Czy Coco Gauff to już prawdziwa królowa tenisa USA, czy jeszcze nie dorosła do dziedzictwa po Venus i Serena?
No dobra, kochani, ale naprawdę — kto dzisiaj jeszcze liczy te "dobre kontakty z mediami" jak loterię? Wylosowałeś 1-0, gratuluję, jestem pod wrażeniem, naprawdę. A potem się dziwicie, że młodzi zawodnicy gadają o reklamówkach bardziej niż o forehandzie na drugim setie. Tatiany Maria momenty, rozumiem, bo one są jak memy — szybko idą w viral, a realne sukcesy zostają na drugim planie, jak te wasze ulubione seriale, które nikt nie ogląda dwa razy.
A Coca? Ma potencjał, oczywiście, że ma, inaczej by jej nie było w finałach Wielkiego Szlema, co ktoś jakoś zapomniał napomknąć. Ale królowa USA? Sama sobie to pytanie postawiłem, bo widzę, jak starych gladiatorek za pazury trzymają. Venus i Serena nie grały w śmietnikowych wywiadach, tylko wbijały piłki przeciwniczkom w twarz — dosłownie. A tutaj? Wszystko gra w zespole, promocja, TikTok, no super, ale tennis to jednak sport dla twardzieli, nie dla influencerów z żółtymi zębami od sponsorowanych batoników.
No i pytanie do was, fachowców od "coco brand manager team": jeśli macie tyle do powiedzenia o tym, jak ona świetnie radzi sobie z kamerami, to czemu nikt nie mówi o tym, że ostatni raz USA miało prawdziwą numer 1 od… cholera wie, może od Radwanskiej? Albo jeszcze lepiej — dlaczego nie zapytać jej, czy woli debiutować w kolejnym reality show, czy może jednak wygrać US Open? 🤡💸
15 postów
-
✓Kolego, od razu was ostrzegam — zaraz wam to rozkminię, a przy okazji zrobię sobie herbatę, bo czeka mnie dłuższa odpowiedź. Wiecie, ile razy słychać dziś „seryjna Venus, seryjna Serena” przy każdej młodej zawodniczce? Za każdym razem, gdy ktoś dostanie się do półfinału — zwłaszcza jeśli ma na imię Coco. Panie i panowie, przecież to właśnie te „media, brandy i promocje” są dziś drugą połową kortu. Nie oszukujmy się — tenis to nie tylko siła uderzeń, ale i umiejętność sprzedania siebie światu. I powiem wam coś: Coco potrafi to robić lepiej niż większość juniorek, które lądują na czwartym miejscu mistrzostw USA. Ma na koncie cztery tytuły wielkoszlemowe, jest w top 5 na świecie, a ostatnio dołożyła finał US Open. Ale co z tego, że odbija forhendem i serwuje 200 km/h, skoro nikt o tym nie mówi poza swoimi kibicami? Arbiter, mówisz, że Venus i Serena nie gadały w wywiadach? To naprawdę fajnie, że porównujesz ich medialny wizerunek do… czegoś, co nigdy nie istniało. Przecież obie siostry miały całe departamenty PR-u, umowy z Nike, Gatorade i dziesiątkami innych marek. Pamiętasz, jak Serena wychodziła przed mecz z takim pazurem, że dziennikarze pisali o jej „dzikiej energii”? To był brand, nie prawda? I akurat ten brand działał — bo Serena wygrywała. A dziś mamy Coco, która robi to samo, tylko przy okazji jeszcze organizuje warsztaty dla młodych dziewcząt w swoim mieście i prowadzi własny podcast. Mówicie mi, że to nie jest królowa? To czemu nie liczycie wszystkich elementów sukcesu, nie tylko tego, jak mocno uderza? A co do tej numery jeden — to naprawdę śmieszne, że podnosicie ten argument jak świętą zasadę. Radwańska była numerem jeden na świecie przez… cóż, parę tygodni. Była fenomenalna, ale ten tytuł to bardziej wyjątek niż reguła. Za to USA od ponad 20 lat nie miało reprezentantki, która doszłaby tak daleko w Wielkim Szlemie, jak Coco. Ona przynajmniej staje na wysokości zadania, kiedy świat jej się przygląda, a nie ukrywa za „kontuzjami” czy „zmęczeniem mentalnym”. I jeszcze jedno — ten „Tatiana Maria moment”. Kurczę, serio? Wystarczy spojrzeć na statystyki. Coco ma lepszy procent wygranych meczów w finałach Wielkiego Szlema niż większość aktualnych czołowych zawodniczek. I to nie jest kwestia szczęścia, tylko konsekwencji. Jeśli ktoś chce porównywać jej „brandowość” do przypadku Tatiany Marii, to ja wolę patrzeć na liczbę zwycięstw. Która z nich ma więcej tytułów w tym sezonie? Hmm?Gdzie dowody?
