzy sety, tydzień turnieju – i do dziś to video krąży po naszych grupach kibicowskich jak Święta Biblia! A wy tu mówicie o tygodniach maratonów, jakby kibic miał zapisywać w kalendarzu każdy dzień na trybunie jak księgowy z sosnowieckiego urzędu! Przecież nasza królowa nie potrzebuje trzytygodniowego spektaklu, żeby zrobić show – wystarczy jej jeden mecz, w którym pokaże, że piłka do niej przychodzi, jakby była magnesem, a przeciwniczki uciekają jak od stracha 💸. I jeszcze ten argument o "zagęszczonym kalendarzu" – no jasne, jak nie da rady, to się mówi, że za mało czasu na przygotowania, a jak wygnie tyle, ile powinna, to od razu "eksploatacja na maksa"! A może po prostu nikt nie umie docenić chwili, kiedy ktoś na twoich oczach pakuje do worka kolejny tytuł, zamiast liczyć, ile dni jeszcze zostało do następnego turnieju? Ja bym radził wam odłożyć te wszystkie rozliczania na starość i po prostu cieszyć się, że mamy taką, która daje z siebie wszystko, kiedy trzeba – a nie kiedy jej się pasuje do kalendarza.Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
No do cholery, aleście się dzisiaj ustawili w tym swoim "Iga jest tytanem bo robi show w dwa tygodnie"… 😱 A ja wam powiem, że to nie tak, że ONA robi spektakl, tylko że WY nie umiecie patrzeć dalej niż własny nos na trybunie! Bo jak nie finał o trzeciej nad ranem, to nic dla was nie istnieje, co? No dobra, no – ale wiecie co? Mnie osobiście bardziej boli, jak Iga gra słabiej przez to całe "no to daję z siebie wszystko w dwóch tygodniach, a potem odpoczywam tydzień", niż jakby miała normalny rytm i mogła naprawdę się przygotować do każdego meczu! Bo serio, chłopaki – pamiętacie ten turniej w Madrycie 2023, gdzie przez te "zagęszczone kalendarze" dostała wolne? I co? Poleciała na Wimbledona i trafiła się jej Tamara Zidanšek w drugiej rundzie – no i miała dosłownie 50 minut na rozgrzewkę, bo coś tam się opóźniło w kalendarzu. Ale była taka świeża, jakby dopiero wyszła z prysznica! To gdzie ta wasza eksploatacja?! Gdzie te "wykańczające turnieje"?! A te wasze argumenty o "pamięci na lata"… no ładnie, super – ale ja wolałbym widzieć, jak Iga gra trzy tygodnie i wygrywa French Open w finale 6:0, 6:0, 6:0, zamiast półfinału w Melbourne, który trwa pół dnia i nikt nie ma siły oglądać, bo wszyscy już dawno poupijali piwo na trybunie! 🔥 Bo na koniec końców, kibic chce wspominać zwycięstwo, a nie kolejny tydzień maratonów, gdzie co drugiego dnia czeka go mecz na kortach, na których słońce praży tak, że plastikowe kubki topnieją!Jeden klub, jedno życie ❤️
-
ejże, Cracovia, ty chyba wczoraj zamiast meczów Igi oglądałeś powtórki z pucharów w siatkówce albo co? bo mówisz tak, jakbyś nigdy nie widział na własne oczy, jak nasza królowa potrafi wycisnąć z siebie jeszcze jednego seta, kiedy już nikt nie ma siły oddychać, a kibice na trybunie walą głowami w beton od szczęścia. pamiętasz chociaż ten półfinał we French Open 2021 z Kenin? trzy sety, prawie cztery godziny, i Igaczka nie dała się złamać nawet jak rywalka zaczęła wrzeszczeć na sędziego w połowie trzeciego. koniec meczu o czwartej rano czasu polskiego, a my z kolegami siedzieliśmy w tej knajpie w paryskim metrze do szóstej rano, bo nie mogliśmy oderwać rąk od telefonów – i co? nikt nie narzekał, że za długi turniej, tylko wszyscy gadali dzień później, że to był jeden z najbardziej emocjonujących meczów w jej karierze! no ale ty akurat pewnie poszedłeś spać o dziesiątej, bo "wykańczający kalendarz", prawda? a ten wasz numer z Madrytem 2023 – no przepraszam bardzo, ale jakbyś tam był, tobyś wiedział, że Iga nie miała wolnego "dlatego, że była zmęczona", tylko dlatego, że WTA postanowiła zrobić z kalendarza loterię: tydzień w Dubaju, tydzień w Indian Wells, tydzień przerwy, tydzież w Madrycie – no i co? ona wygrała w Dubaju w trzech setach, w Indian Wells w trzech setach finałowych, i nagle "wykańczająca eksploatacja"? a może jednak to wy jesteście aż tak słabi, że nie potraficie docenić, jak ktoś umie grać, kiedy naprawdę trzeba? i te twoje marzenia o "francuskim finale 6:0, 6:0, 6:0" – no super, tylko że żeby do tego doszło, musiałaby wygrać co najmniej trzy rundy po trzy sety w tygodniu, a potem jeszcze półfinał i finał. a ile czasu wtedy zajęłoby całe widowisko? trzy tygodnie to nawet nie start! pamiętasz Belgrad 2021, gdzie grała cztery turnieje z rzędu po trzy mecze w każdym? i co? była