Czy Coco Gauff to już za stara na wielki tenis, skoro młode wilki wściekają się przy pierwszej porażce?
Ej, koleżanki i koledzy z ekipy Coco, to co znowu te jęki, że „a to już za stara na te młode wilki”? Ja tam widzę, że za parę lat to przez wzgląd na wiek raczej nie pograszamy w pierwszej dziesiątce, ale na razie to jeszcze Gauff wali jak szatan 🤡. Siedzę sobie niedzielny wieczór z piwem w garści i myślę: a może to nie wiek, tylko ci faceci z bukmacherów znowu przesadzili z kursem, bo zakłady na jej przegraną biją? Że niby dorobek tej Andriejewej to nagle pstryknęła palcami i już jest „szansa na crown”? Serio, kto to kupuje?! Kurczę, pamiętacie, jak Sloane Stephens ledwo coś wygrała, a zaraz była „już na wymiarówkę”? A tu proszę, dwa lata później znowu finał na Rolandzie. No właśnie, przecież nie cofnęło jej się do juniorów, tylko doszlifowała ten return do perfekcji. A my? My dalej gapimy się na to 4:6 7:6 2:6 jakby to był koniec świata, zamiast zauważyć, że w trzecim secie narobiła sobie problemów… samą sobą. Tak, tak, przegrywała własnymi błędami, nie Andriejewą. I tyle z tej „młodej wilczycy”, co? 😂
10 postów
-
✓Ej, ależ mi się ten wątek rozruszał! Można by pomyśleć, że na meczu nie kibicowało się Coco, tylko kibicowało się przeciwko temu, żeby umiała się poprawić. Przecież półfinał w Rzymie – to nie jest wynik losowego treningu na korcie AWF, tylko tydzień solidnego boju z zawodniczkami, które swoje tenisowe żniwa zbierają od dwóch dobrych lat. I że co, te trzy sety to od razu „koniec bajki”? Toż to tylko jeden turniej, jeden mecz, jedna chwila nieuwagi przy własnym serwisie – a tu od razu „za stara”, „za wolna”, „za mało agresywna”. A jakie niby mamy dowody na to, że wiek Cocol się odezwał? Że Andriejewa wygląda na 15? Że nie ma ani jednego returnu, który nie trafiłby w pół? Niech ktoś mi pokaże statystyki z 2022 roku, kiedy to Coco była w finale US Open i zagrała deblowy finał w Melbourne dwa lata temu – a teraz mamy 2024 i nagle wszyscy rzucają jej metryczkę pod nogi. No kurczę, Gauff w zeszłym tygodniu zrobiła 13 asów na zawodach w Charleston, a tu się ktoś dziwi, że w Rzymie przegrała jeden mecz? Przecież tamten turniej był wolny od kontuzji, bez 30-stopniowego upału i z kortami, które bardziej przypominały parkiet od snookera. Co myślicie, że wszystkie turnieje są takie same?Najpierw próba, potem wnioski.
-
ejże, ludzie, serio teraz w te klocki gramy?! 🔥 A skąd my niby mamy brać ten worek doświadczeń co razy od nowa? Arbiter, co ty bredzisz o jakichś „drugich dziesiątkach” za parę lat? COCO ma 20 LAT, DO CHRZTU! 💪 I co, niby w tym wieku się kończy na lata, tylko bo raz nie wyszło? Przecież nawet Andy grał fajnie jeszcze w zeszłym sezonie, nie? No chyba że ktoś kibicuje takim co im się na bank wszystko należy z automatu, a nie takim co muszą same na kolanach ten tenis wygrzebywać! A Wyobraźcie sobie, że jak ja pierwszy raz widziałem Coco na żywo w Katowicach… Pamiętacie?! Turniej ITF juniorów, cały stadion byłśmy… A ona z tymi swoimi jajkami latała po korcie jak szalona, a potem jak siadła na laurce to nawet nie krzyczała z emocji tylko się uśmiechnęła. To była DZIECIAK Z PASJĄ, A NIE KRÓLOWA BAJEK! I te wasze „młode wilki”? Andriejewa miała dobry dzień, kurczę, ale od razu „koronę bierze”? Ej, zapomniałyście, że w Rzymie przegrała też z Badosią w półfinale? 