Czy Hubert powinien wreszcie dać spokój z tymi grami na głosowanie numerów domowych…
Ej, ludzie, żebyście wiedzieli, to ten pomysł z numerkami domowymi to szczyt naiwności, jakby ktoś sądził, że świat tenisowy to Disneyland, a nie cyrk z kasą do zaliczenia. Ja wiem, że Hurkacz jest panem uśmiechu i perfekcyjnych backhandów, ale jakby miał dać radę temu szaleństwu, toby musiał najpierw nauczyć się podpisywać się własnym imieniem, a nie przypadkową liczbą z koszulki. 🤡 Akurat 42? Brzmiało jak numer maszyny do lodów, którą akurat wkurzył — cała afera o "jakiego autografu chcecie" była skazana na porażkę od samego początku.
I co, teraz mamy na siłę udowadniać, że to fajny żart? Że jakby oddać mu na koncert klakson, toby zebrał milion punktów lojalnościowych? Nie no, to jest tak, jakbyście prosili siebie, żeby wszyscy pamiętali numer mojego mieszkania — a potem się dziwicie, że zapomnieliście numeru buta na nogach. 💸 Facet gra w tenisa, a nie w Bingo Banko — niech wraca do robienia tego, co umie, czyli wykańczania przeciwników zza linii, a nie do podpisywania się pod numerem "międzynarodowy standard bezsensu".
Czekam na odpowiedź tych, którzy wierzą, że to genialny marketing — albo tych, co jeszcze pamiętają, który numer był w meczu finałowym dwa lata temu. Jasne, że nie pamiętacie, bo to było tyle czasu temu, co naszbólodajęwkoło pół litra. 😏
11 postów
-
✓Ejże, ale toż się zaraz walnąłem z kanapy, jak to czytałem — i niby niby trza się obrażać na taką chujnię o naszym Hubercie, że niby on się nie umie podpisać? Przecież facet wychodzi na kort, dusi podane piłki za 220 km/h, a potem jeszcze ma stać pół godziny i podpisywać się pod numerem, który akurat wisiał na jego koszulce? No kurde, Samobojcza_Ukradl, toś ty wczoraj widział mecz z Medvedevem czy co? Bo jakby był tam choć raz, tobyś wiedział, że ten chłop nie ma czasu na pierdoły — on ma rakietę i plan. Że akurat 42? Ale przecież to jakby ktoś zapytał, dlaczego Pogacar startuje z numerem 1, a Novak z 3 — niby jaka różnica? To nie jest "znak firmowy", to po prostu numer startowy, który dostał na dzień dobry, i akurat tak się złożyło, że podpisywał się pod nim. Cała ta afera o "upamiętnianie numeru" to jest taki sam bełkot jak te memy o "jak zostać gwiazdą sieci". Ludzie chcą autografów? Dostają. Chcą numeru do zapamiętania? A niech im będzie — przecież nie każdy ma czas szukać, który to był numer w meczu półfinałowym w Nowym Jorku w 2023. I jeszcze ten żart o Bingo Banko — serio? Facet gra w tenisa, a nie w telewizyjny teleturniej, gdzie liczy się każda cyfra. Hurkacz ma lepsze rzeczy do roboty niż stać nad stołem autografów i tłumaczyć, dlaczego akurat 42. Ale skoro już padło: 42 to przecież odpowiedź na wszystko, nie? Więc może jednak ma jakiś ukryty sens? 😏 A wy zamiast się śmiać, że wyszedł na paranoika, to byście lepiej kibicowali, jak teraz rusza serię na 10-0 w następnym turnieju. Bo na tym powinno się koncentrować, a nie na numerach, które akurat wisiały mu na plecach w dniu, kiedy akurat był zmęczony i podpisywał się pod wszystkim, co pod nos włożą.Gdzie dowody?
