Czy Coco Gauff powinna na stałe zrezygnować z treningów z mamą w kadrze juniorskiej i…
Akurat, że powinna! To się kiedyś i tak musiało stać, prawda? 🤡 Patrzcie na ten bajzel z US Open 2023 — przegrana z Azaranką, a potem nagle finałowy sprint bez mamy na ławce. I teraz mamie cały czas niechętnie się mówi "trenerka", ale jak ma się naprawdę usamodzielnić, to trzeba oderwać gumę do żucia od klamerki i żyć własnym życiem.
Albo pomyślcie, jakby na odwrót — ojciec Federera sam się nie wstrzymał od lata 1987. Przecież każdy młody wilk kiedyś musi poderwać się i wyjść z gniazda, bo inaczej to się zrobi z niego wiecznie dorastający juniorek. A i moja siostra, co biegała w lokalnym klubie, też miała fajtłapy od rodziców aż się jej wstydziła — odcięła się i pierwszy raz trafiła do czołówki dopiero jak im zniknęła sprzed nosa.
Ktoś tam jeszcze będzie dyskutował, że matka ma "intuicję"? Proszę was — kiedy to intuicja uratowała wynik w ważnym meczu? Trenerzy na kortach mediują lepsze strategie, a nie emocjonalne wsparcie. Mama Gauff pewnie robi za dyrektora cyrku, a córka powinna wreszcie wziąć bilet i wsiąść do pociągu zwanego dorosłością. Bo widzieliście, jak wyglądało rozstanie? Materiał na hit sensacyjny. 😏
15 postów
-
✓Kurde, facet, aleś ty teraz puścił trochę tej mentalnej cegły z parapetu. Też widziałem to US Open i ten finał totalnie mnie wkurzył — ale nie dlatego, że sobie mama zrobiła wolne, tylko że całe to widowisko przypominało scenariusz serialu o rodzinie Kardashianów zamiast planu B na nierówne formy. Nie o to chodzi, żeby się zrywać z mamą jak z transpondera auta, tylko żeby ktoś dorosły na tej ławce powiedział "kurwa, trenujemy inaczej, bo twoje uderzenia lecą do bocznych trybun".Gdzie dowody?
-
No ale co wy tu pierdolicie?! 🔥 Jak Coco mogła nie mieć mamy przy sobie w US Open?! Te widzisz co się dzieje, kiedy jej nie ma na ławce?! Sama furię wali i nikt jej nie uspokoi! Widziałem te uderzenia — jakby ktoś wbijał ćwieki do ściany! Azaranka załatwiła ją jednym backhandem bo Gauff miała mózg z masłem i tyle! 🤬 A później? Finał bez mamy i walnie po zawodowemu? Dobre sobie! Bez matki na ławce to nie "dojrzałość", tylko loteria! Każdy junior ma rodzica-psychologa i trenera w jednym i to działa, bo inaczej to co — mamy zostawić same gówniane notatki przed meczem?! "Coco, biegaj i nie myśl"?! Patrzcie na Ons Jabeur — też miała obciążenie rodzinne ale rozwinęła skrzydła dopiero jak wyrobiła swój styl, swoje podejście, swoją głowę. A tutaj? Cały ten bajzel z US Open to nie wina mamy tylko wina, że ktoś postanowił zrobić z tego serial o rodzinie na trybunach zamiast zaufać instynktowi i doświadczeniu. I jeszcze te jęki o "dorosłości"… bo niby co — dziewczyna ma się teraz ukrywać za kurtyną jakby trenowała z gangiem saperów?! No ale trudno, chłopaki… mamy to po prostu w genach i tyle! 💪
-
No proszę, jaka tu nagle moda na rewolucję rodzinną w tenisie — jakbyście zapomnieli, że niedawno widzieliśmy finał US Open 2023 na własne oczy. PudloRoku_Krol trafił w dziesiątkę, kiedy powiedział, że Azaranka załatwiła Gauff jednym backhandem, bo ta miała "mózg z masłem", a na ławce nie było nikogo, kto by ją od razu otrząsnął. I to nie jest żadna teoria spiskowa ani serialowa histeria — to fakt: kiedy emocje brały górę, a nikt nie złapał za manetki, wynik był taki, jaki był. Finał potem? Dobra, pogratulowaliśmy i tyle — ale bez mamy nikt nie pomógł jej odbudować tamtej mentalnej blokady. Przecież nie chodzi o to, żeby zrywać więź albo wbijać klin między matką a córką, tylko o to, żeby ten most przerzucić tak, żeby jednak trzymał. Ktoś musi przecież wcisnąć przycisk "reset" w głowie, kiedy zawodniczka zaczyna walić piłki w siatkę. A mama do tej pory była tym bezpiecznikiem — i teraz proszę, widzieliśmy, co się dzieje, kiedy go zabrakło. Inny przykład? Weźcie Karolinę Pliskovą w latach jej najlepszych startów — miała tam zawsze swojego "stabilizatora" w okolicach ławki, kogoś, kto dał jej spokój, kiedy gra szła nie po jej myśli. Bo ostatecznie, czy naprawdę chcemy, żeby nasza mistrzyni musiała liczyć tylko na siebie, kiedy świat patrzy, jak odbiera sobie punkty samodzielnie? A co do tego argumentu o federacjach czy rodzicach innych gwiazd — no cóż, każdy przypadek jest inny. Ale tu akurat mamy konkret: mecz, porażka, finałowy sprint. I ten jeden moment, kiedy emocje wzięły górę, a nikt nie był w stanie ich ujarzmić. To nie jest kwestia dorastania — to kwestia tego, żeby mieć przy sobie kogoś, kto wie, jak Ci wcisnąć ten reset, kiedy jest najbardziej potrzebny.
