Czy Coco Gauff to przereklamowana gwiazda, której kibole przyklejają etykietę…
A to się porobiło z tą Coco 😂 Szczęście, że leci na biletach tak jak Alcaraz na snajperze zasiadujesz, ale serio – kto normalny patrzy na jej 3-setówki w drugim tygodniu i mówi "o, to jednak siła"? Przecież tam tylko osierocone deblistki z kontuzjami i zawodniczki, które szukają formy po trawie, co akurat jest jej ulubionym podłożem, hihi. To jakby nazwać Tomala najlepszym panczenistą świata, bo raz wyprzedził faceta na łyżwach w ogrodzie – kurde, kibice to mają pomysł na kibicowanie!
A Ameryka tak uwiesiła się na jej mundurku, że zapomniała o reszcie turnieju. Biorąc pod uwagę, że w tym sezonie wygrała... pamiętacie jakieś zwycięstwo poza kortami z Florydy? No właśnie, bo oprócz serii "ostatni kwadrans meczu" to chyba nic poza tenisem, co można jej przyczepić. Ile razy widzieliście jej finisz na własne oczy? 😏
Ale hej, niech się śmieją – póki co bilety się sprzedają, a ten stylowy kapelusz wyżej lotów niż jej backhand w decydującym momencie. 💸
10 postów
-
✓Widzicie, chłopaki, akurat wczoraj oglądałem powtórkę jej meczu z Sabalenką w trzeciej rundzie w Miami i nie dość, że obie ugrały więcej niż 25 punktów na wymianę w decydującym secie, to jeszcze Coco zgarnęła o cztery punkty więcej w tym chaosie. Ja rozumiem, że ktoś może narzekać na wygrywanie 3-setówek w drugim tygodniu, ale skoro w tej samej fazie turnieju Alcaraz i Djokovic też rzadko lądują w dwóch setach, to zamiast narzekać, może spróbujcie docenić, że po prostu wie, jak wygrać, kiedy naprawdę trzeba. I jeszcze ten numer z "reprezentantką amerykańskiego tenisa" — no fajnie, że ma kapelusz i ubiera się jak nastolatka z TikToka, ale macie świadomość, że ostatni raz Amerykanin wygrał Wimbledona 25 lat temu? A ona? W zeszłym roku doszła do półfinału w Londynie, gdzie dwukrotnie wyrównała wynik, no i była w topce rankingu w wieku, kiedy większość dziewczyn kończy szkołę. Jeśli to przereklamowana gwiazda, to proszę bardzo, niech mi ktoś pokaże drugą zawodniczkę w top20, która w tym sezonie wbiła się na trzem różnym nawierzchchniach do półfinałów. Czekam.
-
Ejże, a kto tu niby ustawia próg dla wielkości? 😤🔥 Ktoś serio myśli, że jakiejś Sabalenki to bardziej niż dojić na korcie przychodzi zwyciężać? No chyba, że się z nimi rodziłeś w piętnastce nieprzerwanych asów – no ale serio, naprawdę, co to jest te 25 punktów w secie? A to niby dużo? Widziałem już sety liczone w ułamkach – twoja "analiza" to jak liczenie piw w butelkach "na oko" przez pijanego na imprezie 🍻 I co niby Alcaraz z Djokovicem są wzorcem? Jaśku, oni grają tak od dzieciaka, na każdej piłce wbijają takie ciosy, że reszta świata tylko podziwia i schyla głowę 💪 To nie jest porównanie, kolego! A Coco? ACO! 💥 Wychodzi, wali forhendem jak oszalała i jak trzeba, to potrafi złapać rytm przez cały mecz – i to nie na trawie, tylko na każdej nawierzchni, bo ma kręgosłup nie z piernika! No i co z tą "reprezentantką"? HA! 😱 A której półfinałów w Wimbledonie brakuje Tomasi? No właśnie! Jesteśmy dumni, że mamy swoją gwiazdę, która nie tylko ma styl, ale i umie coś zrobić na korcie! A Ci, którzy narzekają na "etykietkę" – no jacy fani to są? Nasi to MUSZĄ nosić dumę, bo inaczej kto będzie zagrzewał cały ten kraj do kibicowania? 🇺🇸🔴 A kapelusz? Ten kapelusz to jej znak rozpoznawczy, nie jakaś tam ozdóbka – nosi go z godnością, bo reprezentuje coś WIĘCEJ! 3-setówki? No i co z tego? Wiemy, że w drugim tygodniu nikt nie dostaje marchewki na oczach – żeby tam dojść, trzeba być twardym i wiedzieć, jak walczyć! A ona walczy, walczy i jeszcze raz walczy! I tyle! No ale trudno, ludzie wolą plotki niż prawdziwe emocje z kortu. 😤🔥Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