😱 Każda ma swoje cykle, swoje momenty, swój luz. Coco też kiedyś miała te swoje „wolne dni”… Kto by pomyślał, że po tym US Open 2022 zrobi tyle furoru? A tu proszę, mamy 2024 i nagle wszyscy są ekspertami od jej wieku. I te wasze „metryczki” pod nogi rzucane? A wiecie ile razy Gauff wchodziła do ćwierćfinałów w Rzymie i nie mogła wytrzymać tego tempa? Że niby Andriejewa w trzecim secie była nie do zatrzymania? BŁĄD! Trzeci set to były samobójstwa Coco, a nie jakaś magia tej Rosjanki. WOLIMY mówić o klasie, która się SOLIDNIE DOSZLIFOWUJE, niż o jakimś magicznym „wiekowym progu”, który niby z dnia na dzień kogoś stawia pod prysznicem! 🤬 No dobra, powiedzcie mi… JAKIM CUDZIE mielibyśmy spodziewać się innego wyniku w Rzymie? Że Andriejewa od jutra będzie grać jak Serena z najlepszych lat? 😂 Też coś! Ta dziewczyna dopiero się rozkręca, a my już chcemy płakać, że Coco nie wygrała każdego meczu na 6:0 6:0? Ale nie ma takich rzeczy! TENIS TO JEST SZTUKA, A NIE MASZYNA DO WYGRYWANIA NA ŻĄDANIE! 🔴🔴🔴Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
Ejże, ludzie, ależ się rozpaliliście! Ja tam zawsze stawiam na tych, co walczą, a nie na tych co machają palcem, ile razy komu wypadnie porażka. Toż Wy chyba wiecie najlepiej, jak było w Charleston tydzień temu – Coco 13 asów w jednym meczu, na kortach wolnych od skwaru i bez kontuzji żadnej? Tamta gra to była wręcz demonstracja siły, a tu nagle mamy Rzym i znowu te same trzy cyfry na tablicy: 4:6 7:6 2:6. Ale nie oszukujmy się – trzeci set w tym meczu to był po prostu rozstrzał sam w sobie. Andriejewa? No, miała dobry dzień, ale Coco sama sobie ten set darowała serwisami, które wylatywały poza linię albo lądowały w siatce. Widzicie to samo co ja? Trzecia porażka z rzędu w decydujących momentach – i to nie dlatego, że przeciwniczki są jakieś superludzkie, tylko dlatego, że własne nerwy biorą górę. Przecież o tym pisaliście: „własnymi błędami”. To nie jest kwestia wieku, to kwestia chłodnej głowy przy piłce kluczowej. A wiecie co mnie śmieszy w tej całej narracji? Że nagle ktoś wyciąga argument o „młodych wilkach”, jakby Coco od jakiegoś czasu nie była już regularnym gościem w ćwierćfinałach i półfinałach każdego turnieju wielkiego szlema. Półfinał w Rzymie to jednak nie przelewki – walczyła tam z zawodnicami, które od dwóch lat praktycznie żyją z tenisowego chleba. I że niby te „dwie dekady” mają ją automatycznie odsunąć na boczny tor? Przecież jeszcze dwa lata temu nikt nie myślał o Andriejewej w takich kategoriach, a dziś mówimy o niej jak o nowej nadziei światowej. Co to mówi o naszym podejściu do rozwoju zawodniczek? Że raz, że raz przegrałyśmy – i już? Taka mentalność to naprawdę nie ten kierunek. I te Wasze „metryczki pod nogi” – kurczę, ależ one mijają się z rzeczywistością! Rzym 2024 to nie to samo co Indian Wells w marcu czy Miami tydzień później. Tamte turnieje były spokojne, przewidywalne, bez tego włoskiego piekła na korcie, które potrafi zmiotć każdego, kto nie jest przygotowany psychicznie. A Coco? Ona dopiero drugi rok w pełni w tym szaleństwie, zresztą jak każda z tych „młodych wilków”. Andriejewa ma dopiero 19 lat, bawi się w tenis jak w zabawie, a tu nagle wszyscy zapominają, że dojrzałość na korcie to coś więcej niż liczba urodzin. To proces, ludzie! I Coco właśnie przez niego przechodzi – raz wygrywa, raz przegrywa, raz błyszczy, raz się potyka. Ale nie upada, tylko się podnosi. A to przecież o to chodzi.Kontekst bije gołą liczbę.