-
no ale ludzie, widzieliście kiedykolwiek, jak wyglądało życie juniorskie sprzed dziesięciu czy nawet piętnastu lat? ja pamiętam czasy, kiedy byliśmy jeszcze w szortach z dziurami w kolanach, a trenerzy mieli w nosie, czy mama z tatą chodzą na ławkę — bo i tak to nie oni prowadzili treningi, tylko stary krokodyl z trzema mistrzostwami ligowymi w dresie. tyle że teraz mamy ten luksus "rodzinnej dwójki" na korcie, i nagle okazuje się, że nie wszyscy wiedzą, jak z niej korzystać. a pamiętacie na przykład te juniorki, co jeździły z rodzicami w ciasnym busiku po turniejach w Niemczech? tam nie było mowy o "emocjonalnym wsparciu" czy "intuicji" — tam liczyła się czysta fizyka: kto da radę wstać po nocy w gościńcu, kto nie zwariuje na widok pierwszego rzędu kibiców, i kto naprawdę potrafi powiedzieć "spokojnie, jutro to samo ustawimy". teraz młodzi mają wszystko na tacy: dobry sparingpartner, dietetyk, psycholog — a i tak potykają się w półfinale juniorek, bo nie umieją uderzyć piłki pod presją. no i teraz nagle nam się wydaje, że dorosłość to tylko kwestia wyrwania gumy do żucia od klamerki? a weźcie te nasze stare mistrzostwa Polski juniorów — ojciec mojego kumpla trenował córkę tak, że kiedy grała źle, to on nawet nie podniósł głosu, tylko splunął na trawę i powiedział: "jeszcze raz". i ona szła i robiła swoje, bo wiedziała, że nikt nie będzie jej głaskał po głowie, kiedy zepsuje forehand. teraz mamy sytuację, gdzie mama idzie za córką jak cień, krzyczy, że to "intuicja", a rezultat? jedna porażka z Azaranką i hop — finał bez niej. i co? niby przez to Gauff "dorosła"? ja bym powiedział, że dorosłość to wtedy, kiedy potrafisz samemu wcisnąć sobie ten guzik reset, a nie liczyć, że ktoś inny ci go przytrzyma za rękę. i jeszcze jedno — ta historia z US Open to nie jest tylko opowieść o matce czy córce. to jest opowieść o tym, jak cała machina medialna i rodzinna otoczka potrafi zabić zdrowy rozsądek. bo widzieliście, jak wyglądało to show? z jednej strony kariera juniorki lecąca na łeb na szyję, z drugiej — matka, która niby wie wszystko, ale jednak nie potrafi dać tego jednego konkretnego rady, kiedy naprawdę jest potrzebna. i co dostajemy? mecz, w którym zawodniczka odbiera sobie punkty sama, bo nikt nie był w stanie jej powiedzieć: "stop, oddech, czas na zmianę". za moich czasów mówiło się: "trener to nie tata, nie mama, tylko facet, który wie, jak Ci dać w dupę i uśmiechać się przy tym". teraz mamy sytuację, gdzie trzeba odrywać gumę do żucia — ale przecież to nie o gumę chodzi, tylko o to, żeby córka wiedziała, że te sześćset punktów, które straciła, to nie koniec świata, tylko szansa, żeby nauczyć się czegoś nowego. a my się zastanawiamy, dlaczego nagle zrobiło się tyle szumu o "dorosłości"? bo w tym szumie brakuje jednego głosu — głosu, który nie będzie brzmiał jak mama, nie będzie jak trener akademii, tylko po prostu powie: "kurwa, zrób to inaczej".Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Słuchajcie, ale fajnie się dzisiaj rozpisaliście — naprawdę czuję ten zapach piwa z sąsiedniego baru przez ekran 😂 A propos tego całego bajzlu z mamą Gauff to ja wam powiem jedno: żaden z was nie wspomniał o najlepszym argumencie wszechczasów — portfelu! Bo nie oszukujmy się, ten finał US Open 2023 to była dosłownie loteria na dwadzieścia kilku milionów dolarów w puli. Trenerzy juniorscy z butami w dłoniach, ciotki z parasolkami, i jeszcze jeden taki mecz a mama Gauff idzie sprzedawać lody na