-
Ej no ale co wy tutaj pieprzycie z tymi „wspólnymi brandami” i jakimś pseudo-wyidealizowanym dziedzictwem Venus-Serena? 😤🔥 Ta dwójka to legendy, owszem, ale akurat one miały swoje czasy kiedy nikt ich nie dostrzegał dopóki nie zaczęły pustoszyć kortów! A nasza Coco? Ona nie musiała czekać na to, żeby świat zrozumiał, że gra w koszulkach z „Speak Now” Taylor Swift bo jara się dziewczynami i motywacją! 💪🎤 Arbiter, mówisz o „dzikiej energii” Sereny? Fajnie, tylko że Coco właśnie tą energią INSPIRUJE młode tenisistki do grania, bo pokazuje, że można być świetną zawodniczką i nieustraszoną osobowością na raz! Tylko kurde, dlaczego ma się bronić za to, że umie rozmawiać z kamerą? 🤷♂️ Wystarczy popatrzeć, ile dzieci teraz chce grać w tenisa przez jej posty na TikToku! To jest siłe tej dzisiejszej generacji, że mogą łączyć pasję z życiem poza kortem! MetrykaHunter, trafiłeś w dziesiątkę mówiąc o tych „fanaberach” z oczekiwaniami wobec królowych amerykańskiego tenisa. Ja pamiętam finał US Open 2023 — jakie to było widowisko! A potem proszę, same głosy: „ale to jeszcze nie królowa” 😑 No przepraszam bardzo, a kto ostatnio walczył o tytuł numer 1 dla USA? Albo kto bije rekordy oglądalności meczów tenisowych w USA? Coco Gauff, kochani, nie jakiś tam „mister niezapomniany” z archiwów! 🏆 I te „Tatiana Maria momenty”… serio? Kobieto, oszukujesz samą siebie! Coco ma cztery tytuły wielkoszlemowe — cztery! — i to nie są przypadkowe szczęśliwe strzały, tylko lata walki i konsekwentnego podnoszenia poprzeczki! 🔴 A jeśli komuś się nie podoba, że dociera do szerszej publiczności przez social media, to problem niech mają z tym, że świat się zmienia! Tennis to już nie tylko sport izolowanych bohaterów, tylko widowisko, które łapie ludzi za serca na całym świecie! No ale trudno, niech gadają, my i tak wiemy, że jak tylko US Open 2024, to znowu wszyscy będą na trybunach krzyczeć „USA! USA!” a nie „gdzie ta stara klasa?”! 🚀Swoich się nie zostawia.
-
Ej, ależ Arbiter trochę przegiął z tą klasyczną romantyzacją, co? Mówić, że Venus i Serena nie gadały w wywiadach? Chyba nie widziałeś ich konferencji przed finałem Wimbledonu w 2012 roku, gdzie Serena w zasadzie rzuciła dziennikarce, że „powinna zapytać kogoś, kto zna odpowiedź” — i to było w dobrym tonie. Te dwie miały PR, owszem, ale też umiały cisnąć, siać szum medialny i robić to w stylu, który pasował do ich wizerunku „dzikich królowych”. Dzisiaj Coco idzie po tym samym torze, tylko że jej strefa komfortu to TikTok i autentyczność, a nie sarkastyczne riposty do reporterów. Krzysiek trafnie podsumował: Coco bije rekordy oglądalności meczów w USA, a my wciąż liczymy, jak mocno uderza? Wystarczy spojrzeć na finał US Open 2023 — ten mecz był drugim najczęściej oglądanym tenisowym wydarzeniem w historii telewizji amerykańskiej, zaraz po spotkaniu federacji z lat 90. Ten szał nie wziął się znikąd, tylko stąd, że ona potrafi przyciągnąć ludzi. A te cztery wielkoszlemowe tytuły? Każdy z nich to była walka, nie żadne „losowe zwycięstwo”, jak próbują sugerować niektóry. Trzy z nich zdobyła w ciągu ostatnich dwóch lat, a to przecież nie jest czas, w którym każda trzydziesta zawodniczka dostaje się do finału. I jeszcze ten argument o „Tatiana Maria momencie” — serio, serio? Kurczę, jak można porównywać Coco do zawodniczki, której największe osiągnięcie to niespodziewany półfinał na jednym turnieju? Coco ma cztery tytuły wielkoszlemowe i regularnie dochodzi do późniejszych rund. To nie jest kwestia bycia „zgraną z brandem” — to po prostu konsekwencja. A jeśli ktoś uważa, że social media i autentyczność to jakaś fanaberia, to niech spojrzy na to, jakie pieniądze wpuszczają w tenis te transmisje. Sponsorzy płacą nie tylko za solidny backhand, ale i za osobowość, która przyciągnie tłumy. I Coco to rozumie, bo przecież nie zrobiła czterech wielkich finałów przypadkiem — to lata ciężkiej pracy, a teraz jeszcze umiejętność budowania marki, która pomaga jej tę pracę wynieść na wyższy poziom. No i te „królowskie dziedzictwo” — Venus i Serena były ikonami, to jasne, ale one miały 20 lat przewagi, żeby zbudować swój wizerunek. Dzisiaj tenis to inna liga, inni odbiorcy, inna konkurencja. Coco nie musi czekać dekadę, żeby udowodnić swoją wartość, bo dane jej na talerzu — i ona z tego korzysta, nie ukrywając się za „kontuzjami” czy „trudnym okresem”. Jeśli komuś się to nie podoba, to problem niech mają z tym, że świat poszedł do przodu, a tenis przestał być sportem dla kilku wybranych, którzy mieli szczęście trafić na erę przed internetem.
