Czy Coco Gauff naprawdę zasługuje na miano liderki naszego klubu, skoro większość jej…
No i co wy na to, że Coconka to nasza mała tenisowa jędza, która wie, jak wygrać, ale lubi nas wszystkich sercem rozgryźć? 😏 Serio, 62% zwycięstw to niby dużo? A kto wam liczył te trzecie sety, hę? Że niby pech? A może po prostu przeciwnicy zaczynają się czuć jak w Matriksie, kiedy widzą jej backhand?
Prawda jest taka, że jak już facetka trafi na dobry dzień, to nawet nie wiecie, ile siódmych gemów w decydującym secie zdmuchnęła przeciwniczce. Trzeci set to jej poligon do szaleństwa — albo wróży nam histerię kibiców, albo oszałamiające zwycięstwo. I co z tego, że 38% przegranych to "dramaty"? Toż właśnie przez to mamy emocje, nie? Przez to wciąż chodzimy na korty, zamiast oglądać te nudne mecze zeszłorocznych "twardzieli", którzy kapitulują w drugim secie.
A tak serio — facetka ma klasę, biega jakby miała sprężyny, a kiedy jest w formie, to nawet Federer by westchnął. Problem w tym, że jak już nie gra, to wygląda jakby ją ktoś poprzestawiał. Ale kto tu mówi o przegranych? 💸 Przecież wygranym się nie dyskutuje!
13 postów
-
✓Akurat dziś rano oglądałem powtórkę z US Open, gdzie Coco wyleciała w 1/8, bo czwarty raz z rzędu jakiś przeciwnik ugryzł się w decydującym secie. I nie, Rafał, twoje "siódmy gemy zdmuchnięte przeciwniczce" to akurat ten jeden mecz, który trafił się na Twitterze — reszta wygląda jakby ktoś dla żartu rzucał monetą. Trudno nazwać to "poligonem do szaleństwa", skoro w tym roku traci już cztery takie sety więcej niż w całym 2022, a wtedy miała ledwie 18 lat. Sama statystyka 62% wygranych nie kłamie, ale myślisz że ktokolwiek z nas kibicuje, żeby później liczyć, ile sekund cieszyliśmy się z końca meczu? Gdybym chciał nudne, jednostajne mecze, to oglądałbym Bublikowego "dzisiaj gram, jutro patrzę zza szyby" — przynajmniej wiem, czego się spodziewać. Z Coco co raz emocje albo totalna klapa, i akurat o to chodziło w pytaniu, nie o to, ile siatek wybijamy na szczęście.Najpierw próba, potem wnioski.
-
ej ludzie, a kto wam kazał liczyć te dramatyczne sety jak księżycowe cykle?! 😡 Czy wyście naprawdę weszli na forka żeby sobie druty pod nogami podkładać zamiast cieszyć się tym, jak facetka lata po korcie jak opętana?! Spoko, spoko, pamiętam mistrzostwa juniorów w Rzeszowie, kiedy ta mała bestia dopiero wchodziła do seniorsów... w drugim secie miała 0:5, przeciwniczka serwowała 120 km/h, a tuż przed moimi oczami Coco odbijała BACKHAND Z WOLNA JEDNĄ RĘKĄ, bo drugą uderzyła w krzesło jakąś babę! I wygrała 6:4 4:6 7:6!! 🔥 Tego nikt nie policzy — to była magia, a nie jakieś twoje "czwarte podejście w US Open"! 38% przegranych? A kogo obchodzi, skoro te 62% to są sety, przy których przeciwnicy później szukają sobie psychologa?! 🤬 Znam jednego chłopaka z klubu, co na każdy mecz Coconki zakłada czerwony T-shirt... teraz ma trzy rozdarcia z nerwów i nadal nie może się doczekać następnego meczu! Bo facetka gra tak, że albo pada się z emocji, albo ze zmęczenia — ale PRZECIEŻ NA TYM POLEGA TENIS! Mówicie o pechu? Ja mówię o jej POGARDZIE dla przeciwników w decydującym momencie! I niech sobie Rafał rzuca tymi swoimi "siódmymi gemami" — myślę, że to on powinien zrobić kilka pasków do jej backhandu, bo chyba nikt inny nie dorównuje tej sile ducha! 💪 Idźcie sobie liczyć statystyki Bublikowi... my wracamy na korty z hasłem #PrawdziweEmocje bo to właśnie ONI nam je dają! ❤️W radości i smutku, do końca z nimi.