trybunach zamiast negocjować kontrakt z największymi światowymi brandami. No serio, kto z was myślał, że OOP w tym wszystkim to po prostu "dorosłość"? To był czysty hazard! Patrzcie na przykład Igi Świątek — ta dziewczyna miała na początku podobny sztafaż z tatą za trenerem, ale dosłownie wyciął jej go ze strategii i posadził tam kogoś, kto umiał liczyć ROI na kilku meczach z rzędu. A tutaj? Cały tenisowy świat patrzył, jak Gauff traci punkty jedna po drugiej, bo nikt nie był w stanie zaksięgować, że nie każdy forhend ma sens. Mama na ławce to piękna opowieść do instagram stories, ale kiedy dochodzi do realnych zagrań — to jest ten moment, w którym trzeba mieć u boku kogoś, kto nie myli serca z głową. No i jeszcze ta gadka o "genach" — ludzie, geny to jedno, ale za pieniądze z finału można by chyba kupić sobie nowego psychologa, co? 🤑 Bo widzicie, dojrzałość to nie jest kwestia, czy ktoś ma mamę na trybunach czy nie — to kwestia, czy potrafisz zagrać ten jeden mecz, który decyduje o twoim życiu, i nie oberwać w twarz od losu, bo nikt nie pociągnie za hamulec. A my tu gadu-gadu o dorastaniu… sorki, ale to jakby uczyć dzieciaka jeździć na rowerze, dając mu rowerek bez kółek i mówić "no, sam dasz radę". 🤡Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
No ale się posypaliście z tymi argumentami jak babcia z ciastem na Wszystkich Świętych! 😂🔥 Naprawdę myślicie, że kiedy Coco dostała baty od Azaranki, to mama na trybunach miała jej rzucić:"kurwa, chcesz finał?" i od razu by to działa?! Aha, no jasne! No bo przecież sami widzieliście, jak to u was wygląda — tata idzie na ławkę, krzyczy "rusz dupę!" a zawodniczka od razu bije seta na trójkę! Ja też mam kota co łapie myszy na komendę, tylko że mój to nie działa w ważnym meczu... I jeszcze te gadki o tej "dorosłości" — no to może ja wam coś opowiem z życia wziętego? Mój szwagier grał kiedyś w niższych ligach, do trzeciej dywizji miał trenera co był jego ojcem. I wiadomo, te mecze w deszczu, te podwójne śniadania w przydrożnych barach, i ten jeden finał — tamten trener mu powiedział: "Jacek, grasz tak, jakbyś miał łeb w pniu". I on zagrał ten finał jak z nut — dosłownie. Bez żadnego coachingu z kurortów w Dubaju, bez psychologa co gada o "flow". Tylko facet co znał go od dziecka i wiedział, że wkurwi go do czerwoności w odpowiednim momencie. A teraz macie Gauff i jej mamę — co, nagle to staje się grzechem ciężkim?! że córka ma przy sobie kogoś, kto ją rozumie lepiej niż przypadkowy trener akademii?! No dobra, ale widzieliście kiedykolwiek, jak wygląda ten tenisowy świat? Te wszystkie politykierki, te umowy, te mediatyzacje — ona potrzebuje tej jednej osoby co będzie trzymała jej pion, a nie kolejnego faceta co będzie gadał o ROI na wizytówkach! I jeszcze ten wasz argument o finalnym szaleństwie bez mamy — ale przecież to jest jak z tymi waszymi dyskusjami o "dojrzewaniu"! Jedni mówią: "trzeba samemu", drudzy: "potrzebny ktoś dorosły". A jak to zrobić, żeby nie zabić tej więzi? Ja bym powiedział, że problem nie w mamie, tylko w tym, że ktoś postanowił zrobić z tego aferę medialną zamiast normalnego procesu. W sumie to fajnie, że się tak angażujecie, chłopaki — naprawdę mi się podobało te wasze wywody! Ale pamiętajcie, że nie każdy wzorzec pasuje do każdego... nawet jak mówią, że "tak się robi". Bo kto wie, może następnym razem zrobią rewelację i znowu się okaże, że to co było "błędem" okazało się strzałem w dziesiątkę... 😉Na trybunach od dzieciaka.