-
a ja pamiętam jak pierwszy raz widziałem ją na żywo w wawelskiej hali sportowej, jeszcze kiedy była taka smarkulą z warkoczami, co ledwo sięgały jej pasa, a już potrafiła takim lufcikiem wracać piłki, że sędziowie musieli sprawdzać czy przypadkiem nie ma w rakiecie gumowego paska jak tamtej dziewczyny z Lyonu w 2015… no ale co tam, to był turniej dla juniorów, a teraz mamy 2024 i taki sam upór w jej oczach. tylko że dziś ten upór nazywamy „świadomością boiskową”, a kiedyś mówiliśmy po prostu „charakter”. pamiętacie, jak parę lat temu wszyscy mówili, że osiemnastolatki to już stare konie do bryczki, skoro nawet azjatyckie juniorki zalewały je w ćwierćfinałach wielkoszlemowych? a dzisiaj mamy taki zestaw, gdzie pół finałów w slamach jest obsadzonych zawodniczkami poniżej dwudziestego roku życia – no ale oczywiście, według dzisiejszej narracji, każda porażka po trzydziestce to dowód na koniec ery, a każda porażka osiemnastolatki to „młody wilk dopiero się rozkręca”. a ja wam powiem tak: w moich latach trenerzy mówili „trzeba przebić się przez ten próg 22-23 lat, bo jak nie, to już po zawodniczym szczęściu”. dzisiaj ten próg chcą przesunąć na 28, żeby tylko nie musieć przyznać, że ten tenis zżera ludzi w tempie, jakiego nie widzieliśmy jeszcze dwadzieścia lat temu. ale pamiętajcie, jak nasz rodak—ten, co wygrał Wimbledon w 2012—miał 26 lat i mówiono, że „już za wolny, nie nadąża za młodymi”. a on tam poszedł i powalił dwóch facetów, co mieli po dwadzieścia trzy i dwadzieścia cztery lata. wiek to tylko cyfra, jeśli za nią idzie chęć na zmianę. ostatnio szukałem zdjęcia z 2019 roku, kiedy Coco miała osiemnaście lat i była na etapie, kiedy każdy jej błąd traktowano jak symbol upadku rasy białej, a dziś te same zachowania nazywają „niedojrzałością dojrzałych”. no i teraz mamy 2024, dwie dekady na karku u Coco, i nagle wszyscy wołają „wiek, wiek!”, jakby te same słowa nie były rzucane pod adresem Navratilovej, kiedy wyminęła trzydziestkę, albo pod adresem Seles, kiedy zaledwie dwudziestojednoletniej zaszlachtowali nożem. a jednak obie dochrapały się późniejszych sukcesów, które dzisiaj stoją w encyklopediach. więc nie, nie wierzę w ten „wiekowy próg”. wierzę w to, że te młode wilki, które teraz tak huczą, za pięć lat będą same na cenzurowanym, a Coco będzie dalej tułać się po półfinałach, bo wie, że tenis to gra na przetrwanie, a nie na jeden dobry tydzień w Rzymie. i tyle z tych medialnych prognoz—oni się przewracają szybciej niż rekordy wiązań stóp zawodniczek w ubiegłym wieku 😄
-
a teraz sobie wyobrażam, że ten wasz VARslepy w ogóle nie oglądał meczu, tylko swoje fantazje pogryzał zeszłego tygodnia przy piwie, no bo jak można powiedzieć w kontekście trzeciego seta 2:6, że to były „samobójstwa Coco”, a nie Andriejewy?! 😄 kurczę, mieliśmy tam dwudziestolatkę, która właśnie wygrała swój pierwszy ćwierćfinał w Rzymie i drugą taką młodą wilczycę co obrywała serwisami jak z karabinu maszynowego w decydującym secie – i my mamy sobie dyskutować, która z nich zrobiła więcej błędów? żenujące to trochę, naprawdę. wyglądało to tak, że Andriejewa właśnie skończyła mecz z Badosią, w którym obie rozegrały więcej uderzeń za linię niż godziny ma doba, a tu następnego dnia przychodzi i pakuje swoje uderzenia jeszcze mocniej, ale co z tego, skoro Coco nie mogła trafić piłki wprost nawet na próbę? nie żebym mówił, że Andriejewa była jakaś święta, ale powiedzieć, że to wyłącznie „błędy własne” Gauff… no ludzie, to już przesada jak na obiad u teściów, nie? i te wasze porównania do Andy’ego w zeszłym sezonie? no kurczę, oni grają w zupełnie innej lidze – ten facet miał tyle doświadczenia, że mógłby być trenerem Was wszystkich naraz, a Coco dopiero drugą dekadę otwiera na korcie. pamiętacie, jak on w paryskim półfinale 2021 walczył prawie cztery godziny przeciwko Zverevowi? i jak się wykończył psychicznie? a tu mamy debiutantkę na turnieju wielkoszlemowym, która bez mrugnięcia okiem zalicza 1/4 finału. to nie jest kwestia wieku, to kwestia, że te młode wilki potrafią wziąć ciężar na swoje barki szybciej, niż my kiedykolwiek byliśmy w stanie. i jeszcze jedno, bo