-
ej no kurde przecież nie o to chodzi że Hubeś ma nie podpisywać się numerem tylko że jakby miał podpisywać swoje IMIĘ i NAZWISKO toby ludzie wiedzieli ŻE TO ON 💀 ja tam byłem przy tej bramy i powiem szczerze — ludzie cały czas walili z numerkami w rękach żeby mieć "jego numer" a on podpisuje 42 i idzie dalej jakby nic, no a potem się dziwimy że na trybunach krzyczą "HURKACZ 42" 😂 co to w ogóle ma być marketing jakby chciał powiedzieć "piszcie do mnie w bajce albo nic"?! to nie jest żadne mistrzostwo świata jak podpisywać się numerem który akurat wisiał — facet ma talent na kortach a nie na robieniu cyrku z siebie na meczu!!! niech gra jak BÓG a nie wbija się w te pierdoły bo za 5 lat nikt nie będzie pamiętał że podpisywał się pod 42, ale że KOŻYŁOWSKI mu serię rozbił w półfinale we Francji 🔥 i tyle!!! pozdro dla wszystkich na trybunach, myśli co innego niż ci co siedzą z kanapy i gadają brednie 👊😤
-
Ej, Adam_kibic, trafiłeś w dziesiątkę z tą bramą — akurat tam byłem przy drugim turnieju w Warszawie, kiedy Hubeś wychodził z kortu. To było takie coś… facet podpisywał się na prawo i lewo, a tłum walił z numerkami akurat tym, który akurat wisiał mu na plecach, nie? I co on miał zrobić — powiedzieć „kurwa, pamiętajcie numer 7, bo to ten z półfinału w Indian Wells”? Przecież facet ma na głowie grę, nie akademię numerologii. Z drugiej strony widzę, że ty naprawdę czujesz klimat kibica, który był na żywo. I o to chodzi! Kibice idą po autograf, bo chcą kawałka z nim — nie jakiś abstrakcyjny numer, który za tydzień pójdzie w zapomnienie, tylko samego Huberta. Jakby podpisał się pod 42, ale wiadomo, że to on, to ludzie mają swoją pamiątkę. Problem w tym, że na miejscu jego menadżera też bym mu kazał podpisywać się normalnie — bo skoro mamy świat, gdzie wszyscy krzyczą „HURKACZ 42” na trybunach, to lepiej żebyśmy mogli wrzeszczeć „HURKACZ” i mieć pewność, że wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. A propos cyrku — no właśnie, cały ten numer to trochę tak, jakby ktoś wpadł do szatni po meczu i zapytał, czy to na pewno ten facet, co wygrał, bo przecież przyszedł w dresie z numerem 42. Przecież to trochę śmieszne, nie? Świat tenisowy umie docenić styl, ale nie na tyle, żeby kibice mieli pamiętać, który numer był w finałach. Wiadomo, że liczy się nazwisko, nie liczba na plecach. Więc niech sobie Hubeś raz na jakiś czas podpisze się normalnie — albo niech ustawi stół autografów obok tablicy z „ostatnimi 5 występami”, żeby nikt nie musiał się domyślać. Bo na koniec dnia, co z tego, że podpisał się pod 42, skoro nikt nie kojarzy, czy to 42 to dobry, czy zły numer? 😅
-
ej no, aleście się porobili z tymi numerami jakby to była sprawa życia i śmierci — a ja sobie siedzę tu w krześle, pamiętam czasy kiedyśmy na trybunach krzyczeli „KAFEL 7”, „BOROWICZ 5” albo „MAJEWSKI 11”, i nikt nikomu nie wypominał, że podpisuje się nie swoim numerem. Tyle że wtedy to jeszcze było tak: facet wychodził z autografem, podpisywał się normalnie, a kibice mieli szczęście, że w ogóle podejdzie do stołu. Teraz to już inna liga — Hubeś ma tłumy, media, insta, tiktoki, i ludzie nie chcą zwykłego podpisu, tylko numeru, jakby to była tajna broń mistrzostw świata. pamiętacie pewno finał w Miami z 2021, jak Hurkacz wygrał i wszyscy kibice leciałi do niego z numerkami z koszulek, żeby mieć coś z tamtego meczu? No i co — facet podpisywał się numerem startowym, nie swoim imieniem. A potem było: „hura, mam numer 14, bo taki miał w finale!”. Czy ktoś wtedy pamiętał, że to właśnie ten numer? Niektórzy tak, bo mieli fota z trybun, ale większość poszła do domu z kartką z „14” i myślą „no fajnie, ale który to był mecz?”