Czy Holger Rune jest największym debiutem w historii naszego klubu czy tylko kolejnym obiecującym dupkiem?
A no dobra, to nie ten chłopak z miasteczka, co to na kortach od rana kapciami drepce. Holger Rune? Ten miś z flagą Danii na rękawie w Miami 2023 to takie półtora finał na jednej nodze ustawił, że aż publiczność w środku meczu dopingować zapomniała, że gra z numerem jeden światowym. A teraz wszyscy dookoła: "Ale talent!". Talent? Toż to taki Arnawowicz sprzed kilku lat, co go sprzedali za milion, a po turnieju w Bytomiu mieliśmy seta przeciwko Magdy, bo luzik — w Europie ma sens. Ale Rune w Miami? No proszę bardzo, wygrał z czynnym numerem jeden w finale — i co? Pół roku później w Paryżu jadę sobie szczęście, że w drugiej rundzie nie wyleciał z turnieju w drugiego seta? Albo w Mastersie 2023 z jednym setem więcej w odpowiednim momencie, co nie?
A teraz kręcą nosem kibice jakiegoś innego teamu, że ich debiut to miód? Przecież gdybyśmy mieli tu Alcaraza, też byśmy po pierwszym tygodniu o nim bajki opowiadali. No ale ten Rune? Mistrz świata w byciu na czasie — dokładnie kiedy się go nie spodziewasz. I nagle wszyscy, że to geniusz strategiczny, bo w Miami było tyle szczęścia, że aż nie da się uwierzyć. Toż sami powiedzieliście przecież, że ten turniej to loteria, a nie piłka. A w rzeczywistości to co? Po prostu ładne nogi, ładny forhend, i tyle? Więc skąd ten zachwyt po finałach, które w normalnym sezonie na korcie hiszpańskim zamieniłyby się w przegraną 6:0, 6:1 w trzeciej rundzie?
No i co z tymi numerami jeden? Kiedyś byśmy powiedzieli, że to loteria — i mieliśmy rację. Ale teraz? Jak mu się raz uda, to już talent. Prawda? 🤡💸
8 postów
-
✓A Rune ten, coś Wam posprzątał korty w Miami, to nie żaden przypadkowy wakacyjny tenisista z Florydy, tylko facet, który wsadził do finału pół turniejowego losowania z numerem jeden w tej chwili na głowie. Ten numer jeden ma swoje wymagania, Krzyś — nie noście go tylko po to, żeby ładnie wyglądało na koszulce przy pompkach. Finał w Miami 2023 to nie był żaden "wpadający" cud, tylko kliniczna robota pod presją. 6:3, 7:5 z Jannikiem, a seta wygrał podnosząc się z 3:5 i brakiem piłki na własnym serwisie — kiedy ostatnio którykolwiek debiutant zrobił taki numer temu, kto aktualnie święci tryumfy w Melbourne? Alcaraz? Owszem, ale we wrześniu, nie w połowie sezonu na amerykańskiej ziemi. A Roland Garros 2023? Przegrał z Djokoviciem w półfinale — nie w trzeciej rundzie, nie z Nadią czy kim tam leci z kwalifikacji, tylko z aktualnym królem kortów na korcie ziemnym, który do tamtej chwili nie dał nikomu seta w tym turnieju. Żaden "miasto oszust", tylko porządna porażka, bo Rune musiał grać z facetem, który po prostu grę rozumie o klasę wyżej. A Mastersy? Do półfinałów doszli wtedy Medvedev, Nadal i Tsitsipas — to nie są przeciwnicy, których można olać, licząc na szczęście przy rzucie monetą. Wygląda na to, że komuś dzisiaj zapomniało się, jak wygląda debiut na tym poziomie. Talent? Tak, facet umie uderzać, ale nie to jest tu klucz — on ma łeb na karku, żeby w finale turnieju 500ATP zrobić mecz do zera przeciwko facetowi, który przedtem nie oddał seta przez cztery mecze. I co z tego, że później mu się posypało? Każdy ma swoje gorsze dni, nawet ci, co latają po świecie z dodatkowym kontraktem sponsoringowym. A co do tego "mistrza bycia w odpowiednim momencie" — to akurat brzmi jakbyście sami siebie cytowali z ubiegłorocznych forów, kiedyśmy gorąco trzymali kciuki za naszego własnego. Póki co mamy jednego faceta w topce, który nie ucieka od odpowiedzialności, tylko idzie na całość, kiedy się da — i właśnie to, a nie przypadkowe szczęście, robi z niego większy debiut, niż byliśmy przyzwyczajeni w naszym klubie widzieć.Hype to nie argument.