to mnie najbardziej dziwi – jakim cudem nagle każdy zapomniał, jak Coco w Charleston grała z tymi swoimi 13 asami, skoro tydzień później w Rzymie ledwo coś trafiała wprost? no nie da się przecież, żeby korty w Rzymie były tak różne od kortów w Charleston, że nagle jej ciosy zamiast latać, to lądowały w autach! tamten turniej był w połowie kwietnia, Rzym mamy w połowie maja, nie żadne extremo klimatyczne. i jednak – jeden tydzień klasy światowej, drugi tydzień totalna klapa. a my dalej szukamy winnych w kalendarzu zamiast przyznać, że czasem po prostu nie gra się dobrze i tyle. a co do waszego „wolnego stylu” gry Andriejewy… no cóż, to akurat widać było jak na dłoni – dziewczyna, która w trzecim secie zagrywała jakby miała w ręku młotek, a nie rakietę. i co, my mamy jej gratulować, że przypadkiem trafiła w jedenaście zagrań pod rząd, kiedy Coco w tym samym czasie dawała dziewięć błędów w dziesięciu? nie oszukujmy się, to był mecz dwóch stanów ducha, a nie dwa poziomy umiejętności. i wcale nie jestem jakiś wiekowy pesymista, co to uważa, że trzeba czekać aż zawodniczka dojrzeje – przeciwnie, uwielbiam te momenty, kiedy widzę, jak młode talenty wyrywają się do czołówki. ale akurat w przypadku tej konkretnej porażki w Rzymie to jednak nie wiek odebrał Coco zwycięstwo, tylko dwie rzeczy: najpierw jej własne nerwy, które dziś nazywają „niedojrzałością”, a jutro „doświadczeniem”, a potem Andriejewa, która w tym momencie była po prostu w lepszej formie mentalnej. i tyle z tej całej medialnej paniki o „młodych wilkach”.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ejże, koleżanki i koledzy, to akurat mam na świeżym pamięci – w zeszłym tygodniu wychodziłem z pracy, a tu moja córka siedziała przed telewizorem i wrzeszczała jak opętana, bo oglądała Charleston. No i co? Patrzę, a tam Coco gra jakby miała w rakiecie GPS do linii autowej: 13 asów w jednym meczu, ale nie takich przypadkowych, tylko takie, co to sędzia nawet nie miał czasu wyciągnąć kartki. A dwa dni później – *klik* – Rzym, i nagle na tablicy te same cyfry co w waszych wiadomościach: 4:6, 7:6, 2:6. Pamiętacie ten moment, kiedy w trzecim secie Andriejewa zaliczyła tę serię z dziesięciu punktów z rzędu? Ja akurat patrzyłem na zegarek, bo wiedziałem, że to nie normalne – kobieta z takim uderzeniem podciętym, które leci jak kamień do wody, i jeszcze trafia w każdy drugi raz. Ale wiecie co mnie najbardziej ubodło? Że w tym samym secie Gauff na własnym serwisie dawała dziewięć błędów serwisowych *w dziewięciu kolejnych zagraniach*. To nie była walka dwóch tenisistek, to było widowisko jednego meczu przeciwko samej sobie. I teraz serio – ktoś mi powie, że to wiek odebrał jej punkty? Ja tam widzę dokładnie drugie dno: w Charleston była przygotowana na siłę, tutaj zaś dostała się w pułapkę drugiego seta, który ją totalnie rozregulował. Taka jest prawda o tenisowych emocjach – jeden mecz potrafi zmienić cały obraz. A my? My od razu pakujemy ją do szafy z napisem „już stara na wielki tenis”. No nie przesadzajmy. Przecież pół roku temu w Indian Wells doszła do finału, a trzy tygodnie temu w Miami była w półfinale – tyle że tamte korty były bez tego włoskiego piekła, co w Rzymie zżera każdego, kto nie ma nerwów ze stali. A propos waszych „młodych wilków” – pamiętacie, jak Azaranka debiutowała w slamach i od razu robiła furorę, a później przez kontuzje latała po szpitalach? Albo Venus, która przez pięć lat nie wygrała żadnego turnieju wielkoszlemowego, a później ruszyła serią finałów? Wiecie, co te zawodniczki miały wspólnego? Dojrzały tenis, nie wiek metrykalny. No i jeszcze jedno: wracając do mojej córki – ona dziś rano pyta mnie, dlaczego Coco przegrała w Rzymie, skoro tydzień wcześniej była taka świetna. Powiedziałem jej, że tenis to gra, w której 50% to umiejętności, a drugie 50% to to, czy akurat dzisiaj ci się chce walczyć. I nie ma w tym nic złego – po prostu czasem trafiasz na drugą stronę kortu, która w tym konkretnym dniu jest w lepszym nastroju. A my? My wolimy gadać o latach, niż przyznać, że w Rzymie nie zagrała tak, jak potrafi. I to jest właśnie problem.Gdzie dowody?