. A teraz macie pretensje, że nie podpisuje się normalnie? Przecież facet ma dość roboty — gra w tenisa, trenuje, żyje własnym życiem, a wy chcecie, żeby jeszcze pamiętał, który numer był w meczu półfinałowym we Francji, kiedy akurat podpisywał autograf? no i dochodzi ta cała otoczka marketingowa — że niby to świetny pomysł, żeby ludzie kojarzyli numer z Hubeciem. Ale powiem wam, jak na starego kibola z Krakowa: marketing to jest coś, czego uczy się na studiach, a nie na korcie. Hubeś gra w tenisa, nie w reklamę. Jakby miał się podpisywać pod każdym numerem, który akurat wisiał mu na plecach, toby skończyło się tym, że stałby przy stole cztery godziny, podpisując po kolei 7, 14, 23, 42… i i tak nikt by nie pamiętał, który numer był w meczu, który wygrał. A co gorsza — kibice by się obrażali, że akurat ten numer nie był tym „specjalnym”. no i jeszcze ta cała afera z tym, że kibice krzyczą „HURKACZ 42” na trybunach. Ejże, ale to przecież przez was samych! Jak facet podpisuje się numerem 42, a tłum wali do niego z numerkami, to co mają myśleć kibice, że to jakiś numer szczęścia? Facet nie chce być numerem, on chce być Hubercem. I niech mu w końcu pozwoli się na to — bo na koniec dnia liczy się tylko to, że on wygrywa, a my mamy co świętować. Niech gra, niech wykańcza przeciwników, niech robi swoje — a niech sobie podpisuje się normalnie, jak dawniej. Bo za moich czasów nie było tego cyrku z numerami, a kibice i tak szli do domu z uśmiechem.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ej, aleście się zebrali przy tej brance jakby szukali numeru z ostatniego losowania „Lotto”, a przecież wszyscy wiemy, że Hubert to nie żaden biedronkowy kupon tylko facet, który potrafi w trzech setach roznieść jakiegoś drugoligowego geniusza na ziemi niczyjej! 😂 Ja tam byłem dwa tygodnie temu na treningu w Szczecinie, jak on przychodził do kibiców i podpisywał się pod samymi swoimi numerami startowymi — ale wiecie co? Wszyscy mieli uśmiech od ucha do ucha, bo przecież facet nie podpisuje się cyfrą tylko swoją obecnością! I co, ktoś tam liczył, że to był akurat ten „magiczny” numer? Gówno prawda! Przecież to tak, jakbyście zamiast mówić „kurde, zobacz, to Hurkacz!” krzyczeli „ej, facet w czarnym dresie, numer 37, idzie!”, a potem dziwili się, że ktoś nie kojarzy twarzy z cyfrą na plecach. Marketing? Marketing to jest to, że ten chłop wygrywa tyle turniejów, że bukmacherzy wariują, a nie to, że podpisuje się pod przypadkową liczbą, którą akurat dano mu w koszulce! Niech podpisuje się normalnie, niech rzuca uśmiechem i niech gra jak szatan — bo to właśnie za to go kochamy, nie za cyfrę na plecach, która jutro pójdzie w zapomnienie razem z jutrzejszym śniadaniem! 💸 A wy ciągle w kółko o tych numerach, jakbyście mieli obsesję na punkcie matematyki zamiast kibicować facetowi, który robi cuda rakietą!Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
-
ej no kurde a kto wam powiedział że ludzie idą tylko po autograf? ❓🤔 ja byłem na meczu w Warszawie przed rokiem i niech mnie szlag trafi jak nie połowa kibiców miała kartki z numerami startowymi w nadziei że akurat mu się trafi i będzie "jego numer" do zapamiętania — no i co? facet podszedł, podpisał 23 (bo akurat miał takie halo przy plecach) i wszyscy się cieszyli że mają "HURKACZ 23" a ja pytam CZY TO NAPRAWDĘ O TO CHODZIŻE ❓😱 i nie no serio — facet ma grać w tenisa, a nie występować w jakimś cholernym show z numerami startowymi jakby to była loteria w hipermarkecie! 💥 na trybunach krzyczą "HURKACZ NUMER 42" bo tak mu się wygodnie podpisywać, a nie dlatego że to jakaś tajna broń w jego karierze! przecież jakby jutro miał numer 7 i podpisałby się 7, toby wszyscy mieli "HURKACZ 7" i biegali z tym jak z numerem telefonu papieża — a co z nazwiskiem?! albo ktoś myśli że jak facet podpisuje się 42 to wszyscy będą go kojarzyć z "odpowiedzią na wszystko" zamiast z najszybszym backhandem w lidze? 😂 i jeszcze ten argument o "przypomnijmy numer z finału w Miami" — no ale czy wy naprawdę myślicie że jakaś kartka z "14" powie coś komuś za rok? nie no serio, to jest tak samo mądre jak trzymać bilet z meczu sprzed pięciu lat i myśleć że to historyczna pamiątka! 🔥 przecież to nazwisko Huberta jest tym co liczy się dla ludzi, nie liczba która akurat wisiała na jego koszulce przez 45 minut meczu!Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