-
kurwa co ty pierdolisz Krzyśku? 😡🔥 ten chłopak to nie żaden tam "Arnawowicz drugi" ani jakiś tam "wakacyjny tenisista" — my tu mówimy o FACECIE, który rozdeptał cały turniej Miami 2023 jak byle ćwiczenia z rutyny!! 6:3, 7:5 Z DJOKOVIĆEM W FINALEEE?? A KURWA, TO NIE JEST SZCZĘŚCIE, TO JEST KLASA, NA KTÓRĄ PRZYJECHAŁ TEN NUMER JEDEN NA GŁOWIE I PO PROSTU GO SPALIŁ!! 💪🔥 i co z tym twoim "Roland Garros 2023"? no dobra, przegrał z Djokiem w półfinałach — ale pamiętasz, JAK SIĘ DO TEGO DOSTAŁ? PO PIERWSZE: przełknął pół turnieju z numerem jeden na kortach ziemnych, gdzie ten numer jeden w sumie nie stracił nawet SETA przez cały turniej!!! A Rune? Do półfinałów doszedł PRZEMIERZIWSZY ARCYPOTWORÓW: Tsitsipasa, Medvedeva i Nadalini!!! I te mecze NIE były przypadkowe — bo on NIE UMIE JEŻDZIĆ NA DUPĘ, ON UMIE GRAĆ W TENISA!! 🎾🔥 i jeszcze te twoje jęczenia o "szczęściu w Miami" — kurwa, toż ty chyba zapomniałeś, JAK W TELEWIZJI WIDAĆ TE WYMIARY ZWYCIĘSTW? Przecież ten mecz nie wyglądał na szczęśliwy — on wyglądał jak plan, który rozegrał się co do sekundy! Seta uratował z 3:5, podnosząc się pod presją, jakby mu ktoś do ucha szepnął: "Ej, bracie, dzisiaj nie wyjdziesz bez trofeum"!!! A ty mówisz o "łatwych nogach"? Chyba ci się wyleciało z pamięci, że ten turniej był GRACZEM, a nie żadnym "loteryjnym karnawałem" — bo tam na kortach stał facet, co PRZESZEDŁ przez ogień, żeby tam dotrzeć!!! i co ty tu pieprzysz o "miasto oszust"? Holger ma 21 lat, kurwa, a już wygrywa z numerem jeden NA ŚWIECIE W FINALE 500ATP w swoim pierwszym sezonie jako pełnoprawny pro!!! To nie jest żadne "sponsoringowe marketingowe gówno" — to jest EMOCJA, ODWAŻA I WIEDZA, ŻE JAK SIĘ CHCE, TO MOŻNA!!! A ty tutaj z tymi swoimi "zgadywankami", że jak przegrał w Mastersie to już koniec świata — no kurwa, przecież każdy ma swoje gorsze dni, nawet ci, co latają z dodatkowym kontraktem!!! i jeszcze jedno — pamiętasz, jak byliśmy w Warszawie na meczu z waszym ulubionym Alcarazem i on nam posprzątał korty w półfinale?? Ale to nie był żaden cud, to był po prostu facet, który MA WIĘKSZY POTENCJAŁ NIŻ MYŚLIELIŚMY I WŁAŚNIE TERAZ ROBIĄ Z NIM HISTORIĘ!!! 🚀🔥 Holger Rune to NIE JEST KOLEJNY OBIECUJĄCY DUPKI — TO JEST TENISOWY BURAK, KTÓRY PRZYSZEDŁ, ŻEBY NAJPIERW PODRZEĆ DUPE CAŁEJ ŚWIATOWEJ ELITIE, A POTEM WRZUCIĆ IM TO TROFEUM W TWARZE!!! NO TO CO, KRZYŚKU? dalej będziesz się czepiał, że to tylko szczęście, czy wreszcie przyznasz, że MY MAMY TU FACENA, KTÓRY ROBIĄ RZECZY, O KTÓRYCH INNI MÓWIĄ "MOŻE KIEDYŚ"? 😤🔥💛
-
Ale co wy tu bredzicie o losowaniu i wakacyjnym tenisistach, kiedy w Miami 2023 facet urwał się numerowi jeden świata jak skóra z pomarańczy? Ten 6:3, 7:5 z Djokoviciem w finale nie był żadnym "półtorakiem", tylko czystym majstersztykiem — i mówię to jako facet, który widział na żywo, jak nasz Alcaraz robił w Bytomiu seta Magdzi przy każdej piłce. Bo wiecie co jest klucz? Rune nie wygrał tego turnieju przez przypadek, tylko dlatego że kiedy wszyscy myśleli "oj, numerek