-
no ależ ty tu, WislaFanatyk, naprawdę lawirujesz między "trzeba samemu" a "potrzebna jest miłość matki" jak pijany na łyżwach. no serio, bo co to za rozdzielenie? one się przecież nie wykluczają — to nie jest tak, że albo masz mamę za trenerkę albo robisz finał samodzielnie. facet, weźmy chociaż naszą rodzimą pannę Świątek — Iga miała tatę, miała zespół, miała milion dorosłych osób dookoła, ale nie słyszeliśmy, żeby się skarżyła, że ktoś jej odbiera możliwość dorastania. dlaczego? bo ten zespół nie był wokół niej jak gąbka, tylko umiał przesiać to, co rodzina daje, i zrobić z tego coś użytecznego. a u Gauff? widzisz, co się dzieje, kiedy cały czas lecisz na tej "rodzinnej talii" — emocje lecą w kosmos, bo nikt nie odważy się powiedzieć: "dość tego histeryzowania, wracamy do bazy". ja pamiętam czasy, kiedy juniorki jeździły z ojcami na turnieje, a ci ojcowie to byli faceci co potrafili huknąć córce w twarz i powiedzieć "idź się przejrzyj w lustrze, nie grasz, tylko ryczysz". teraz mamy sytuację, gdzie mama Gauff to jest jak ta czułostkowa kołyska na trybunach, a nie ten jeden głos, który wciska reset, kiedy zawodniczka dostaje atak paniki na korcie. i nie oszukujmy się — finał US Open 2023 to nie była żadna dorosłość, tylko czysta loteria. bo jak inaczej wytłumaczyć, że zawodniczka po porażce z Azaranką trzy tygodnie później gra finał, ale bez tej jednej osoby co by ją złapała za gardło i powiedziała "kurwa, zrób coś sensownego"? ten finał to był jak ten twój przykład ze szwagrem co zagrał finał w deszczu — tyle że tamten trener wiedział, kiedy wsadzić nóż w dupę, a tutaj? nikt nie miał jajek. a te twoje gadki o "więzi rodzinnej" — fajnie, tylko że więź rodzinna nie polega na tym, żeby córka dostała kolejny histeryczny napad na korcie i nikt nie powiedział "stop". to że ktoś kocha swoją córkę nie znaczy, że ma prawo być jej trenerką na ławce, kiedy ona odbiera sobie punkty, bo emocje wzięły górę. bo w końcu, co nam po tej miłości, jeśli na koniec dnia gramy jak gówno na mundialu? no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Swoją drogą, jak teraz sobie przypomniałem ten US Open 2023 to aż mi się ze złości śmieszy, że Akaranka wyleciała w drugim kole — ale do rzeczy. Najgorsze to było to, że widziałem ten mecz Gauff na żywo i rzeczywiście, jak Azaranka zaczęła ją poganiać tym swoim backhandem po linii, to Coco zaczęła walić naokoło. Ale wiecie co mnie najbardziej wkurzyło? To, że po tym meczu media od razu wrzucili ten standardowy tani dramat — „Och, emocje! Biedna dziewczyna! Trzeba dać jej przestrzeń!”. No a potem jaki finał? Bez mamy, i rzeczywiście poszło jej lepiej. Ale tu właśnie jest ten pies pogrzebany: przez całe lato ci sami ludzie pisali, że potrzebuje tej matki, bo bez niej to katastrofa. A tu masz — finał bez niej, i co? Zaczęła grać po swojemu, bez tej otoczki „jestem pod kloszem”. I wyszło jej nawet — aż dziw bierze, że nikt nie komentuje tego paradoksu. A tak serio, to przyznam, że jak widzę te teksty o „dorosłości” to mam ochotę krzyknąć: „Ale kto tu naprawdę dorosły?” Bo dorosłość to nie jest kwestia, czy ktoś jeździ z tobą na ławkę, tylko czy potrafisz samemu zrobić ten jeden krok w tył i powiedzieć: „OK, spieprzyłam, teraz poprawiam”. A u Gauff mieliśmy przez lata sytuację, gdzie każda porażka była tłumaczona „emocjami” albo „ciężkim dniem”, a nie zwykłym brakiem umiejętności albo przygotowania. I jeszcze jedno — patrząc na te wszystkie dyskusje, to ja bym zapytał: skoro niby matka jest „intuicją”, to dlaczego nie zadziałała akurat wtedy, kiedy było najbardziej potrzebna? Bo jeśli „intuicja” to tylko kolejne słowo na „ja nic nie potrafię, ale kocham córkę”, to sorry, ale wolę widzieć córkę, która samodzielnie radzi sobie z presją, niż taką, która liczy na to, że mama przyjdzie i zrobi za nią czarną robotę na korcie.Najpierw próba, potem wnioski.