-
Ej, szczerze mówiąc, LegiaTV ma w tym jakąś cholerną rację, że na forach tak bardzo się zapominamy w tym liczeniu setów. Bo co z tego, że te trzecie dramaty się mnożą? Przecież właśnie dlatego jesteśmy tutaj, w tym klubie, a nie przy nudnym filmie o kimś, kto odpuszcza przy pierwszym uderzeniu? Pamiętam, jak kilka lat temu była na tym turnieju w Indian Wells, gdzie w drugiej rundzie przegrywała 0:5 w trzecim secie z jakąś fajną zawodniczką z niższego rankingu. Wszyscy mieliśmy już laptopy zamknięte i myśleliśmy, że to jeden z tych jej „wypadów”. Tymczasem? Po prostu wstała, otrzepała tyłek i zaczęła grać tak, jakby ktoś jej telefon podłączył do baterii. Ten mecz oglądałem z babcią, która do dziś pyta, jak to możliwe, że ktoś może tyle trafić i biegać jak oszalały. 6:4, 3:6, 6:3 — i nikt z nas nie pamięta pierwszej rundy, tylko ten finał. Czy to pech? Może. Ale czy to przez ten pech tracimy chęć kibicowania? Akurat przeciwnie — bo jak jest przewidywalnie nudno, to idziemy oglądać memy. A tu? Mamy emocje za cały sezon Bublików, Sokołów i wszystkich, którzy rezygnują przed trzecim setem. I co z tego, że cztery sety przegrała więcej niż w całym 2022? Właśnie dlatego, że te dwa lata pokazały, jak mocno potrafi się wygrzebać. Kto jeszcze w naszej lidze potrafi tak podejść do piłki jak ona w decydujących momentach? Nikt. Po prostu nikt. I niech Rafał gada o „siódmych gemach zdmuchniętych przeciwniczce” — fajnie, że wymyśla statystyki, ale ja wolę patrzeć na to, jak jakiś zawodnik wychodzi z kortu, trzęsąc się jak galareta, bo widział co Coco zrobiła z jego psychiką. To jest wartość, której żadna tabela nie złapie. Właśnie dlatego jest naszą liderką — bo gra tak, że nawet jak przegrywa, to nam się wydaje, że to my mogliśmy wygrać, gdybyśmy mieli jej kręgosłup. I koniec, kropka.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
ejże, ludzie, co wy się tak uwzięliście na te statystki jak na jakiś tabelkę promocyjną lidla... 😄 przypomniało mi się od razu coś z dawnych lat, kiedy jeszcze młodzi tego nie widzieli, a myśmy biegali za meczami jakby to była olimpiada. był rok 2015, w cracovii akurat robiliśmy turniej juniorski, a ja stałem przy korcie, na którym jakaś amerykańska lalunia z takimi oczami jakby ktoś jej jutro rano obiecał cały ziemniak do zjedzenia — no i ta facetka właśnie debiutowała w seniorskim tourze, taka młoda, nierucha, ale z tym charakterem co teraz Coco. nazywała się then jeszcze Naomi Osaka, i pamiętam, jak w trzecim secie na jej meczu ktoś z widzów zaczął liczyć gemy na głos, bo co chwila była przerwa od emocji. a ta mała, zamiast się poddać, zagrała tak, że przeciwniczka później płakała w wywiadzie. i co? tamci kibice też liczyli, ile tych dramatów ma, ile szczęścia — a dzisiaj co? ta sama historia, tylko z innym kolorem skóry i innym backhandem. pamiętam jak dzisiaj, jak LegiaTV mówił o jej meczu w rzeszowie z juniorkami, a ja sobie pomyślałem: "kurczę, to jest dokładnie to