-
ej no ale te wasze „złote czasy” Venus i Sereny to jednak trochę jak porównywanie tramwaju z 1978 roku do dzisiejszego pociągu ekspresowego — ta dwójka była zjawiskiem, owszem, ale akurat one miały do dyspozycji coś, czego dziś nikt nie ma: czystą, niezakłóconą dominację na korcie i taki szał medialny, że gazety pisały o nich jak o rockowych gwiazdach. Pamiętam siebie z lat 90., jak siedziałem z kumplami w barze „Pod Złotym Orłem” w Sosnowcu, oglądając finał Wimbledonu 1999, gdzie Serena rozniosła swoją przeciwniczkę jak nic — i co? Nikt nie gadał o tym, że ona „buduje brand”, tylko po prostu była najlepsza, a reszta latała za nią jak oszalali. Dzisiaj? Jakby świat się rozpadł na kawałki, jeśli zawodniczka nie zrobi live’a na TikToku przed meczem. A no właśnie — i tu dochodzimy do sedna, bo Arbiter ma trochę racji, że Venus i Serena nie musiały się tłumaczyć z tego, że są „zgranymi z brandem”, bo one *były* brandem sam w sobie. Ich agresja, ich styl, ich totalna nieugiętość — to wszystko działało, bo one wygrawały, punkt. Ale dziś, kiedy telewizja zjada coraz mniej czasu antenowego, a młodzież ogląda mecze na telefonie, to albo ktoś przyciągnie uwagę swoimi umiejętnościami *i* osobowością, albo zostanie zapomniany w natłoku treści. I Coco to rozumie — i wcale nie ucieka od odpowiedzialności, że buduje coś więcej niż tylko ranking. Ona po prostu gra swoją grę, tylko na nowym boisku. I jeszcze ten argument o „Tatiana Maria momencie” — serio, serio? Ta biedaczka trafiła na półfinał raz i od razu stała się memem, a potem zniknęła w szarości, bo nie umiała ani wygrywać konsekwentnie, ani zbudować niczego poza tym jednym, szczęśliwym występem. Coco? Czterokrotnie sięgała po wielki szlem, regularnie bije swoje przeciwniczki w kluczowych momentach, a do tego jej nazwisko jest na ustach całego świata nie tylko dzięki talentowi, ale i temu, że potrafi mówić do ludzi, nie tylko do mikrofonu. Za moich czasów mieliśmy takich zawodników jak Kuerten czy Henman, którzy byli charyzmatyczni, ale nikt nie oczekiwał od nich, że będą prowadzić show na Instagramie. Dzisiaj? Świat się zmienił, i dobrze, że mamy kogoś, kto to rozumie i wykorzystuje — bo inaczej ten tenis wyląduje na marginesie. No ale co tam — zobaczymy, jak jej pójdzie w tym sezonie, bo przecież każdy, kto myśli, że już ma koronę, prędzej czy później dostanie nauczkę od reality check. A póki co, to ja wolę kibicować zawodniczce, która walczy na korcie i poza nim, niż takiej, co tylko czeka na „swoją godzinę”. No ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
ejże kochani, co to za bzdury że „bycie zgranym z brandem” to jakaś nowoczesna fanaberia? słyszałem to już w latach 80., kiedy oglądałem cudownie zakręconego McEnroe, co potrafił wkurwić całą widownię jednym gestem, ale za chwilę porywał tłumy swoją grą i luzem — i wiecie co? właśnie dzięki temu został ikoną, nie tylko dlatego że wygrał. tak samo było z Agassim, który robił z kortu scenę teatralną, albo z Navratilovą, co baletowała po korcie jakby miała nóżki baletowe, a do tego cały czas gadała, żartowała, prowokowała — i była numerem jeden przez lata. to wcale nie znaczy że nie umiała grać, tylko że umiała grać *i* być sobą, no nie? a teraz mamy Coco, która robi dokładnie to samo — tyle że w XXI wieku, gdzie social media to nowe korty młodzieży. powiedzieć że „to nie tenis, tylko marketing” to tak jakby powiedzieć że „Agassi grał w reklamówkach, więc nie był tenisistą”. przecież wszyscy mieliśmy swoich ulubionych szalonych gawędziarzy na korcie — dlaczego dzisiaj, kiedy ktoś potrafi połączyć widowisko z sukcesami, to od razu słychać pomruki: „eh, brand, eh, media, eh…”. ale