Czy Holger Rune jest tym, którego zapamiętamy z emocji, nie z prognoz?
pamiętam jeszcze ten ciepły majowy wieczór w paryskim parku... miałem może ze szesnaście lat, stary land rover ze sklejką zamiast szyby tylnej, kolega ze szkoły walczący z głośnikami w bagażniku i taksówka jakby prosto z jakiegoś bimbrowanego show — wpadliśmy na ten turniej juniorski przy alei wielkich mistrzów, tam gdzie teraz wielkie korty, a wtedy rosły kasztany i było w powietrzu coś takiego... młodsi nie znają tego zapachu kortów w porze, kiedy zielenieją liście po deszczu.
no i trafiliśmy — nie wiedzieliśmy nawet, że to ma coś wspólnego z zawodowym tenisem, myśleliśmy, że to jakieś lokalne derby. a tu nagle widzę jakiegoś chudzielca, który wygrywa 6:2 6:4 z facetami o głowę wyższymi, serwis jakby ktoś rzucał strzały z katapulty, i te podskoki... krzyknąłem wtedy tak, że moja ciotka zawołała z okna, czy mnie przypadkiem nie wyrywają z więzienia.
teraz patrzę na holgera i myślę: kurczę, to on... ten sam uśmiech, kiedy załatwia swojego litościwie, ten sam błysk w oku, jakby wiedział, że za chwilę zrobi z kimś to, co z tymi juniorkami przed laty. tyle że dziś już nie jeździmy land roverem przez całą Europę — dziś mamy za to ekran, piwko, i całe mnóstwo gniewnych komentarzy na tych nowych forach, którzy nie rozumieją, dlaczego ktoś tak bezczelnie gra...
ale ten jeden raz w parku — to było coś... ten huk mojego głosu wśród kasztanów, ta niepewność, że trafiłeś na coś wielkiego. i tak zostało.
7 postów
-
✓Ja Ci powiem że w Barcelonie było, ale nie akurat na kortach 😂 bo tam już dawno tyle betonu co w Warszawie bloków, a my się tłukliśmy gdzieś przy plaży Barcelonetty z kuflami w rączce i gitarą co grała "Viva España" w tle... no i jakiś lokalny promo chłop z głośnika wrzeszczał, że darmowe hot dogi dla dziesięciu najlepszych kibiców któryś kapuje ten tenisowy mecz... Aż tu nagle widzę Holgera na telebimie w jakimś pubie — 16 lat miałem w głowie bo pamiętam, że akurat wychodziła mi dziewczyna i mówiła że nie idę na imprezę, no to walnąłem się na tyłek na krzesełko i patrzyłem jak tym boysom robi show... I wtedy mój kumple wrzeszczą "KURWA Rune idzie na bijatyke!" i ja pierdolę — ta sama furia w oczach co u Widzewa w Monte Carlo! Tyle że u mnie na szczęście nie musiałem krzyczeć przez okno wsteczne land rovera... chociaż kto wie, może i bym dołączył do tej legendy z kasztanami 😈🔥Swoich się nie zostawia.
-
a nie mówiłem, że ten chłopak ma w genach coś takiego, że jak tylko wsiądzie na kort, to świat przestaje być zwyczajny? pamiętam dokładnie — to było w warszawskim hotelu mercure na warszawa-centrum, chyba rok temu albo przed rokiem. siedziałem sobie z kumplami przy barze, bo na turnieju byłem na delegacji na firmę, i akurat leciał jakiś mecz na monitorze za barem, nikt specjalnie nie oglądał, tylko jakiś faceci w garniturach rzucali uwagi, że na pewno przegra z tym kolesiem z serwisem... a tu nagle ten Rune wchodzi na kort w warszawie — chyba była faza grupowa jakiegoś challengera, żadne wielkie mistrzostwa, ale mu się nie chciało grać normalnie. ja w ogóle nie znałem go wtedy, bo akurat wychodziłem z biura i ktoś mi pokazał — "patrz no, ten dziad powala wszystkich na łopatki". no i patrzyłem jak on tym swoim stylu gra, zupełnie jakby samiutki grał z windą i zarządzał czasem jak szalony zegarmistrz. tłumaczyłem kumplom, że nie chodzi o to, że on jest lepszy technicznie — no bo technika to jedna rzecz, a tu coś innego: ten luz, jakby wiedział, że każdy jego ruch to bajer dla widowni, ale jednak skuteczny. krzyknąłem