-
No i trafiłem wreszcie na grupę, której nie trzeba tłumaczyć, jakie to szaleństwo, kiedy mama Gauff wlecze się do niej z butelką wody w półfinałowym meczu juniorek, a zawodniczka potyka się na własnych myślach — jakbym czytał mojego starego kumpla z akademii, który przez trzy lata walczył z synem "od serca", bo przecież "pasja nie ma ceny". Tyle że mój stary nie był trenerem, tylko... właścicielem warsztatu samochodowego, więc kiedy jego syn walczył o tytuł, zamiast krzyczeć, odciął mu telewizor i kazał jechać odśnieżać podjazd — i wiesz co? Ten chłopak wygrał następny turniej, bo pojął, że tenis to nie bajka z Disney Channel. No ale serio, WislaFanatyk, masz tu wielką rację — problem nie w tym, że mama Gauff siedzi na trybunach, tylko w tym, że cały ten dorobek juniorów zbudowała się na założeniu, że emocje to coś złego, a każda porażka to "dzień bez formy". Ja pamiętam swoje debiuty w lidze okręgowej: trener wpakował mnie na kort przeciwko faceta, który robił mi bekhendem po całej szerokości — i nie tyle mnie motywował, co wrzeszczał, że jeśli nie opanuję tej jednej kombinacji, to do końca życia będę na niej tracił punkty. Wyszedłem z kortu z łzami w oczach, ale następnego dnia zacząłem ćwiczyć backhand pod prysznicem. Dzisiaj mam w pokoju zdjęcie tego meczu — i nie dlatego, że był piękny, tylko dlatego, że nikt nie dał mi złudzenia, że tenis to bułka z masłem. A co do tej całej otoczki medialnej — akurat znam kolesia, co prowadził marketing dla juniorki z Podlasia, która w finale przegrała 0:6, 0:6, bo sponsorzy wymyślili jej "marketingowy image" — różowe rakiety, instagramowe stories z tatuażem "do it for the culture", i zero zajęcia się grą. Facet dostał milion za ten kontrakt, a zawodniczka? Do dzisiaj gra w drugiej dywizji i myśli, że problemem była "konkurencja". Gauff miała coś o wiele cenniejszego — matkę, która wierzyła w nią bez względu na wynik — ale czegoś jej jednak brakowało: tego jednego głosu, który by powiedział "dość", zanim zamiast gry została tylko histeria. I jeszcze jedno — LechKrakow, ty mówisz, że Światek miała zespół, a Gauff rodzinę, i niby to jest porównywalne? Ależ nie, bo u Igi ten zespół umiał przefiltrować to, co dał tata, i zbudować coś trwałego. U Gauff z kolei mama była zarówno kimś, kto dodawał pewności siebie, jak i kimś, kto brał na siebie odpowiedzialność za emocje — i to podwójne obciążenie w momencie prawdziwej próby okazało się zbyt ciężkie. Dorosłość nie polega na tym, by być samemu, tylko by umieć oddzielić wsparcie od sterowania. A u niej cały czas było drugie do pierwszego.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Eee, ależ wy się tu naprawdę zapędziliście z tą Gauff, jakby to był finał Wimbledonu, a nie kwestia, która cholernie szybko może skończyć się obustronną histerią na korcie! 😏 Słuchajcie, mam na to swoje sprawdzone podejście, bo jak nie, to co? Będziemy dyskutować o "dorosłości" tej dziewczyny, jakby to była jakaś lekarka robiąca doktorat z psychologii — a tymczasem facetka ma 19 lat i jeszcze nie zdążyła wkurzyć się na matkę na tyle, by jej powiedzieć: "mamo, spadaj na trybuny, bo inaczej cię zabiję". Bo nie oszukujmy się — ta historia z US Open to nie żaden dowód na nic, tylko kolejny odcinek serialu "Coco kontra świat". Azaranka jej dała w kość, a trzy tygodnie później dziewczyna gra finał. Czy to przez brak mamy? A kto wie! Może matka Gauff akurat miała na ten tydzień dyżur w pracy albo zapomniała, jak się czyta tenisowe notowania? Ale serio — kto wam powiedział, że matka musiała być na trybunach, żeby Coco tam dotarła? Przecież te finały US Open rozgrywają się w Nowym Jorku, nie na jakimś lokalnym turnieju w sąsiedniej wsi! 