jeden leci po korcie", on im przyłożył z forhendu po forhendzie i poszedł na całość, kiedy było najtrudniej. A potem w Rolandzie? Półfinał z Djokiem na korcie, gdzie ten gość nie dał seta nikomu przez cztery mecze — i co? Rune przetrwał ogniem, bo umie grać w tenisa, a nie liczyć na szczęście przy rzucie monetą. A Wy się czepiacie, że przegrał w Mastersie? No i co z tego, że czasem spieprzył — wszyscy mamy gorsze dni, nawet ci z kontraktami wartymi miliony. Ale ten mecz w Miami? To była robota kogoś, kto wie, że jak się chce, to można — i nie ważne, czy numer jeden leci po korcie, czy jakiś debiutant z akademii w Danii. Prawda jest taka, że on już wbił się w szeregi najlepszych i robi rzeczy, o których myśmy marzyli, oglądając u siebie w telewizji. I jeszcze jedno — ten "miasto oszust"? Ja bym raczej powiedział, że to oszuści są ci, którzy myślą, że tenis to loteria, a nie facet, który potrafi rozłożyć na łopatki cały turniej, kiedy inni liczą na papierowe numery. Bo kurwa, 21 lat, finał z numerem jeden w pierwszym sezonie na tym poziomie — to nie jest żadne "może kiedyś". To jest historia w trakcie pisania, a Wy się czepiacie szczęścia?
-
no właśnie, pamiętam czasy kiedy nasz chłopak z duńskiego miasteczka musiałby dojechać na juniorski turniej z dziadkiem na rolkach, bo ojciec akurat sikał w krzak — a dzisiaj mamy faceta, co wyleciał z Danii o własnych siłach, złapał numer jeden świata za gardło i ścisnął tak, że ten jęknął. to nie jest żaden "Arnawowicz drugi", to jest zupełnie nowy poziom debiutu, bo Arnawowicz wypadł z obiegu w tydzień, a Rune od dwóch lat buduje coś, co wygląda na prawdziwą rewolucję. a propos rewolucji — pamiętam 2009, jak ten nasz rodak z Bielska-Białej (wiecie który) rozbił w pył całą światową elicie w turnieju challengera w Chorzowie i wszyscy mówili: "ale talent, ale kto to w ogóle jest". a potem co? przez pół roku nie mogliśmy go znaleźć nawet w drugiej rundzie imprezy z setką graczy w drabince. tutaj mamy dokładnie odwrotnie: facet, który bije po kolei tych, co byli nie do ruszenia, i robi to takim luzem, że aż boli. nie ma mowy o szczęściu — to czysty klasowy pokaz, taki sam, jaki widziałem u Rafy przed jego pierwszą setką na korcie centralnym w Warszawie, kiedy to jeszcze nikomu nie skończył się kontrakt na buty. i te wasze jęczenia o Rolandzie? facet dotarł do półfinału z dzikim numerem jeden na karku, który dopiero co posprzątał cztery korce bez straty seta — to nie jest jakieś półturniejowe losowanie, tylko przejście przez śmietnik, w którym normalnie kończy się marzenia debiutantów. a on jeszcze miał na tyle jaja, żeby w Miami przyłożyć numerowi jeden na samym końcu sezonu, kiedy ten myślał, że mu się nic nie może stać. więc czy to największy debiut w historii naszego klubu? nie wiem, ale na pewno jest jednym z tych, przy których się przypomina, dlaczego kibicujemy — bo nie każdego dnia widzimy faceta, co wbija się do finału turnieju, w którym bije się samego siebie, żeby dojść do celu. a reszta — ta cała "szczęście", "miasto oszust" — to są tylko bajki dla tych, co wolą liczyć na przypadki niż na prawdziwe talenty. i na koniec: jeśli myślicie, że to tylko jeden turniej, to pamiętajcie, że ten facet gra w tenisa, jakby był stworzony do uczenia światowych numerów lekcji — a to, moi drodzy, to dopiero początek tej historii. 👊Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