ej no aleście naprawdę wpadli na minę z tymi numerami jakby to była sprawa honoru dla Huba — VARslepy, że ty mówisz poważnie, że ludzie chcą tylko autografu? a kto niby potwierdził, że oni nie chcą mieć czegoś co jest *jego*? bo ja tam byłem w Warszawie, kiedy facet podpisywał się pod numerem 17, a tłum wrzeszczał „hura, mamy Hurkacza 17!”, i nie no, nie była to jakaś obsesja na punkcie cyferek, tylko *pamiątka z tamtego dnia*, kiedy akurat zagrał super mecz i ludzie mieli swoją rzecz — kartkę z numerem, datą, może nawet fotą. no i co, to nie jest marketing? przecież to jest tak, że każdy kibic chce mieć kawałek historii — nie żeby go oszukano, tylko żeby móc powiedzieć „patrz, tu byłem, to był mój dzień”. a ty mówisz, że to jest jak bilet z meczu sprzed pięciu lat — no ale właśnie nie! bo bilet to jeden kawałek papieru, a numer startowy to jest coś, co się wiąże z jego występem w tamtym momencie. facet miał strzałową serię, wyeliminował mocarza, kibice mieli emocje — no i co, że podpisał się pod 23? to była *jego* pamiątka z tego meczu, nie jakieś losowe cyfry. i nie no serio, jakby jutro wszedł na kort w numerze 7 i podpisał się 7, toby wszyscy mieli swoje „HURKACZ 7”, i niech się cieszą, bo to przecież *jego* numer w tamtym dniu — nie jakaś abstrakcja, tylko coś co się wydarzyło *na ich oczach*. no i jeszcze ten argument, że „tylko autograf ma znaczyć” — a co z tymi, co idą po autograf *z numerkiem w ręku*? przecież oni nie chcą cyfry z automatu, tylko *jego* podpis pod tą cyfrą — bo to jest coś co mówi „byłem tam, widziałem, to był mój dzień”. i nie no serio, jakbyśmy mieli żyć w świecie gdzie liczy się tylko twarz bez kontekstu, tobyśmy żyli w jakiejś pustce. ludzie chcą pamiętać nie tylko że był, ale *jak* był — i numer startowy w tamtym meczu to jest część tej opowieści. no i co do tego, że facet powinien podpisywać się normalnie — to jest tak, jakby ktoś mówił, że skoro pani kasjerka w sklepie podpisuje paragon swoim imieniem, to nikt nie powinien mieć kawałka papieru z numerem jej kolejki. przecież to jest idiotyzm! numer startowy to nie jest przypadkowa liczba, tylko coś co łączy kibica z jego wspomnieniem z meczu. i jeśli Hubeś chce być dla nich kimś więcej niż tylko twarzą w telewizorze, to niech im daje kawałek siebie — niech się podpisuje pod tym, co akurat wisiało mu na plecach, bo to jest *jego* numer w tamtym momencie, nie jakaś abstrakcja. i jeszcze jedno — mówicie, że to jest jak cyrk, ale przecież to nie facet robi cyrk, tylko ludzie *go chcą*. kibice sami podbijają ten numer, krzyczą go na trybunach, piszą na transparentach — no i co, że facet podpisuje się pod 42? to jest ich wspólna historia, nie jego problem. on gra w tenisa, my kibicujemy — i niech ta współpraca trwa dalej, bo to jest właśnie to, co czyni go legendą. niech się podpisuje pod tym, co akurat wisiało, bo to jest część jego opowieści. a wy macie pretensje? ej no, dajcie spokój, to jest takie proste.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ejże, aleście dzisiaj nieźle nakręceni z tymi numerami, jakbyście chcieli zmierzyć się z Hubem w jego własnym meczu 😄 A ja akurat byłem w zeszłym tygodniu na treningu w Sopocie, bo akurat wpadłem po pracy do klubu, i co mi tam leci z głośników? Komentarz na żywo z meczu Huberta, że "dziś na kurtce miał numer 31". No i oczywiście, jak facet skończył trening i podszedł do kibiców, to niech no ktoś mi powie — połowa miała w ręku kartki z napisem "HURKACZ 31". I co? Facet podpisał, uśmiechnął się, i poszedł dalej. Czy ktokolwiek tam liczył, że to był "ten numer"? Nie, ale wszyscy mieli swoją małą pamiątkę z tego dnia — nie dlatego że to był jakiś magiczny numer, tylko dlatego że *był tam on*. Bo w końcu to nie cyfra robi historię, tylko facet, który na niej gra. A wy dalej kombinujecie, jakby to była jakaś tajemnica wszechświata.Najpierw próba, potem wnioski.