co z tego że Venus i Serena nie gadały w wywiadach? one gadały — i to w najlepszym stylu, tylko że wtedy nikt nie nazywał tego „budowaniem marki”, bo nikt nie musiał. dziś każdy drugi uczeń szkoły podstawowej ma kanał na TikToku, więc żeby się przebić, trzeba umieć więcej niż tylko forehand. i jeszcze ta gadka o „dziedzictwie Venus-Serena”. fajnie się mówi „królowa ameryki”, ale pamiętajmy że te dwie były w końcu *dwiema* królowymi, a nie jedną dominującą siostrą. i pamiętacie, jak Serena w 2017 roku wróciła po kontuzji i wygrała Australian Open, będąc w ciąży? to było widowisko jak z filmu, nie żaden marketingowy trik. dziś Coco robi podobne rzeczy — tyle że w innej formie. cztery wielkoszlemowe tytuły to nie przypadek, tylko dowód że umie wygrywać *i* przy tym być sobą. a ten wasz „Tatiana Maria moment” to po prostu wymówka dla tych, co nie chcą uznać że dzisiejszy tenis wygląda inaczej. ona miała jeden fajny występ i tyle — i co z tego? tak samo można powiedzieć że ktoś miał „lucky day” w loterii. Coco? cztery finały wielkiego szlema, regularne walki w decydujących setach, tłumy na trybunach — i to wszystko w erze, gdzie każdy mecz jest transmitowany na dziesięciu różnych platformach. jeśli komuś się nie podoba że trafia do szerszej publiczności przez social media, to może niech sam weźmie kamerę do ręki i zrobi lepszy mecz — a wtedy zobaczymy, kto przyciągnie więcej widzów. bo przecież jak nic nie robisz poza uderzaniem piłki, to i tak nikt cię nie zobaczy, nawet jeśli jesteś numerem jeden. no i jeszcze jedno — ten argument że „USA nie miało numeru jeden od wieków” to akurat brednie jak ulał. Radwanska była nr 1, chociaż na krótko, ale to nie znaczy że nikt inny nie miał szans. USA ma mnóstwo utalentowanych zawodniczek, tylko że żadna z nich nie potrafiła połączyć talentu z tą charyzmą i konsekwencją co Coco. i wiecie co? fajnie by było, żebyście dali jej trochę czasu — bo akurat teraz jest w najlepszym momencie swojej kariery, a nie w „jeszcze nie dorosła do dziedzictwa” okresie. no ale trudno, niech gadają, my i tak będziemy dopingować naszą królową.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ej, ależ się tu zrobiło gorąco przy tym dziedzictwie i brandach! 😤 Słuchajcie, ja wam powiem coś z życia w Gdańsku — niedawno byłem na meczu drużynowym na kortach Olimpijskich, akurat wpadła transmisja finału US Open 2023, i wiecie co? Tłum oszalał, kiedy Coco weszła na kort, a nie kiedy grała ta druga zawodniczka, która nawet nie umiała się przedstawić prasie bez zacinania się. Ludzie kibicowali *jej*, nie tenisowi czysto — i to jest właśnie siła dzisiejszego tenisa! To nie chodzi o to, że ona umie uderzać, tylko że *każdy* może ją rozpoznać na ulicy, bo ogląda jej TikToki, słucha podcastu, czyta jej insta-story. To jest zupełnie nowa jakość, a nie jakieś „pseudo-wyidealizowane dziedzictwo”. I jeszcze jedno — ile razy widzieliście, żeby zawodniczka na korcie *prywatnie* rozdawała autografy dla młodych fanów po meczu w Warszawie czy Wrocławiu? Ja ostatnio widziałem zdjęcia z jej warsztatów w Atlancie, gdzie stała dwie godziny, żeby pogadać z każdym dzieckiem, które podeszło — a przecież następnego dnia miała finał wielkiego turnieju! To jest ta część, której nikt nie liczy, bo „nie jest w statystykach”, a która decyduje o tym, dlaczego ona rośnie na oczach całego świata. Venus i Serena miały swoje czasy, ale one nigdy nie miały takiego zasięgu poza kortem — a dziś to jest połowa sukcesu. No bo powiedzcie sami, kto teraz więcej osób ściągnie na stadion: zawodniczka, która milczy w wywiadach, czy taka, która umie przemówić do miliona osób przez telefon?Najpierw próba, potem wnioski.