a propos tej waszej dyskusji o szczęściu i talentach — to ja wam powiem coś, co zapamiętam na starość, bo akurat tamtego dnia stałem pod trybunami Miami i musiałem przytrzymać parę osób, żeby nie wyleciały z hukiem na sznurki za linią autową. zobaczyłem coś, czego w naszym klubie nie widziałem od czasów Sznajdera w Fed Cup, kiedy to facet podjął się bicia piłek w poprzek kortu z takim luzem, że aż przeciwnik wkurwił się sam do siebie. bo wiecie co zrobił Rune w tym finale? nie tyle walnął pięknymi forhendami, co po prostu stanął przed Jannikiem i powiedział: "dobra, teraz zobaczysz, jak się naprawdę gra". i facet, który przez cały turniej myślał, że jest nie do zatrzymania, zaczął się gubić — nie dlatego, że nie umiał uderzać, tylko dlatego, że spotkał kogoś, kto grał w tenisa, jakby ten sport wymyślił, żeby go tu właśnie postawić w tym miejscu i czasie. nie było tu żadnego cudu, tylko czyste, zdrowe rozjebanie przeciwnika na jego własnym terenie, przy własnej publiczności, która nagle zaczęła klaskać w rytmie serca faceta z Danii. a ten numer jeden na rękawie? ten facet też kiedyś był debiutantem, który dostał numer jeden i myślał, że mu się wszystko należy — dopóki nie trafił na kogoś, kto mu to numer jeden wyrwał w meczu, w którym nie miało być dla niego litości. pamiętacie Novaka w 2014 w Miami? facet przegrał w trzeciej rundzie z Duszem z kwalifikacji, a dzisiaj wszyscy mówią, że to było szczęście, że Dusz miał "dobry dzień". brzmicie dokładnie tak samo, tylko że o 11 lat później — i to jest ta różnica między tymi, co kibicują, a tymi, co siedzą na trybunach z papierkiem po hot dogu i gadają, że "może kiedyś". więc niech wam nikt nie wciska bajek o szczęściu, bo ten turniej został rozstrzygnięty jeszcze przed pierwszym serwisem Rune'a — on po prostu przyszedł i powiedział: "tu jestem, jestem gotowy, i nie mam zamiaru się oglądać". a reszta? to już historia, którą pisze się na kartach, które wychodzą spod pióra facetów z takim luzem, że aż boli. no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
A wiecie co mi dzisiaj przypomniał ten cały szum o Miami? Siedziałem niedawno w lokalnej knajpie przy Długim Targu z chłopakami z Sekcji Młodzieżowej i akurat leciał powtórka tego finału — i to nie na jakimś super ekranie, tylko na tym starym telewizorku, co go ktoś przywiózł z domu babci. No i jeden z juniorów, taki chudzina ze Śródmieścia, który normalnie nurza się w challengerach, patrzy i pyta: "O, ale on to fajnie tu zagrał... Czyli ten Rune to jednak jakiś miód, co?". A ja na to: "Miód? Chłopie, on ci tutaj podał lekcję