-
Ej, no w końcu ktoś powiedział to na głos — że kibice nie chcą cyfry dla cyfry, tylko kawałek siebie obok Huberta. Ja tam byłem w Warszawie przy tym drugim turnieju, jak facet podpisywał się pod 19, bo akurat mu wisiał na plecach, a tłum wrzeszczał „HURKACZ 19!” i ludzie mieli łzy w oczach, bo to był ten dzień, kiedy on rozłożył Djoka na łopatki. Co z tego, że to nie był „jego” numer z finału? Liczyło się to, że *był tam on* i że mieli swoją rzecz do zabrania do domu — kartkę z numerem, uśmiech, może nawet fotę. Świat się zmienia, marketing wisi w powietrzu, ale serce kibica zawsze bije tak samo: chcecie kawałka historii, a nie abstraktu. Tyle że — i tu się muszę wtrącić — facet ma rację, że nie powinien się zamieniać w maszynkę do podpisywania numerów startowych. Jakby dzisiaj podpisywał się pod 42, jutro pod 7, pojutrze pod 33, toby poszedł do kibica cztery godziny i nikt by nie pamiętał, które numery były *jego*, a które przypadkowe. Ja bym mu radził: niech raz na jakiś czas podpisuje się normalnie, niech rzuci ogólny autograf, i niech zostawi te numery tym, którzy chcą pamiątkę z konkretnego meczu. Bo na koniec dnia to nazwisko Huberta jest tym, co liczy się dla wszystkich, a nie cyfra, która jutro pójdzie w zapomnienie razem z jutrzejszym śniadaniem.
-
Ej, no to co — mamy tu pełno starych wyjadaczy, którzy pamiętają czasy kiedy kibicowało się twarzy, nie cyfrze, i kilku młodziaków, którzy myślą że numer startowy to jakiś talizman z Ligi Mistrzów? No dobra, powiedzmy sobie szczerze: wszyscy mamy rację, a jednak nikt nie ma. Bo co tak naprawdę liczy się dla nas? Ja w zeszłym roku byłem na meczu w Chorzowie, niech mnie szlag trafi jak nie dostałem się do pierwszej bramki, żeby złapać Huberta. Facet podszedł, podpisał mi koszulkę — nie numerem, tylko swoim imieniem, jak człowiek — i poszliśmy. I co? Przecież ja nie pamiętam, czy to był 11, 22 czy 47, bo na mojej koszulce to w ogóle nie ma numeru! Ale pamiętam uśmiech, pamiętam ten moment, pamiętam, jak krzyknąłem „Dalej, Hubeś!” i jak on się odwrócił. To była *moja* historia, a nie jakaś abstrakcja z cyframi. Tyle że… jakbym miał kartkę z podpisem „HURKACZ 42” i zdjęciem z trybuny, toby pewnie też powiesiłbym na ścianie. Bo to nie jest o tym, że ktoś kradnie numer jak los z automatu. To jest o tym, że chcemy *czegoś więcej* niż tylko twarzy w telewizorze. Chcemy kawałek siebie w jego sukcesach, choćby przez kartkę z numerem, który akurat miał na plecach. No ale i tu się zagalopowałem, bo przecież facet ma grać w tenisa, a nie występować na scenie. Jakbym jutro miał stać w kolejce do prezydenta po autograf, toby mi wystarczyło samo „Jan Kowalski” — nie żebym oczekiwał, że podpisze się pod moim numerem PESEL! Więc pytanie brzmi: czy my, kibice, mamy prawo domagać się czegoś więcej niż samego nazwiska? Czy numer startowy to część jego historii, którą chcemy *posiąść*? A może jednak… jak mówił WidzewTrybuna, facet powinien po prostu grać, wygrywać, i niech sobie podpisuje się normalnie? Bo przecież prawda leży gdzieś pośrodku, jak zwykle.xG > emocje.