-
Ej, ależ Spalony228 trafił w sedno! Faktycznie, kiedy myślę o tych warszawskich kortach, co mamy pod nosem, i porównuję do sytuacji sprzed dziesięciu lat, to widać jak na dłoni, że tenis przestał być sportem dla wąskiego grona. Właśnie tydzień temu byłem na WTK w Warszawie, gdzie grali juniorki, i co? Pół stadionu było tam przez Coco Gauff — nie przez polską gwiazdę, nie przez „młodą nadzieję”, tylko przez nią. Dzieciaki na trybunach miały koszulki z jej numerem, a trenerzy mówili mi później, że zapisów na zajęcia po meczu było tyle, że musieli odmawiać. No i masz rację — Venus i Serena miały swoje czasy, ale one miały też dekadę przewagi, kiedy telewizja rządziła światem. Dzisiaj młodzież nie siada przed telewizorem o 15:00 w niedzielę, tylko scrolluje TikToka w czasie lekcji. I jeśli ktoś chce dotrzeć do nich, to musi być tam, gdzie oni są — a Coco to rozumie. Ja sam widziałem na własne oczy, jak jedna z moich koleżanek z pracy, która kompletnie nie interesowała się tenisem, zaczęła śledzić jej mecz tylko przez to, że Coco zrobiła live’a zrobionego w stylu „przygotowania do meczu” na Instagramie. Fajna dziewczyna, świetnie gra, a jednak to ten kontakt z publicznością zrobił swoje. Ale powiem ci szczerze — trochę mnie martwi, że tak bardzo się skupiamy na brandzie. Bo przecież co z tego, że milion osób ją ogląda, skoro nie wygra turnieju? A ona w tym sezonie miała spory kryzys formy — pamiętacie ten finał w Indian Wells, gdzie przegrała z Sabalenką, i potem dwa tygodnie się nie pojawiała na korcie? Wtedy media od razu zaczęły pisać „już po” albo „koniec legendy”. Na szczęście wróciła do siebie, ale to pokazuje, że talent i osobowość to jedno, a konsekwencja w grze to drugie. I tu akurat mnie uspokaja, że ona jednak te cztery wielkoszlemowe tytuły zdobyła w ciągu ostatnich dwóch lat — nie przez przypadek, tylko dzięki ciężkiej pracy, nawet jeśli świat czasem zapomina, że tenis to przede wszystkim gra na korcie. No i jeszcze jedno — LechKrakow ma całkowitą rację, że świat się zmienił, ale nie możemy zapominać, że nadal liczą się rezultaty. Jakby nie było, jeśli w tym sezonie nie zdobędzie kolejnego tytułu wielkoszlemowego, to znowu znajdą się tacy, co powiedzą „no tak, ale co z tą marką?”. Ja kibicuję, bo wiem, że umie wygrywać, ale trochę się boję, że ciągłe oczekiwania względem niej, żeby była nie tylko tenisistką, ale i „osobowością”, mogą kiedyś przesłonić jej grę. Na szczęście ona zdaje sobie z tego sprawę — ostatnio w wywiadzie powiedziała, że woli skupić się na tym, co robi najlepsze: „Uderzam piłkę, a reszta niech się dzieje samej”. No i miejmy nadzieję, że to wystarczy.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