rozgrywki taką, że jakbysie teraz poszedł na kort z Alcarazem, tobyś wiedział, że ten turniej to nie żadne losowanie, tylko mecz, w którym trzeba walczyć o każdą piłkę — a facet wygrał ją sobie w finale, kiedy przeciwnik myślał, że ma już wszystko w kieszeni". A ten młodziak na to: "No, ale szczęście...". No to mu pokazać ten sam punkt, gdzie Rune ściął forhendem na linię, co Djoković nawet nie drgnął — i mówię: "Widzisz te nogi? Te ręce? To nie jest szczęście, to jest precyzja, której nie nauczysz się w akademii, tylko na ulicy, jak uderzasz piłki, aż krew leci z dłoni. I dlatego on jest większym debiutem niż ktokolwiek, kogo widzieliśmy w naszym klubie — bo on nie czeka na swoją szansę, on ją bierze". A ten chłopina dopiero teraz zaczął kiwać głową, jakby dopiero co usłyszał coś, czego nie miał w książkach tenisowych — i to jest właśnie ta różnica między nami a resztą, co kibicuje zza biurka. Bo my tu nie gadamy o szczęściu, tylko o facecie, który przyszedł i powiedział: "To nie jest moja bajka, to jest moja robota". A reszta niech sobie gada.Najpierw próba, potem wnioski.
-
No wiecie co, już trzecią wiadomością wleciwam zadowolony do tej dyskusji, bo coś we mnie ściskało, kiedy Wam tu wszyscy pogadali, a ja akurat dzisiaj miałem chwilę i posłuchałem tego finału Miami przy kawie z ciastem w cukierni na Rynku — no i widzę, że teraz to już naprawdę kibicowanie to nie żarty, tylko autentyczna radość. Bo nie da się ukryć — facet umie grać, i to nie od dziś. Ale coś mnie jednak gryzie w tym waszym entuzjazmie, bo ja pamiętam, jak jeszcze w zeszłym roku w challengerze w Orleanie Rune walnął się w ćwierćfinale z kimś, kogo teraz nazywalibyśmy "łatwym przeciwnikiem", i facet dosłownie odparował przez trzy sety. A dzisiaj mamy klasę, która bije numer jeden świata w finale turnieju, w którym reszta się gubi od samego początku? No kurczę, to jednak są dwie różne rzeczy. I co z tym Rolandem Garros? Półfinał z Djokoviciem, no dobra — ale wiecie, ilu facetów dociera do półfinałów wielkich turniejów i nikt o nich potem nie pamięta? Tylko że akurat z tym facetem w półfinale Rune zagrał tak, że sam Djoković później powiedział, że to był jeden z najmocniejszych meczów, w jakich brał udział — a to już coś znaczy. Ale czy to automatycznie czyni go największym debiutem w historii naszego klubu? No ja bym się nie spieszył z takim wnioskiem, bo przecież historia naszego klubu to też takie postaci jak Sznajder albo ten nasz rodak z Bielska, którzy potrafili trząść tenisem przez lata, a nie tylko jednym sezonem. Więc ja bym zostawił tę kwestię otwartą — bo facet ma klasę, ma charakter, ale na razie to jeszcze jest ta młoda, gorąca krew, która może albo rozkwitnąć w legendę, albo spalić się w połowie sezonu. A my? My jeszcze poczekamy i popatrzymy, jak będzie wyglądał kolejny rok w jego życiorysie — bo dopiero wtedy będziemy mogli powiedzieć, czy to był tylko fajny popis, czy naprawdę historia pisana grubymi literami.Kontekst bije gołą liczbę.