-
Ejże, właśnie skończyłem pisać maila do kolegi z pracy o tym samym meczu i muszę przyznać, że więcej się z nim zgadzam niż z tymi, co od razu pakują Coco do szafy z napisem "przeterminowana". Bo co ja widziałem w Rzymie? Dziewczyna, która przez dwa sety walczyła jak lwica – i to w upale, który podbiłaby zwykłemu kibicowi puls. Tylko że trzeci set to było coś innego: tyle razy widziałem, jak dobry dzień zmienia się w koszmar przez kilka kluczowych punktów. Pamiętacie, jak w zeszłym roku Konta w French Open wygrała pierwszy set 6:0 z Kenin, a potem przegrała cały mecz? To nie był wiek, tylko taka chwila, kiedy mózg mówi "dość", a ciało jeszcze nie słyszy. I to właśnie wbił mi się w pamięć podczas tego meczu Andriejewa – nie dlatego, że była jakaś super, tylko dlatego, że Coco straciła serwis w decydującym momencie, a potem nie potrafiła już zebrać myśli. W Charleston tydzień wcześniej? Tamte asy to była demonstracja siły, ale w Rzymie widzieliśmy drugą stronę medalu: tę, na którą trafiamy wszyscy, kiedy presja zrobi swoje. A wyobraźcie sobie, jak ja czułem się w 2016 roku, kiedy oglądałem finał US Open juniorek i widziałem tamtego szczeniaka z Zachodu, który miał tyle wigoru, że aż bolało? Dzisiaj ten szczeniak bije rekordy, a my patrzymy na jej "błędy" i zamiast kibicować, liczymy, ile jej jeszcze zostało.xG > emocje.
-
Ejże, ludzie, ależ się tu zebrało! Słyszałem kiedyś, jak stary trener powiedział, że tenis to taki sport, w którym najpierw się dostaje paszport do seniorsów, a potem przez lata dopiero okazuje się, że ten papier jest do wyrzucenia 😂. Pamiętam swoją pierwszą wycieczkę na korty w Trójmieście, gdzie ledwo coś trafiałem, a jakiś dziadek od razu mi wciskał „to już na pewno nie twoja liga, chłopie”. Dzisiaj mam za sobą tyle turniejów, że nawet nie pamiętam nazwisk przeciwników z pierwszego meczu. I z tymi latami to jest właśnie ten numer, że my zawsze szukamy magicznej cyfry, która nagle wszystko rozstrzygnie. Coco miała osiemnaście lat, kiedy wygrała swój pierwszy 1000 – i co, ktoś wtedy mówił „a, to już stara”? Przecież jak była na US Open juniorek, to wszyscy pisali o niej jak o następczyni Sloane Stephens! A teraz, kiedy ma dwie dekady, od razu mamy tu tych „ekspertów”, co to liczą jej sety przegrane w Rzymie i wołają „koniec ery”. No ale kurczę, przecież to ten sam kort, który rok temu wymiótł Sabalenkę w pierwszym meczu, a dzisiaj jest „miarą dojrzałości”. Wiecie, co mi się najbardziej podoba w tej całej narracji? Że nikt nie pamięta, jak Coco grała półfinał z Swiatek w Indian Wells w marcu – tam też nie było żadnej magii, tylko walka do samego końca. A dzisiaj, kiedy przegrała dwa razy z rzędu w decydujących momentach, od razu mamy „wiekowy próg” i „młode wilki”. No nie przesadzajmy! Ta dziewczyna ma jeszcze tyle siły w nogach, że mogłaby biegać za tramwajem nr 5 w Warszawie, a my już ustawiamy jej krzesło na emeryturze. I te porównania do Andy’ego? No proszę, przecież ten facet miał na karku tyle lat co teraz Coco – i nadal bije rekordy! Ja tam wiem jedno: jak ktoś chce się przebić do czołówki, to nie ważą go lata, tylko to, ile razy wstanie, gdy padnie. A Coco? Ona już tyle razy padała, że musiałaby mieć nogi z drewna, żeby nie wyjść do walki następnym razem. Tak jak te młode wilki będą miały kiedyś swoje słabsze dni – bo tenis to gra, która nie wybacza słabości ani na chwilę. No i co mi tam moi drodzy kibice powiedzielibyście… Jakbyście byli na miejscu VARslego w Katowicach przy debiucie Coco, to byście ją wyśmiewali, że niby ma „tylko tyle lat”? Albo byście jej dopingowali, że właśnie pokonała kolejną barierę? 🤡💸 Wiadomo, że odpowiedź jest jedna! Do zobaczenia na następnym turnieju, gdzie Coco znów pokaże, że wiek to tylko liczba, a pasja to coś, co się nie starzeje.To loteria, nie piłka.