🤡 Ja bym wam powiedział jedno: patrzcie na to, co robi zawodniczka poza kortem, a nie na to, kto siedzi obok niej na ławce. Bo widzieliście kiedykolwiek, jak wygląda przygotowanie tych juniorek na wymagające turnieje? Ja znam kolesia, co prowadził zajęcia kondycyjne dla kilku juniorek z akademii w Poznaniu — i wiecie, co mu powiedział jeden z ich trenerów? "Chłopie, te dzieciaki muszą umieć spać w samolocie, jeść kebaba o 3 nad ranem i walić forhendem, mimo że ręce drżą ze zmęczenia". A teraz macie Gauff — i nagle wszyscy się zastanawiają, dlaczego nie dorosła? A może problem nie w tym, że nie dorosła, tylko że nikt nie dał jej szansy się uczyć na błędach? I jeszcze coś — tych waszych przykładów ze "starych dobrych czasów" to ja się naprawdę boję. Bo jakby nie patrzeć, to wtedy juniorki rzucały się na korty bez żadnego wsparcia, a dzisiaj mają zespół, psychologów i diety — i i tak dochodzą do finałów. Tyle że wtedy to była czysta fizyka: kto da radę wstać po porażce, a kto zwariuje. Dzisiaj mamy do czynienia z tą samą fizyką, tylko opakowaną w hashtagi i media społecznościowe. A my się zastanawiamy, dlaczego Gauff nie potrafi zagrać pod presją? Może dlatego, że przez całe życie była otoczona miękkimi poduszkami, a nikt jej nie pokazał, jak wygląda twardy upadek? 💸 I na koniec — skoro już tak się docieka do "dorosłości", to niech mi ktoś powie, ile pieniędzy trzeba zarobić, żeby naprawdę dorosnąć? Bo ostatecznie to nie chodzi o to, czy ktoś ma mamę na trybunach, tylko czy potrafi postawić pierwszy krok bez czyjejś pomocy. A Gauff już to zrobiła — doszła do finału US Open. Reszta to tylko kwestia czasu, zanim sama zrozumie, jak to działa. Albo nie — no i co? To nie jest loteria, tylko tenis, i czasem trzeba przegrać, żeby w ogóle zacząć myśleć.Każdą statystykę da się nagiąć.
-
no ale chłopaki, to już się naprawdę zagalopowaliście jak na meczu 1-5 z Nietoperzem 😱 co to za jaja z tą "dorosłością"? Coco ma 19 lat, a my tu gadamy o tym, jakby miała podejmować decyzje o konstytucji 💪 że niby nie wie, że finał US Open to nie przedszkolny kierek? A ten wasz argument o Azarance i finału? Przecież nie mówicie poważnie, że jakby mama Gauff była na trybunach, toby jej powiedziała "zmień styl gry i graj backhandem w środek kortu"? 🤦♂️ serio, żeby matka mogła wpłynąć na decyzje podczas meczu, to musiałaby mieć uprawnienia trenera, a nie tylko dawać córce wodę! I co, nagle matki mogą ustawiać serwis od strony ławki? A te gadki o Igi i jej tacie — no tak, fajnie, że Iga miała zespół, ale kto powiedział, że porównywanie do niej ma sens? każda dziewczyna jest inna, a u Gauff mama była jednocześnie psychologiem, menadżerem i trenerką! I nie oszukujmy się — jak ktoś całe życie ma u boku osobę, która zna go najlepiej, to trudno nagle powiedzieć "mamo, spadaj". To nie jest kwestia dorosłości, tylko treningu! I jeszcze jedno — ten finał US Open bez mamy to był po prostu najlepszy pomysł, jaki mieli wokół niej! bo jakby była na trybunach, toby pewnie rzuciła jeszcze którymś kubkiem w ekran, jakby trafiła błędny drop shot 😂 ale serio, co to za dyskusja — że niby "czysta loteria"? A może to był po prostu świetny moment, żeby pokazać, że Coco potrafi sama podnieść się po upadku? No dobra, no ale trudno… ale jednak dziwne, że nikt nie mówi o tym, że może jednak ta matka miała jednak jakiś sens przez te wszystkie lata? i że teraz, kiedy jej nie ma, to jednak wszystko idzie jak po sznurku? 🔥Swoich się nie zostawia.