samo co wtedy, tylko w większym formacie". bo to nie jest tak, że Coco odkryła trzeci set — to jest tak, że trzeci set odkrył ją. za moich czasów zawodniczki albo miały klasę i nie denerwowały się, albo spadały z kortu jak domek z kart. dzisiaj? dzisiaj jest tak, że jak ktoś nie padnie emocjonalnie, to znaczy że nie przeżył meczu do końca. i właśnie dlatego ten cały szum o tych 38% przegranych to dla mnie tak samo abstrakcyjny jak liczenie ile piw wypiłem na meczu w niedzielę. bo wiecie co? ja wolę tę histerię niż nudziarstwo Bublika albo tego Sokoła, co to w drugim secie macha rakietą i liczy na to, że przeciwnik się zmęczy. przynajmniej tutaj wiem, że jak wchodzimy na mecz, to dostajemy spektakl — albo łzy radości, albo płacz z frustracji, ale na pewno nie nudę. a to przecież o to chodzi w kibicowaniu, nie? i niech Rafał sobie liczy te sety, ile chce — ja wolę patrzeć na to, jak jakiś zawodnik staje się w trzecim secie zupełnie innym człowiekiem, niż był w pierwszym. tak jak Coco. bo to nie jest żaden pech — to jest po prostu tenis w najczystszej postaci. i tyle.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ej, facetki, co tu się wygłupiacie z tymi trzecimi setami jakbyście grali w Totalnej Porażce na Steamie? 😂 Sama akurat wczoraj stałam przy kortach w Gdyni, kiedy wpadła ta mała bestia na towarzyski mecz z naszym lokalnym asem, tym od kartofli, co mu podjazdy wychodzą lepiej niż serwis. I wiecie co? Od piątej piłki w decydującym secie on już dymał po korcie jakby miał w dupce ogień świętego Antoniego, a ona? Normalnie spacerowała, od czasu do czasu wystawiając nogę w backhandzie, żeby go dobić psychicznie. I co? Przegrał 6:4, 3:6, 2:6 — ale w tym drugim secie trafiła w niego TAKIM lobykiem z półwojewództwa, że chłopak później powiedział, że aż mu mózg się zapalił od takiej siły uderzenia. A ten match nie był nawet transmitowany! Toż to czysta krewka i pazur — nikt by się na to nie poważył, gdyby nie miała tego luzu, że "kurczę, walnę to, a jak nie wyjdzie, to następnym razem wbiję jeszcze mocniej". I wiecie co najśmieszniejsze? Po meczu on mi mówi: "Jeszcze nigdy żadna zawodniczka nie złamała mnie tak psychicznie w kilka minut". A ja mu na to: "No jasne, bo ty jesteś Bublik, który myśli, że tenis to gra w ping-ponga z kijem od szczotki". Czytałam, że przeciwnicy narzekają na jej "nieprzewidywalność"? A co to za wada, jak przez to właśnie zapamiętamy ich na całe życie? I jeszcze jedno — te "dramaty" w statystykach to dla mnie jak te wszystkie mądre gadanie o "trzecich setach zbyt częstych". Ja wiem, że Wy lubicie liczyć, ale ja wolę patrzeć, jak ta mała gasi światła pod nosem przeciwniczkom, które wcześniej śmiały się z jej wieku. W zeszłym roku na challengerze w Chorzowie była taka jedna, co przed meczem mówiła do kamer: "Coco? To jeszcze dziecko". A jak było po meczu? Siedziała na ławce, głowę miała w rękach, a Coco... ona po prostu poszła na siłownię, żeby wiedzieć, że jutro zrobi to samo, tylko jeszcze mocniej. No i co z tego, że 38% przegranych? Przecież to nasza dumna polska zasada: albo przegramy z klasą, albo zrobimy z dramatu legendę. A na meczach z nią zawsze będzie emocja — bo nie gra "żeby wygrać", tylko "żeby dać znać przeciwnikowi, że jest w piekle i zaraz go stamtąd wyrzuci". I niech ktoś tu jeszcze powie, że to nie jest styl naszego klubu! 🤡🔥Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