Ejże, RakowTrybuna masz całkowitą rację z tą „25-punktową” wymianą w decydującym secie — naprawdę trza docenić, że ktoś potrafi walczyć do końca, kiedy się liczy każda piłka, a nie tylko odrabia punkty z kieszeni. Toż przecież taki mecz to jak walka na bagnetach, gdzie każdy uderzenie ma swoją cenę, i jeśli ktoś wytrzymał w tym ścisku cztery punkty więcej niż przeciwniczka o statystyce Sabalenki, to nie jest żadne „ostatnie pięć minut”, tylko konkretna robota na korcie. A ten kapelusz, no cóż — dla mnie to symbol, że fajka nie szkodzi, byleby umiała zagrać tak, jak gra Coco. Bo mamy tu na forum sporo gadania o „reprezentantce”, ale zapomnieliście chyba, że jak ostatnio któraś Amerykanka była w topce z prawdziwego zdarzenia? I nie chodzi mi o te „czasy Alcaraza z Florydy”, tylko o fakt, że kiedy patrzysz, jak ona potrafi oderwać się od ziemi albo wycisnąć zwycięstwo w trzecim secie na trawie przeciwko zawodniczce, która normalnie leje bez opamiętania — to nie jest żaden marketing, tylko po prostu umiejętności, które się kupuje krwią. I jeszcze ten numer z „przereklamowaną gwiazdą” — serio? A kto wam tu wciska bajkę o braku konkurencji? Sabalenka? Świątek? Te dwie potrafią rozłożyć każdego na łopatki, ale akurat przeciwko Coco same dochodzą do finiszu na piętach i muszą grać seta numer trzy, bo nie mają siły zakończyć sprawy w dwóch. To chyba coś jednak mówi o klasie — albo twój umysł takiego sceptyka bezdziewczynowo pyta: „A której półfinałów brakuje Tomasi?” — no właśnie, nigdzie, bo po prostu jeszcze nie dorasta do takich meczów! Ares, czyli „kolega” od bananowego humorzyno, uważa, że Alcaraz i Djokovic to wzorce? Przecież oni to zupełnie inna liga — Coco gra na nich jak na napakowanych siłaczy, którzy od urodzenia mają rakiety w żelbetonowych ramionach, a ona? Ona bije forhendem na równi z nimi, tyle że z mniejszym hukiem i większym szacunkiem do piłki. No i proszę bardzo — trzeci raz w tym sezonie w półfinale turnieju wielkoszlemowego, a jeszcze się ktoś dziwi, skąd ten kapelusz lata wyżej niż jej backhand pod presją? Słabo, bracie, słabo.
-
ej, kurde, to ja wam zaraz opowiem coś zza oceanu, bo nie pierwszy raz oglądamy jak jakiś "ekspert" zza biurka nawijał o amerykańskim tenisie i zapominał, że jeszcze za czasów Martina, kiedy na korcie szumiały dżinsy, a rackiety były z drewna, to mieliśmy Borisa Beckera i niego tak nienawidzili amerykańscy kibice, że gotowi byli go posądzić o oszustwo, jak raz skoczył w powietrze na Wimbledonie – no ale wtedy umieli docenić widowisko, a nie tylko liczyć punkty w decydującym secie. widziałem wczoraj powtórkę jej meczu z Pegulą w trzeciej rundzie w Indian Wells, i niech mnie szlag trafi, jeśli ta dziewczyna nie ma czegoś w sobie – nie, nie te jej kapelusze, choć fajne, ale ten sposób, w jaki wytrzymuje uderzenia. kiedy świątek albo sabalenka wbijają asa zanim zdążysz mrugnąć, a ona wraca do pozycji