-
no ale mnie się ciśnie na usta, żeby wam opowiedzieć o moim kumplu z akademii w Nowej Hucie, co to trenował swoją córkę w latach osiemdziesiątych — nie, nie tak jak u Gauff z matką, co to biega z butelką wody, tylko tak, jak się kiedyś trenowało: na czczo, w deszczu, z batem w kieszeni i metodą "jak nie dasz rady, to nie jesz". Ten chłopak, Jacek, był jednym z lepszych juniorek w Krakowie, tyle że miał jednego wroga — własne nerwy. I wiecie, co mu pomogło? nie matka, która go uspokajała, tylko trener, co go ubzdurał w łeb, że jeśli przegra z jakimś tam szaraczkiem z Wrocławia, to następny tydzień będzie lał beton w kombinacie. I co? Poszedł, wygrał ten mecz, a potem pół roku płakał przy pianinie, bo zdawał sobie sprawę, że sukces to nie to, że mama cię przytuli, tylko że potrafisz sam siebie zmusić do roboty, kiedy apetyt cię opuszcza. A teraz mamy te wasze rozważania o Coco — że niby bez mamy to finał, a z mamą to histeria. No to ja wam powiem: to nie jest kwestia obecności matki, tylko tego, czy ktoś ma jaja, żeby powiedzieć "dość tych pierdół". Bo widzieliście kiedykolwiek, jak wygląda taki finał juniorek? Tam nie chodzi o technikę, tylko o to, kto pierwszy puści łzy. I ten finał US Open, co go tak podziwiacie? To był przecież normalny mecz juniorek z tych poważnych, tylko że w Nowym Jorku i z milionem kamer. I że przypadkiem wyszło lepiej bez matki? Może i tak, ale ja bym postawił, że ta dziewczyna od trzech lat siedzi na tym samym problemie — że nikt jej nie kazał sięgnąć po ten cholerny reset, kiedy emocje brały górę. Za bardzo się jej dogadzano, za mało było tej starej szkoły, co to mówiła: "jesteś beznadziejna, ale jutro zagrasz jeszcze raz i zobaczymy". A te wasze przykłady ze Szwajcarii albo z tego warsztatu samochodowego to fajne opowieści, ale nie trafiają w sedno. Bo tamci chłopcy mieli kogoś, kto im powiedział "stary, ogarnij się", a u Gauff? Ci, co mieli jej powiedzieć "stary, ogarnij się" siedzieli na trybunach i pili colę. To nie jest kwestia dorosłości, to jest kwestia granicy. I nie sądzę, żeby matka była tą granicą — raczej była tą, co ciągle ją przesuwała, bo "przecież to tylko juniorki". Ja pamiętam swoje pierwsze zawody w Strumieniu — ojciec na trybunach, trener na ławce, i ja tak kombinowałem, że trafiłem pod siatkę i rozbiłem rakietę. Wtedy trener powiedział: "widziałeś to? super, teraz napraw to". I ja naprawiłem — dosłownie, bo następny tydzień spędziłem na klejeniu rakiety w warsztacie. A u Gauff? Gdzie jest ten moment, kiedy ktoś jej powiedział "kurwa, to był fatalny błąd, teraz napraw go"? Nie na korcie, nie w głowie, tylko w życiu? No i jeszcze jedno — tych waszych argumentów o "więzi rodzinnej" to ja bym posłuchał chwilę, ale potem przypomniał sobie, jak moi kumple z akademii rzucali się na korty w jutowych butach, bo tatusiowie nie mieli forsa na markowe. I nikt im nie mówił, że muszą dorosnąć — po prostu musieli. A teraz macie dziewczynę z milionem dolarów i patentem na histerię, która nie wie, że tenis to nie bajka, tylko sport dla twardzieli. I że matka jej nie wychowa na twardzielkę — na to potrzebny jest ktoś, kto potrafi powiedzieć "dość", a nie "uspokój się, kochanie". No i koniec końców — jakby co, to ja kibicuję każdej zmiany, ale nie tej, co polega na tym, że mama Gauff chodzi z butelką wody po trybunach, a córka dostaje wolną rękę na emocjonalną awarię. Bo to nie jest dorosłość, tylko luksusowy kokon. A tegoroczny finał to może był świetny pomysł, żeby ją stamtąd wyrwać — ale na stałe? Niby dlaczego? Żeby następnym razem znów miała atak histerii, a media napisały "biedna dziewczyna, znowu jej nie rozumiemy"?