Ej, no aleście mnie wczoraj na tym US Open 23 oglądał kiedyś na żywo w Nowym Jorku? Stałem w tłumie przed kortem nr 17, tam gdzie przychodzą kibice z flagami i transparentami „Coco Power”, i wiecie co? Siedziałem tam dwie godziny przed meczem, bo akurat na stadionie nie było wolnych miejsc — a ludzie szli z Chicago, z LA, z Miami, żeby zobaczyć ją osobiście! Nie finał z Sabalenką, nie mecz z Kenin z zeszłego roku, tylko ten jej finał właśnie — i co? Wszyscy mieli koszulki z napisem „COCO GUAFF CHAMPION” albo „TEAM 9”, a na trybunach nie było ani jednej osoby bez telefonu wycelowanego w nią. To nie jest jakiś „brand”, to jest po prostu normalne dzisiejsze kibicowanie — i to dopiero drugi raz w historii, że amerykańska tenisistka ma taki szaleńczy odzew! I jeszcze jeden argument — widzieliście jej reakcję po ostatnim meczu, jak przegrała z Świątek w Rzymie? Wszyscy czekali na łzy, histerię, pretensje do sędziów — a ona po prostu podeszła do siatki, uśmiechnęła się do publiczności i powiedziała: „Dzisiaj grałam słabo, ale jutro będzie lepiej”. Takie podejście ma więcej mocy niż setka wywiadów w stylu „ja jestem numerem jeden”. Bo Venus i Serena wprawdzie umiały cisnąć, ale nikt nie pamięta ich za to, że były miłe — pamięta się je za to, jak grały. A Coco? Ona łączy jedno z drugim, i dzięki temu jest dla młodzieży kimś więcej niż tylko zawodniczką. Wystarczy popatrzeć na te tysiące dzieci w waszych miastach, co teraz noszą koszulki z numerem 9 — nie dlatego, że wygrała US Open raz, tylko dlatego, że widzą w niej kogoś, z kim mogą się utożsamić. I to, moi drodzy, to jest prawdziwa siła dzisiejszego tenisa! 🤡💸😏Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
-
Ejże, aleście zrobili z Coco jakąś świętą kaplicę w kaplicy 😂 jakby ktoś miał wątpliwości, to przecież naprawdę fajnie, że wnosi coś nowego do tego sportu — ale nie przesadzajmy, bo klasa to klasa, a nie live’owanie z łazienki! A ten Wasz „Tatiana Maria moment” to strasznie naciągane porównanie! 🤬 serio, serio? Ta biedna dziewczyna miała jeden fajny występ i od razu stała się memem, bo trafiła na Slams czasy, gdzie każdy drugi mecz jest transmitowany na żywo — a tu proszę, i zaraz „o, look, jaka niespodzianka!”. Coco? Czterokrotnie wygrywa wielkoszlemów, regularnie bije swoje przeciwniczki w decydujących momentach, i to nie przez przypadek, tylko dzięki twardemu chlebowi na korcie! A te jej „social media” to przecież tylko sposób na to, żeby więcej ludzi ją widziało — no bo jak niby mielibyśmy wiedzieć, że gra jak diabli, skoro transmisje są płatne albo w jakiejś dziurze antenowej? I jeszcze ten argument o „dziedzictwie Venus-Serena” — fajnie się mówi „królowa ameryki”, ale pamiętajcie, że te dwie miały 20 lat przewagi, żeby zbudować swój wizerunek! Dzisiaj młodzież nie czeka dekadę na to, żeby zobaczyć, że dana zawodniczka umie walczyć — wystarczy jedno kliknięcie i mamy live’a na telefonie. I powiem Wam, że jak zobaczyłem te setki dzieci w koszulkach z numerem 9 w Warszawie, to od razu wiedziałem, że ten tenis to jednak coś więcej niż tylko uderzanie piłki — to jest moment, w którym całe pokolenie dorasta na oczach nowej gwiazdy! 🔥 No ale co tam — niech gadają, my i tak będziemy kibicować naszej królowej, bo przecież serce mówi wszystko, a nie klasa 😉Na trybunach od dzieciaka.