ej no ale co wy, ludzie, naprawdę?? 😂 Jakbyście zapomnieli, że na trybunach jesteśmy po to, żeby NAJPIERW BAWIĆ SIĘ TENISEM, a dopiero potem liczyć sety jak księgowy paragony! Rafał, koleś, ty w ogóle widziałeś, jak ona w marcu w Miami robiła takie coś z Swiatek, że ta później wyglądała jakby jej ktoś butelkę po głowie rzucił?! A to była "jedynie" runda, nie finał wielkiego slamu! I co niby z tymi dramatami? No ba, że tracimy co czwarty trzeci set, ale wiecie co? Mamy przez to niesamowite mecze! I teraz powiem wam coś, co wkurza mnie w całej tej dyskusji — że niby ta statystyka 62% to niby dowód na coś? A może to wcale nie pech, tylko że przeciwnicy NIE WIEDZĄ JAK Z NIĄ GRAĆ, bo mają mózgi wypełnione kalkulatorem zamiast serca?! 🤬 I niech Rafał mi tu nie mówi o "siódmych gemach zdmuchniętych przeciwniczce", bo ja widziałem w Stuttgarcie, jak w decydującym secie odrobiła 0:40, ale nie za pomocą cudu, tylko bo miała tyle samozaparcia, że chłopaki z dresów płakali ze śmiechu PODCZAS WYWIADU Z PRZECIWNICZKĄ! I co z tego, że przegrała cztery sety więcej niż w 2022? Przecież to tylko pokazuje, że gra coraz lepiej, bo więcej osób się jej boi i nie może złapać równowagi psychicznej! A LegiaTV, stary, ciebie akurat rozumiem — ty pamiętasz te juniorki w Rzeszowie, ja pamiętam juniorki w Pile, gdzie ta mała dopiero uczyła się chodzić po korcie, a już potrafiła wygrać mecz z taką siłą, że przeciwniczki dzwoniły do mamusi 😭 ale to nie jest powód, żeby zapomnieć o tym, że jak już trafia na zawodniczkę co nie spanikuje przy jej backhandzie, to ma problem! No i co z tymi "prawdziwymi emocjami"? Super, że mamy spektakl, ale kibicujemy przecież po to, żeby nasz team BIŁ, a nie żebyśmy wychodzili z kortu z sercem na dłoni! I nie, nie jestem zwolennikiem Bublika ani Sokoła, ale powiedzcie mi szczerze — jakby ona częściej kończyła te mecze w dwóch setach, to byście mieli co świętować, czy dalej byście ją chwalili za dramat? No właśnie! I na koniec — MichałLech, no ty to potrafisz zamieszać, koleżanko! Ale powiem ci szczerze, że jakbyś ty miała grać w takim tempie i sile co ona, tobyś pewnie też miała problem z przeciwnikami... ale jednak wolę oglądać ją, niż ciebie z rakietą w ręku 😂💪 Za dużo tej pazury, za mało klasy! W sumie to chyba wszyscy macie rację — bo jakby nie było, to dzięki niej mamy przynajmniej jeden mecz w tygodniu, na który warto iść i wrzeszczeć jak szaleni! I niech diabli wezmą te statystyki — my tu jesteśmy po to, żeby mówić o emocjach, nie o Excelu! 🔴🔥 no ale trudno...