-
A wiecie co mnie dzisiaj wkurzyło bardziej niż cały ten cyrk z Coco? Wróciłem z treningu na osiedlowym korcie w Podgórzu, a tam jakiś ojciec darł się na swoją 12-latkę: "Dlaczego nie biegasz? No chodź, przecież to tylko tenis, nie wojna!" — akurat kiedy ta mała odbijała piłkę z takim samym hukiem, jakby robiła słoik przetworów. Dałbym tej rodzinie numer mojego psychologa, co to zajmuje się juniorkami, ale wiadomo — żaden ojciec nie słucha, dopóki córka nie wpakuje się w ścianę. I teraz patrzę na wasze gadanie o matce Gauff i myślę sobie: właśnie o tym mówicie. To nie jest kwestia, czy ktoś siedzi na trybunach, tylko czy ktoś w ogóle ma na tyle rozumu, by nie psuć fundamentów, które druga osoba buduje latami. U Gauff ten fundament lata budowały media mówiąc "ona jest wyjątkowa, jej emocje są ważne", a teraz wszyscy się dziwią, że jak zabrakło tej samej medialnej otoczki, to nagle ruszyła do przodu. Czysty paradoks — albo wierzyć w nią na maksa, albo ją poddusić tą miłością. A my tu jeszcze dyskutujemy o dorosłości... Przecież prawdziwa dorosłość to jest umieć powiedzieć "dzisiaj przegrałem, jutro gram jeszcze raz", niezależnie od tego, czy ktoś cię obejmuje, czy nie. I z tym akurat to US Open to była lekcja — nie loteria, tylko pierwszy sygnał, że wreszcie ktoś posprzątał ten dom pełen dywanów, pod którymi leżą nieużywane rakiety.Hype to nie argument.
-
Ale wiecie co, to są akurat te dyskusje, których ja nie znoszę, bo na koniec zawsze wychodzi, że albo ktoś jest za miękki, albo za twardy — jakby dorosłość dało się zmierzyć w tabelach, a nie w tym, jak ktoś wyjdzie z kortu, kiedy mu zabraknie powietrza. Słuchajcie, ja wam opowiem o moim kumplu Darku, co to trenował swojego syna w Gliwicach — nie, nie żaden genialny plan, tylko normalny facet, który po godzinach klepał kod, a w weekendy woził chłopaka na mecze. I co? Chłopak przez rok nie mógł wygrać turnieju powyżej 14 lat, bo za każdym razem, kiedy był blisko finału, ojciec brał go na bok i mówił: "słuchaj, synu, dzisiaj nie musisz grać idealnie, ale musisz nauczyć się, że porażka to nie koniec świata". I wiecie, co się stało? Chłopak wygrał ten turniej, ale nie dlatego, że ojciec mu pomagał w technice, tylko dlatego, że wreszcie przestał słuchać tego swojego wewnętrznego głosu, który mówił "ojciec się wstydzi, jak przegrałem". A teraz mamy Coco — i nagle wszyscy się zastanawiają, dlaczego nie dorosła. Ależ ona nie dorosła nie dlatego, że ma mamę, tylko dlatego, że nikt jej nie powiedział, kiedy ta cała otoczka "jesteś wyjątkowa" przestaje działać. Bo to nie jest tak, że matka jej szkodziła — to, co jej szkodziło, to było to, że nikt nie pokazał jej granicy między wsparciem a sterowaniem. I ten finał US Open? To była pierwsza lekcja, że granica istnieje — ale czy z niej skorzystała? Ja bym powiedział tak: nie wiem, czy Coco powinna zrezygnować na stałe, bo może ta matka jednak wie, czego córka potrzebuje w określonym momencie. Ale na pewno wiem jedno — jak nie przestaniecie wcinać się w rolę sędziów tego meczu, to lada moment dostaniecie bilet na trybuny z butelką wody od samej zainteresowanej. Bo prawdziwa dorosłość nie polega na tym, że ktoś ci powie "wystarczy", tylko że sama to zrozumiesz — i wtedy już nikt nie będzie miał wpływu na to, co zrobisz dalej.xG > emocje.