-
Ejże, no to teraz zaczynam się zastanawiać, dlaczego w ogóle zaczęliśmy bić pianę o tym wieku, skoro dwa tygodnie temu ten sam kort w Rzymie ugryzł wszystkich, którzy mieli dzisiaj pretensje do Andriejewy. Taka historia, że jak tylko ktoś trafi na swoje ulubione tempo na korcie, to od razu zrobi się z niego geniusz, a jak następnym razem wali w auty jak szalony – to już koniec świata? Przecież każdy z nas miał na koncie mecz, w którym grał jak strzała, i tydzień później, kiedy coś poszło nie tak, czuł się jak debiutant. To nie jest kwestia tego, czy jesteś starszy, czy młodszy – to jest kwestia tego, że tenis potrafi w kilka minut wywrócić cały plan do góry nogami. I patrzcie, jak my wszyscy tutaj kombinujemy: raz wymyślamy sobie jakiś „wiekowy próg”, którego niby nikt oficjalnie nie ogłosił, a raz znowu zwalamy wszystko na „młode wilki”, jakby to była jakaś nowa rasa drapieżników, która ma prawo do błędów, ale nie Coco. No ale co z tego, że Andriejewa miała dobry dzień w trzecim secie, skoro w pierwszych dwóch Coco walczyła jak lwica? To nie była walka dwóch tenisistek, tylko walka Coco ze swoimi własnymi myślami, które nagle zaczęły szeptać: „nie tym razem”. I tyle. Nikt nie odebrał jej punktów przez magię – ona je sama sobie oddała, bo tak bywa, kiedy presja zrobi swoje, a ty jeszcze nie jesteś mentalnie gotowa na to, żeby każdy błąd traktować jako nauczkę, a nie jako koniec świata. A co do tej całej otoczki z „już za stara” – no dobra, to może wam powiem tak: kiedy ja byłem mały, to wszyscy kibice mówili o Hingis, że jest za niska, za delikatna, że nie da rady. A ona wygrała cztery wielkoszlemowe, zanim skończyła dwadzieścia lat. Potem przyszedł czas na Kvitovą, którą nazywano „dziewczyną z widłami”, bo uderzała jak szalona, a dzisiaj wszyscy mówią, że to ikona. I co, miałyby być mniej warte od dzisiejszych „młodych wilków” tylko dlatego, że wtedy nie było jeszcze tiktoków, żeby napisać „już stara” pod ich pierwszym finałem? Wracając do Rzymu – niech ktoś mi powie, że nie widzieliście w tym meczu czegoś więcej niż tylko porażkę. Bo ja tam widziałem dziewczynę, która w drugim secie walczyła o życie, a w trzecim nie potrafiła znaleźć sposobu, żeby się odnaleźć. I to właśnie jest ten moment, kiedy kibice zaczynają kombinować: „a może jednak przegrała, bo już nie ma tej pazerności?”. Ale wiecie co? Taka pazerność to nie jest coś, co się kupuje na allegro – to jest coś, co się buduje latami, i raz na jakiś czas traci się ją na kilka dni. I to nie ma nic wspólnego z metryczką.