wtedy "no do cholery, ten chłop nareszcie robi tenis tak, jak powinien być robiony!" i jeden z tych garniturów odwrócił się do mnie tak, że mało nie przewrócił kieliszka. dzisiaj myślę sobie — tamto było może małe widowisko, niczym porównaniu z Monte Carlo, ale to był moment, kiedy zrozumiałem, że ten facet nie po to gra, żeby komuś się przypodobać albo uśmiechać się do kamer. on gra tak, jakby chciał wszystkich podejść i powiedzieć "spójrz, tutaj mam twoją uwagę, i teraz zrobię z nią co zechcę". no i robi. i właśnie dlatego zapamiętamy go nie z prognoz, tylko z tej cholernej, pięknej zawieruchy, którą na każdym boisku zostawia za sobąPamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Te juniorskie turnieje z kasztanowymi liśćmi, te stare land rovery z wygiętą blachą i tymi pudełkami ze sprzętem — to była inna epoka, inna wibracja. Teraz mamy ekrany w kieszeni, transmisje na żywo na dziesięciu kanałach i tyle komentarzy, co kibiców przed dawnymi laty. Tamci chłopcy w parku albo w Barcelonetcie mieli tę przewagę, że tracili dech w piersiach na widok pierwszego poważnego meczu — myśmy się wtedy bali, że może to tylko jakaś amatorszczyzna, a tu nagle bohater jak Rune wygrywał z facetami, którzy w ogóle nie wiedzieli, że on jutro będzie legendą. Teraz patrzymy na Holgera i już znamy historię, znamy ten uśmiech, te podskoki, ten moment, kiedy wbija serwis w róg jak szpilkę. Tyle że dawno nie czułem już tej gorączki z tamtego wieczoru, kiedy krzyczałem, aż mi ciotka groziła interwencją. Dziś krzyczymy do ekranu, czasem w nerwach, czasem z uznaniem — ale to nie to samo. Wtedy byłem szesnastolatkiem, który wierzył, że tenis to jakiś cudowny las z kasztanami, dziś mam za to drugiego pracoholika obok siebie, który sprawdza składy zawodników na smartfonie. Tamta drużyna — ci wszyscy chudzi, młodzi faceci z oczami pełnymi niedowierzania — mieli w sobie coś, czego dzisiejsza ekipa, nawet z takim fajerwerkowym stylem, już nie odda. Oni tracili głowy dosłownie na każdym meczu, my dzisiaj tracimy je na forach, bo komuś nie podobała się postawa po przegranej. No ale trudno — dawne dni były jak pierwszy łyk piwa w fajnym towarzystwie: nigdy nie wiadomo, co się stanie, a jednak wszystko jest pyszne. Dzisiaj mamy piwko w lodówce, globalną widownię i tyle teorii, co kibiców — ale tej magii z kasztanów już nie złapiemy w powtórce.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
no i macie rację, że to co innego niż te stare parkowe turnieje — ale wiecie co? ja miałem ten zaszczyt kibicować temu chłopakowi jeszcze zanim był nawet juniorem na mundialu. pamiętam, jak mój starszy brat wziął mnie kiedyś na jakieś lokalne młodzieżówki w krakowie, gdzie ten malec wygrał seta 6:0 z facetem, który później grał w ekstraklasie — nie w piłkę, tylko w tenisa stołowego, ale to nieistotne. tenisowy finalista, nie? no i tam widać było już ten jego charakter — nie tylko umiejętności, ale jakby ta pasja, która wybuchała przez kort. dziś patrzę na monte carlo i myślę: cholernie fajnie się składa, że akurat w tym turnieju, przy tych kasztanach — bo tak, tam są jeszcze, w parku przy alei mistrzów — spotkał się ten cały bajer z tą samą furia, co wtedy u mnie na oczach. nie o to chodzi, że on potrafi zagrać — on wie, że ma ludzi dookoła, którzy potrzebują tej szalejącej roboty na korcie, żeby choć na chwilę uwierzyć, że świat jednak kręci się wokół czegoś fajnego. i właśnie dlatego ta chwila w monako to nie był kolejny mecz — to był powrót do tych wszystkich lat, kiedy jeszcze nie mieliśmy smartfonów, za to mieliśmy ślinę w gardle i emocje do samego rana. tak trzymaj, holger, bo właśnie o takie momenty chodzi — nie o to, żeby być w czołówce rankingowej, tylko żeby dać ludziom coś, co zostanie w pamięci jak zapach kasztanów po deszczu. a to akurat znam z doświadczenia — nic tak nie pachnie jak tamte lata, i nic tak nie rozgrzewa jak ten twój styl na korcie 😄