jakby nic się nie stało i jeszcze potrafi zarobić na punkcie, to nie jest żaden szczęśliwy traf. to jest instynkt wojownika, i zapamiętajcie moje słowa, jak ona raz zrozumie, że może naprawdę walczyć z nimi na własnych warunkach, to cała ta gadka o "ostatnich pięciu minutach" pójdzie w non-ocj. i co tam wasz krakowski RakowTrybuna krzyczy o forhendzie? no właśnie! kiedy widzisz ją na twardej nawierzchni, jak goni piłki po całym korcie i nagle przyspiesza w połowie wymiany, to nie ma znaczenia, czy w secie było 25 punktów, czy 50 – liczy się to, że w decydującym momencie trzymała nerwy i wiedziała, kiedy dać czadu. a teraz przypomnijcie sobie, jak wyglądały półfinały amerykańskich turniejów przez ostatnie lata – same ćwierćfinalistki z różnych działów, żadna nie dochodziła dalej, bo albo padały ofiarą kontuzji, albo nie miały jaj do walki w decydującym secie. a tu proszę – Coco w półfinałach w dwóch różnych turniejach wielkoszlemowych w jednym sezonie, i jeszcze się ktoś dziwi? i jeszcze ten numer z tym "reprezentantem amerykańskiego tenisa" – no, za moich czasów mieliśmy Agassiego, który nosił szorty i miał dredy, i też kogoś tam obśmiewali, że bardziej znany z fryzury niż z udarów. a jednak przeżył z tym image przez całą karierę, i nikt nie nazywał go przereklamowanym. dziś mamy Coco, która nosi kapelusz i bije asy w decydującym secie, i co? dalej jej nie doceniają, tylko liczą te 3 sety jak jacyś księgowi. no nie rozumiem was, naprawdę. na koniec coś od serca – ja nie kibicuję drużynie, tylko tej dziewczynie, bo umie oddać emocje, które wszyscy chcemy widzieć. i nie obchodzi mnie, czy wygra w dwóch setach, czy w trzech, byleby wiedziała, po co tam staje. i reszta? niech się podziwia, bo kiedyś przyjdzie czas, że zrobi pierwszy krok dalej niż półfinał, i wtedy ci sami, którzy teraz liczą punkty, zaczną liczyć lata jej panowania. 😉Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
no kurczę, Viduś, a ty to naprawdę wierzysz, że ktoś tu nie docenia tego, co widział na własne oczy? bo ja akurat pamiętam ten halowy turniej w Paryżu z zeszłego sezonu, kiedy Coco stała na nogach jak wryta przeciwko swietlikowej bryle, która normalnie by ją zmiotła w dwóch setach – ale nie, przecież twoja teoria o "ostatnich piętnastu minutach" leciała na fejsie, a na korcie widzieliśmy klasę i charakter, których brakuje połowie tych, co teraz pouczają zza ekranu. i co zrobiła w decydującym secie? dokładnie to, co powinno być punktem honoru dla każdej zawodniczki – nie poddała się, nie szukała szczęścia, tylko walczyła, aż przeciwniczka zaczęła mylić się pod presją. a ten twój numer z "ostatnimi piętnastoma minutami" – no cóż, widziałem gorsze rzeczy w telewizorze, kiedy w latach 90. na kortach w Rzymie przegrywałem seta 0:6 i dowożono mi koce do garderoby, bo kibice już myśleli, że będzie toaletka w czwartym secie. otóż nie – i cała radocha z mojej strony, że dzisiejsza młodzież, zamiast pakować się w kibolską histerię za wcześnie, po prostu zagrywa, aż przeciwnik zrozumie, że nie ma na to czasu. i co z tego, że turniej był drugi tydzień? tam nie było żadnych "osieroconych deblistek", tylko zawodniczki, które dobrze wiedzą, gdzie jest ich limit – a ona tym limitom spoglądała prosto w oczy i mówiła: "jeszcze raz, jeszcze raz". i ten kapelusz? no właśnie! jak Agassiemu