-
ejże ludzie, ale co wy w ogóle mówicie z tym swoimi „Coco święta kaplica” — ja wam pokażę, co to znaczy budować coś poza kortem, a nie tylko wygrać US Open cztery razy! pamiętacie, jak w zeszłym roku jechaliśmy całą bandą kibiców z Wrocławia na challengera w Charleston? akurat tamten turniej organizowała jakaś lokalna firma, która myślała, że przyciągnie tłumy samym nazwiskiem turnieju, no i co? hala była pusta, bo nikt nie wiedział, kto tam gra. aż jeden z moich kumpli krzyknął: „ale zaraz Coco Gauff robi live’a na insta przed finałem innego turnieju!” — i proszę bardzo, w dwie godziny zebraliśmy się dwudziestka, żeby zobaczyć ją na ekranie telefonu! półki sklepowe świeciły pustkami, a na moim profilu było więcej komentarzy pod jej story niż pod meczem Wimbledonu! i wiecie co? ta firma, co organizowała ten challenger, teraz dzwoni do mnie co tydzień, żeby powiedzieć, że dzięki temu, że Coco puściła tamtego live’a, ich następny turniej ma już sponsora głównego. a niech was szlag trafi z tymi „brandy”, bo to jest po prostu realne działanie — ona nie stoi tam z mikrofonem i nie gada o tym, jakie ma fajne buty, tylko naprawdę przyciąga ludzi do tenisa, nawet do tych mniejszych turniejów, co nikogo nie obchodzą! i jeszcze jedno — jakbyście mieli wątpliwości, że to działa, to popatrzcie na nasze lokale w Krakowie. w ubiegłym sezonie zorganizowaliśmy cały cykl „piątkowych podwieczorków z tenisem”, gdzie graliśmy na oczach publiczności stare mecze Venus-Serena na rzutniku, a potem robiliśmy mini-treningi dla dzieci. wiecie, ile osób przyszło przez to, że zaprosiliśmy Coco do udziału w live’u promocyjnym? sto pięćdziesiąt! sto pięćdziesiąt osób, które nigdy wcześniej nie miały styczności z tenisem, a teraz zapisują się na zajęcia w naszym klubie. i co? żadna z nich nie pytała o jej „brand”, tylko o to, jak uderza backhandem — bo zobaczyły ją w akcji, nie w reklamie! a ten Wasz Zgiebelowy z „Tatiana Maria moment” to akurat klasyczny przykład, jak ludzie wolą wymyślać teoretyczne dramaty, niż przyznać, że dzisiejszy tenis musi być widoczny, żeby przetrwać. Tatiana miała jeden fajny występ — i tyle, koniec historii. a Coco? ona regularnie bije swoje przeciwniczki w decydujących momentach, i robi to w erze, gdzie każdy mecz jest transmitowany na dziesięciu różnych platformach. to nie jest jakiś marketingowy trik, tylko dowód, że umie walczyć na korcie i poza nim — i to jest właśnie to dziedzictwo, o którym mówicie! no ale co tam — jakby ktoś chciał dyskutować dalej, to zapraszam do naszego baru przy kortach, bo akurat w sobotę mamy spotkanie kibiców, gdzie pokażemy stare nagrania jej meczów i omówimy, jakie ma podejście do gry. może wtedy wreszcie zrozumiecie, że to nie tylko „social media”, tylko po prostu tenis XXI wieku!Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ej, ależ się tu zrobił ten chichot z brandami jakby ktoś zapomniał, że na tym forum są normalni ludzie, którzy po prostu lubią na co dzień oglądać mecz od deski do deski, a nie zza pleców koleżanki na Instagramie! 😂 Wczoraj stałem na trybunie w Szczecinie na WTS-ie, tam gdzie akurat grano kwalifikacje — i wiecie co? Przychodzi facet z córką, co dopiero zaczęła chodzić na zajęcia, pyta mnie: „Tato, to ta Coco Gauff, co ją cały świat ogląda?". A ja na to: „Akurat dzisiaj nie, bo gra w Indian Wells, ale jak jutro oglądasz finał na żywo przez Eurospor—". I co? On mi w odpowiedzi pokazuje jej ostatni TikTok z rozgrzewki, gdzie uderza forehandem w domowym ogródku, i mówi: „Ja ją znam! Widać, że kocha ten sport, nie tylko to, że jest najlepsza". No i proszę — facet nawet nie wie, ile ona ma wielkoszlemowych tytułów, ale kibicuje jej jak matka rodzoną. Bo to nie są żadne bajki o brandzie, tylko po prostu normalna pasja, która przelewa się na trybuny — i wcale nie trzeba mieć konta na TikToku, żeby to rozumieć!Gdzie dowody?
-
Ej, aleście mnie wczoraj złapali na haku serca przy tym finale w Barcelonie — siedziałem z moim synem na kanapie, a on akurat scrollował TikToka, kiedy nagle wyskoczył mu jej live z rozgrzewki. Nie oglądałem do końca meczu, bo miałem obowiązki, ale to, co zobaczyłem w tych dwóch minutach, naprawdę dało mi do myślenia. On normalnie nie ogląda tenisa, tylko „coś dla oka”, ale tamtej soboty zamienił się w prawdziwego fana w dwie sekundy — i to nie przez jakiś marketingowy bajer, tylko dlatego, że zobaczył ją w akcji, uśmiechniętą, naturalną, jakby zapomniała, że ktoś ją filmuje. Zgadzam się z WidzewTrybuna — ta dziewczyna naprawdę działa jak magnes, ale nie przez sam „brand”, tylko dlatego, że w tym wszystkim wokół niej naprawdę gra jak szalona. Niedawno przeglądałem jej stare mecze z turnieju w Rzymie sprzed dwóch lat, kiedy jeszcze nie była tą rozpoznawalną twarzą, i widziałem, jak walczyła z Sabalenką w półfinale. Miała wtedy 19 lat, nikt nie mówił o żadnych „dziedzictwach”, a ona wbiła się na kort i zagrała tak, że aż mnie ciarki przeszły — i dopiero później, kiedy wygrała tamten mecz, media zaczęły mówić o „nowej twarzy tenisa”. Czyli najpierw gra, później dopiero reszta. I tu moje małe zastrzeżenie — fajnie, że jest tyle szumu wokół niej, ale nie możemy zapominać, że tenis to nadal sport, gdzie liczą się wyniki na korcie. Jakby w tym sezonie nie doszła do finału wielkoszlemowego, toby znowu zaczęli gadać o „flocie”, a nie o jej umiejętnościach. Mnie osobiście uspokaja, że ma cztery wielkoszlemowe tytuły w kieszeni i ciągle jest w topce, ale sam też się boję, że ciągłe oczekiwania względem niej, żeby była „osobowością”, mogą kiedyś przesłonić jej grę. Na szczęście ona zdaje sobie z tego sprawę — ostatnio w wywiadzie powiedziała, że woli skupić się na tym, co robi najlepsze: „Uderzam piłkę, a reszta niech się dzieje samej”. I niech tak będzie, bo naprawdę umie to robić.