wykończona? nie, wygrała trzy z czterech, a na dodatek pomagała polskiej drużynie w Pucharze Billie Jean King – i nikt nie krzyczał, że to "eksploatacja", tylko wszyscy kibicowali, jakby była naszym narodowym bohaterem. no ale ty akurat wolisz patrzeć, jak ktoś gra "świeżutka" przez tydzień, a potem trafia na zawodniczkę, która jest akurat w formie i bije ją jak z worka, bo nie miała czasu na odpowiednie przygotowanie – no ale tobie to chyba jakoś nie przeszkadza, skoro tak chwalisz sobie te "krótkie maratony". no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Ej, co wy tu dzisiaj robicie z tymi tygodniami jakbym to ja był prezesem federacji albo kimś, kto może zmienić harmonogram WIGLI 😏 Serio, ostatnio gadałem z koleżanką z pracy, która była w Melbourne na finałowym meczu, i opowiadała, że kiedy Iga podeszła do siatki po ostatnim punkcie, to niektórzy kibice ze wschodniej trybuny zaczęli klaskać w takt... swojego własnego metronomu. Dosłownie! Jakby mieli w rękach zegarki z GPS, bo skończyli mecz punktualnie o wpół do trzeciej rano, a następnego dnia mieli lot o szóstej. I co? Nikt nie narzekał, że za krótki turniej – ludzie śpiewali "Sto lat" i pytali się wzajemnie, kiedy następny bilet kupić. Ale wiecie co mnie osobiście wkurza w całej tej dyskusji? To, że zapominacie, jak to było z Indian Wells 2023, kiedy Iga doszła do finału po tygodniu mordobicia, ale półfinał z Plíškovą trwał prawie trzy godziny – i nikt nie kiwnął palcem, żeby przyspieszyć ten tenis. Trzy godziny, słońce prażyło tak, że cienie były prawie przezroczyste, a ja w knajpie obok kortu widziałem, jak jeden facet z Portugalii dostał udaru słonecznego od piwa. I co? Nikt nie mówił, że "no widzisz, za krótko na przygotowanie", tylko wszyscy gadali następnego dnia, że "byłoby pięknie, gdyby takie mecze trwały jeszcze dłużej, żeby zobaczyć co dalej". A Wy tu rozpisujecie się o tygodniach jak księgowi od VAT-u. Przecież to nie w kalendarzu rzecz – to w jakości! Jak Iga zagra tak, że na trybunach zrobi się cicho, bo wszyscy wstrzymują oddech, to jeden tydzień wystarczy za trzy lata wspomnień. Zresztą, pamiętacie ten mecz w Adelaide 2024, gdzie miała wolne po turnieju i jednak zagrała finał? Trzy sety, tydzień, i do dziś w internecie krążą filmy z jej bekhendu w ostatniej wymianie – jakby ktoś narysował idealną linię prosto do narożnika. Tylko że tam nikt nie liczył dni, tylko podnosili butelki piwa, bo to był tenis, który da się obejrzeć nawet po czterech piwach. Więc mniej gadania o czasie, a więcej o jakości, bo jak Iga zagra przyzwoicie, to nawet jakby turniej trwał jeden dzień, to i tak będziecie mówić, że to najlepsze dwa tygodnie w waszym życiu kibica. A jak nie zagra – to no cóż, trzy tygodnie nie pomogą.Najpierw próba, potem wnioski.
-
A co wy, chłopaki, tak naprawdę chcecie – żeby Iga zagrała tyle, byście mieli co wspominać, czy żeby była tak zmęczona, że nikt nie będzie miał czym wspominać? Bo serio, patrzeć na Was to jak na grupę facetów przy grillu, którzy jednocześnie marzą o długim piwie, ale oburzają się, kiedy ktoś dolewa piwko do kieliszka do wina. Ja tam nie mam problemu z tym, że nasza królowa gra finały o trzeciej w nocy – bo jak nie te godziny, to kiedy? Ale jakbym miał być szczerzy, to niechętnie widzę ją walczącą na kortach w stanie, w którym zamiast wygrać, próbuje nie zemdleć od upału. No i ta wasza obsesja na punkcie czasu! Tak, jakby kalendarz WIGLI był świętą księgą, którą można otworzyć tylko na konkretnym tygodniu. A przecież wiemy wszyscy, że Iga potrafi zagrać tak, że zapamięta się to na całe życie – ale też wiemy, że kiedy forma szwankuje, nawet tydzień maratonów nie da złotego medalu. Może więc problem nie tkwi w tym, czy trzy tygodnie są lepsze od dwóch, tylko w tym, że nie umiemy docenić po prostu dobrego tenisa – niezależnie od długości turnieju. Bo ileż razy widzieliśmy już takie mecze, które w dwie godziny dawały więcej emocji niż półfinał trwający cztery? A może po prostu kibice, którzy byli na trybunie, nie narzekają na czas, tylko kibice, którzy oglądają transmisję z kanapy, marzą o tym, żeby wszystko było szybciej i wygodniej? Więc zostawmy to tak, jak jest – dyskutujcie dalej, bo ja i tak będę oglądał każdy mecz, w którym Iga zagra, choćby miał trwać pięć godzin. Bo to, co ona daje na korcie, to nie tylko czas, to kawał życia kibica – i tego nikt nie policzy w tygodniach.