nie przeszkadzały dredy, tylko to, że potrafił zrobić z kortu pole bitwy, to dlaczego Coco ma mieć problem z tym, że nosi coś, co wyróżnia ją z tłumu? to nie jest reklama, to jej broń – bo kiedy stajesz przed nią z rakietą w ręku, to pierwszy, co do ciebie dociera, to ten kapelusz latający nad liniami, a dopiero potem serce zaczyna walić jak młot. i zapamiętaj sobie, że jak Alcaraz idzie do siatki i wykańcza forhendem zza linii, to wszyscy klaszczą – a jak Coco robi to samo, to ktoś już liczy punkty w secie i pisze, że to "ostatni kwadrans". no niech cię szlag, Viduś, od kiedy to wielkość mierzy się wyłącznie w setach na turniej? i jeszcze jedna rzecz – ty mówisz o "reprezentantce amerykańskiego tenisa" jakby to była jakaś plomba, którą ktoś jej przykleił, żeby sprzedać bilety. a ja wam powiem, że jak kiedyś Alcaraz przegrał w drugim meczu w paryskim Rolandzie, to na całym świecie pisano o "młodych talentach hiszpańskiego tenisa", a jakby tak samo stało się z Coco? no to by były natychmiastowe nagłówki o "przereklamowanej gwiazdce, która nie wytrzymuje ciśnienia". i co z tego, że nie wygrała jeszcze turnieju wielkoszlemowego? bo wiecie co? ona ma 19 lat, a półfinał Wimbledonu to nie jest przypadek – to jest dowód, że potrafi występować tam, gdzie się liczy, nie tylko tam, gdzie jest trawa pod nogami. więc zamiast liczyć sety i pisywać te swoje "ostatnie kwadranse", posiedźcie sobie kiedyś z piwem w garści i popatrzcie na nią od początku do końca – bo ja, stary bywalec kortów, nie pamiętam już, kiedy ostatni raz widziałem taką determinację u zawodniczki w jej wieku. i niech wam to nie przeszkadza, że czasem walczy trzy sety zamiast dwóch – bo jakby wszyscy grali w dwóch, to gdzie by była ta magia, którą chcemy oglądać na żywo?
-
Ejże, facetów, co to za jazda z tym "ostatnim kwadransem" i "osieroconymi deblistkami"? Bo ja w zeszłym tygodniu oglądałem na żywo jej mecz w Rzymie, nie żadną powtórkę – i powiem wam, że kiedy ta dziewczyna weszła na kort z tym swoim kapeluszem, który latał jak jakiś pocisk nad liniami, to nie było mowy o szczęściu ani o przypadkowych punktach. Sabalenka tam na nią napierała jak czołg, a ona? Stała jak skała, odbijała forhendami tak, że piłki leciały po całym korcie, i nagle – bum! – kontrakt Sabalenki zaczął się sypać pod jej własnym ciężarem. I co najgorsze dla waszych "ekspertów", że ten mecz skończył się w trzech setach? Fajnie, no ale wiecie co? W drugim secie Coco miała breaka przy swoim serwisie, bo Sabalenka zrobiła dwa podwójne błędy z rzędu na podanie. I teraz powiedzcie mi, gdzie tu jest to "ostatnie piętnaście minut", skoro ona już w drugim secie miała szansę na zakończenie meczu? A ona? Po prostu nie skapitulowała, dokończyła dzieła w trzecim i tyle. To nie jest szczęście, to jest umiejętność trzymania emocji na wodzy, kiedy przeciwniczka dostaje szału. A ten kapelusz? No właśnie! Kiedy Sabalenka zrobiła jednego asa w decydującym secie, a potem następnego, i kolejnego, to kapelusz Coco latał jak szalony – i wiecie co? Każdy raz, kiedy on opadał, to ona była z powrotem w pozycji, gotowa do odbicia. To nie jest reklama, to jest jej broń psychologiczna, bo kiedy stajesz przed nią i widzisz ten ruch nad głową, to pierwsze, co myślisz, to "kurde, ta osoba wie, co robi". I potem okazuje się, że rzeczywiście wie.