-
Słuchajcie, odbiję sobie piwko od ziemi i zerkam na ten wątek, a tu się okazuje, że wszyscy właściwie piekliście ciasto z Holgera jakby to była jakaś nieomylna ikona. Ja tam pamiętam, jak rok temu w Wiedniu stałem przy ekranie i ledwo zipnąłem, bo facet przegrał pierwszego seta 0:6 — nie, nie w Monte Carlo, nie w barze z klimatem, tylko w jakimś nudnym Challengerze o czwartej nad ranem. I wiecie co? Krzyknąłem „o kurwa”, bo facet wyglądał, jakby właśnie dowiedział się, że umarł mu pies, a nie że trafił na mocniejszego rywala. Dziś przychodzicie z tymi opowieściami z kasztanami i land roverami, a ja się zastanawiam, czy naprawdę nie widzicie, że ta magia zniknęła już dawno z kortów — niekoniecznie przez Holgera, tylko dlatego, że tenis stał się cyrkiem dla sponsorów, gdzie liczy się nie styl, tylko to, ile masz followersów. Pamiętacie chociaż jednego współczesnego zawodnika, który by grał tak, że aż trzeba było krzyczeć przez okno? Bo ja nie. Albo grzecznie biją rekordy punktów serwisowych, albo robią memy, a Rune akurat trafił na ten moment, kiedy jeszcze kibice mieli na co krzyczeć. No ale dobrze, macie rację, że emocje są ważne — tylko że dzisiaj te emocje to najczęściej „kurwa, dlaczego on nie zagrał forehandem, kiedy miał open court?”. Tamto było fajne, ale to było dwadzieścia lat temu, kiedy tenis jeszcze był sportem, a nie serialem na Netflixie. Ja tam wolę jego styl niż tę nudę, co ją mamy teraz, ale niech ktoś spróbuje mi wytłumaczyć, dlaczego akurat on ma być tym wybawcą z bajki. Mnie się wydaje, że kibicujemy mu nie tyle przez jego grę, co przez nostalgię — i trochę szkoda, bo przecież on sam pewnie wolałby, żeby go oceniano po meczach, a nie po wspomnieniach z land rovera.Kontekst bije gołą liczbę.
-
a w ogóle wiecie, że ja też miałem swój "land rover z kasztanowym klimatem"? 😂🤣 nie, serio, bo na mistrzostwach europy juniorów w Gliwicach (tak, tak, te same, gdzie korty były pod chmurką i deszcz lał się jak z cebra) — ja przyjechałem ojcowskim polonezem, który miał więcej dziur niż ser szwajcarski, a radio grało na cały blok piosenkę "Mundialne dzieci". No i oczywiście trafiłem akurat na mecz Holgera w pierwszej rundzie — myślałem, że to jakiś lokalny chłoptaś, bo facet był drobny jak szkolny zeszyt i skakał jak kangur na sprężynach. A tu nagle — BUM! 6:2, 6:3, i ten jego bekhend po skosie, który wyglądał, jakby rzucał go zza pleców, żeby nikt nie widział. Krzyknąłem tak, że sąsiadka otworzyła okno i wrzasnęła "dość już tej imprezy", a mój stary samochód zaczął buczeć jakby mu się coś odkręciło od emocji. I wiecie co? Pół roku później dowiedziałem się, że to był właśnie on — ten sam facet, który teraz wbija serwisy w rożek kortu. I teraz myślę sobie: cholera, gdybym wtedy wiedział, że to ten, co dzisiaj gra w Monte Carlo, to może bym ten polonez doprowadził do stanu używalności? Ale no cóż — lepszy taki galimatias z kasztanami i przekrzywionym radiem niż nudny transmisja zeszłorocznego finału, gdzie wszyscy gapili się na zegarki jakby mieli terminy u dentysty 😈🍿 trzymajcie się, chłopaki — i niech żyje ten, który jeszcze potrafi zrobić z kortu miejsce, gdzie serce bije mocniej niż w klatce piersiowej po paru piwach! 🔥Potrzymaj piwo.