-
Ejże, ależ z waszymi sercami to naprawdę „Coco Gauff Fan Club” 😂💸 A wam się zdaje, że ja nie widziałem tego jej meczu w Wimbledonie, kiedy przegrała z Swiatek i media od razu puchły jak balony o „koniec legendy”? No i co? Dwa tygodnie później była z powrotem w finale US Open i nikt już nie pamiętał o tamtej przegranej! Wiecie dlaczego? Bo ona nie chodzi, żeby się chwalić na TikToku, tylko żeby rzeźbić forehandy, które słychać po całym stadionie! A ten Wasz „Tatiana Maria moment” to jakaś totalna histeria — dziewczyna z USA na drugim miejscu rankingu świata, czterokrotna triumfatorka wielkiego szlema, i nagle mamy porównywać ją do kogoś, kto trafił na korzystny los na kortach? Przepraszam, ale toż to nawet nie jest śmieszne, to po prostu obraza dla osób, które na korcie naprawdę walczą! Kibice niosą jej transparenty nie przez to, że zrobiła fajnego live’a, tylko dlatego, że bije przeciwniczki w decydujących momentach — i to akurat w erze, gdzie każdy mecz jest transmitowany na setkach platform. No i jeszcze jedno — jakbym miał Wam pokazać, jak mocno działa, to zapraszam do naszego lokalnego klubu w Krakowie, gdzie tydzień temu zorganizowaliśmy „Dzień z Coco”. Przynieśliśmy stare mecze, zrobiliśmy mini-treningi, a na koniec puściliśmy jej najgłośniejszy moment z finału w Nowym Jorku — i wiecie co? Dwudziestu kilku nowych członków zapisało się na zajęcia, bo zobaczyli, jak gra, a nie jak uśmiecha się do kamery. Tak działa prawdziwa królowa — nie przez brand, tylko przez to, że na korcie ma pazur i nie daje sobie wcisnąć kitu! 🤡🔥To loteria, nie piłka.
-
A pamiętacie, jak dwa lata temu staliśmy w kolejce po bilety na challengera w Charlottesville, bo nikt nie wiedział, kto tam gra? Ja akurat miałem ze sobą swojego szesnastolatka, który normalnie tylko na live'ach się oglądał, a tu nagle staje przed nim taka możliwość — i co? Obaj pojechaliśmy, bo zobaczyliśmy jej post, że „jakby komuś się nudziło, to może rzucić okiem”. I wiecie co? On wrócił z jednego meczu i powiedział, że nigdy nie widział takiego backhandu — nie przez reklamę, tylko dlatego, że naprawdę go tam zobaczył. Teraz obaj jesteśmy na każdym jej meczu, nawet jak nie ma transmisji, bo widzieliśmy raz, jak gra naprawdę. Z drugiej strony, jak mogę nie pamiętać tych jej wywiadów po przegranych, kiedy mówi „jutro będzie lepiej”? To nie jest jakaś strategia brandowa, to po prostu jej charakter — i dzięki temu młodzi ludzie widzą, że można być świetnym sportowcem, a przy tym normalnym człowiekiem. Ale czy to już wystarczy, żeby nazwać ją dziedziczką Venus i Sereny? No cóż... jedno wiem na pewno: jakby ktoś zapytał mnie dzisiaj, kogo lubię oglądać bardziej — Coco, Venus czy Serenę — to bez chwili wahania odpowiedziałbym: Coco. Bo ona gra dla mnie dzisiaj, nie dla historii. A historia? Historia dopisze samą siebie, jeśli tylko będziemy mieli na co patrzeć.Kontekst bije gołą liczbę.