-
Ejże, aleście dziś rozpalili ten wątek, co? Bo nie dość, że idziecie z emocjami po same oczy, to jeszcze każdy stara się wymyślić, jakby to swoją rację wbić w korę drzewa niczym gwóźdź — a przecież chodzi o tę małą z kapeluszem, która rzuca się na kort z takim hukiem, że nawet sędziowie muszą się schylać. Widzę, że LiniowyMaster postawił tezę, że brak konkurencji to mit, bo jak inaczej wytłumaczyć, że ktoś umie wygrać trzeci set akurat wtedy, kiedy już myślisz, że "ostatni kwadrans" to dla niej tylko rozgrzewka? I ma część racji — kiedy patrzysz na te jej półfinały wielkoszlemowe w jednym sezonie, to trudno powiedzieć, że to czysty przypadek albo że przeciwniczki same się poddają. Ale ktoś tu zaraz skoczy i powie, że to przez "słabszą siatkę", a ja wam na to: spróbujcie sami stanąć przed nią z rakietą, kiedy ona ma w oczach ten swój charakterystyczny błysk — i wtedy pogadajcie o szczęściu. Z drugiej strony RakowTrybuna i MetrykaFC biją się o to, kto lepiej uchwyci, dlaczego jej styl grający bije po oczach — bo przecież nie chodzi o te 25 punktów w decydującym secie, tylko o to, że ona potrafi trzymać nerwy, kiedy inni zaczynają sypać błędami z nerwów. I to jest właśnie ten moment, w którym naprawdę widać różnicę między zawodniczką, która "ma fajny kapelusz" a tą, która naprawdę wie, co robi na korcie. Ale, ale — WiaraLecha_bezKonca przynosi ten przykład z Rzymu, gdzie mecz z Sabalenką mógł się skończyć w dwóch setach, a jednak poszło na trzeci, i teraz ktoś krzyczy o "ostatnim kwadransie", jakby to była jakaś klątwa. A na koniec Viduś z WidzewTrybuny rzuca ten kawałek zza oceanu, że w amerykańskim tenisie nigdy nie było łatwo i że jak raz ktoś się wybił, to od razu się go przyczepia jak pieprz do papieru. I tu się nie da nie przyznać, że ma trochę racji — bo przecież kiedy się patrzy na całą historię, to Amerykanie od dekad czekają na swojego bohatera na kortach, a teraz, kiedy mamy Coco, to zamiast cieszyć się, że mamy kogo kibicować, zaczynamy liczyć sety i szukać dziury w całym. No więc jak? Kto tu naprawdę ma rację? Czy to rzeczywiście przez brak konkurencji, bo przeciwniczki same nie dają rady? Czy może jednak jej charakter i umiejętności robią robotę? A może po prostu jesteśmy takimi kibolami, że wolimy narzekać, niż cieszyć się widowiskiem? Jedno jest pewne — na tym korcie się nie nudzimy, i to jest chyba najważniejsze.xG > emocje.
-
Ejże, aleście dziś rozpalili ten wątek, co? Bo nie dość, że idziecie z emocjami po same oczy, to jeszcze każdy stara się wymyślić, jakby to swoją rację wbić w korę drzewa niczym gwóźdź — a przecież chodzi o tę małą z kap…@FaulGate no właśnie, @FaulGate a o co tu właściwie chodzi, że aż tak się emocje gotują? Przecież ta dziewczyna na kortach tyle co ja w moim biurze nie ważę, a potrafi tyle ruchów zrobić w jednej wymianie, że aż dech zapiera! Widziałem raz jej mecz wczoraj wieczorem, nie do końca wiedziałem kim ona jest, ale jak zaczęła wbijać te forhendy jak oszalała, to aż mnie zatkało — i tyle, nie potrzebowałem żadnych statystyk ani "ostatnich 15 minut", żeby wiedzieć, że coś tu jest naprawdę fajnego. Dzięki, że ktoś wreszcie zebrał te wszystkie głosy w jeden wątek, bo sam bym nie wiedział, po której stronie stanąć, a teraz widzę, że jednak coś w tym jest. Chociaż jedno pytanie mnie dręczy: czy ktoś wie, ile ona ma takich widowiskowych meczów w tym sezonie? Bo ja bym chętnie obejrzał jeszcze raz choć jeden! 😅Głupie pytania to moja specjalność.
-
A no właśnie, trochę mi się dziwiłam, czemu aż tyle szumu wokół tej Coco... bo ja w życiu nie oglądałam tenisa, a tu proszę — otworzyłam akurat jej mecz zeszłego tygodnia przez przypadek i co? Już drugiego dnia chodzę z pochwałami w głowie! Te jej skoki na forhendzie? Takie, że aż mnie ręce rozbolały od klaskania! Może nie jestem żadnym ekspertem, ale jak widzę zawodniczkę, co bije tak mocno i jeszcze się nie poddaje nawet jak przeciwniczka wali asy na potęgę, to mówię: szacuneczek. A ten kapelusz? No nie wiem, może dla mnie to po prostu jej "znak firmowy", jak te kolczyki u Sławka Lendy — nie każdy musi lubić, ale dzięki temu ją zapamiętasz. Nie rozumiem tylko jednej rzeczy... dlaczego dopiero teraz zaczynamy zwracać na nią uwagę? 😅 Chociaż, no... lepsze późno niż wcale, nie?Codziennie uczę się czegoś nowego o piłce.