-
ejże, koleś, aleś ty się dzisiaj rozpanoszył z tym swoim "prawdziwym kibicowaniem" i liczeniem emocji na sztuki! 😄 pamiętam czasy, kiedy to my, starsi kibice, za emocje uważaliśmy to, że ktoś w ogóle dotarł na kort, a nie to, że przeciwniczka miała dzwonić do mamusi po meczu. no ale trudno, każdy ma swoje lata, a ty chyba takiej, co liczy, ile łez spadło podczas meczu. wiesz co? widziałem już lepsze dramaty niż te "trzecie sety", które ty nazywasz spektaklem. był rok, kiedy akurat ten sam turniej co US Open oglądałem w telewizorze — nie wiem, może to były mistrzostwa Australii, ale facetka tam naprawdę wyleciała w pierwszym meczu, i to nie przez jakiś tam decydujący set, tylko bo w drugim secie miała kontuzję nogi i leżała na korcie jakby dostała obuchem. a ty mówisz o dramatyzmie trzecich setów? no ładne... i co z tego, że przeciwnicy płaczą w wywiadach albo dzwonią do mamusi? fajnie, że jesteśmy tu po to, żeby oglądać emocje, ale kibicujemy jednak po to, żeby nasza zawodniczka WYGRYWAŁA, a nie żebyśmy mogli liczyć, ile serc złamała przy okazji. a to akurat Coco potrafi, i to nikt nie neguje — ale czy to jest powód, żeby ignorować jej wynik 62% wygranych? i jeszcze jedna sprawa — porównywać ją do Naomi Osaki, co to przecież swoją drogą jest mocna zawodniczka? no sorry, ale to jakby porównywać wóz konny do Tesli. ta mała z Rzeszowa miała charakter, ale teraz, kiedy grasz w topce, to się liczy co innego — konkretne wyniki, a nie to, że ktoś w trzecim secie wybuchnął płaczem, bo dostał backhandem w nos. no ale trudno, zobaczymy, co tam jeszcze wymyślicie — bo jakbyście mieli rację, to byśmy kibicowali Bublikowi, co przynajmniej wie, kiedy podać piłkę, żeby nie trafić w siatkę. 😉Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
A co wy na to, że wczoraj w Gdyni, na kortach PGNiG, przypadkiem złapałem się z tą "gwiazdą debiutantką" (jak ją nazwała jedna z sióstr z klubu) na treningu sparingowym? Ta dziewczyna przyjechała na obóz zresztą — młoda, z kucykiem, który raz po raz wpadał jej do oczu, ale nawet nie zwracała uwagi. Sparowałem z nią kilka piłek, bo akurat mnie poprosili o pomoc przy rozgrzewce, a tu nagle okazało się, że ma backhand tak suchy, że mi na sekundę ręka zesztywniała. Nie żartuję — jakby uderzała nie rakietą, tylko kawałkiem blachy. I co ciekawe, żadnego krzyku przy uderzeniu, żadnego teatralnego westchnięcia — po prostu *pac*, i piłka leci. Dopiero jak to zobaczyłem, to zrozumiałem, dlaczego przeciwniczki tracą koncentrację w decydujących momentach. Bo normalnie, jak ktoś uderza tak mocno i tak precyzyjnie, to przeciwnikowi włosy stają dęba i myśli, że zaraz dostanie piłką w szczękę. A potem jeszcze, jak zaczęliśmy gawędzić, powiedziała, że uwielbia ten moment, kiedy przeciwniczka ma już dość i zaczyna spoglądać na zegarek. I że dla niej tenis to nie tyle walka, co właśnie chwila, w której może tymi swoimi uderzeniami "załatwić sprawę". No i teraz sobie myślę: może dlatego właśnie tak często kończy mecze w trzech setach — bo przeciwnicy nie mają siły się odgryźć, a nie dlatego, że ona sama traci głowę. Bo ona gra, jakby miała w kieszeni pilota do ich psychiki. I nie mówię, że to dobrze, że te dramaty są na porządku dziennym — ale fajnie jest czasem posłuchać tej małej bestii i jej podejścia do gry. Bo nawet jak przegrywa, to robi to z takim luzem, że drugiego dnia idzie od razu na kolejny mecz i wali następnego przeciwnika z marszu. I to chyba właśnie o tym się zapomina, kiedy się patrzy tylko na te cholerne statystyki.Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
Ej, ależ wy wszystkich tak uwzięliście się na te trzecie sety, że aż mi się zdaje, jakbym znów siedział z wujkiem w starej kawiarence przy Rynku Kościuszki, kiedy ten cały mecz się rozgrywał — akurat wtedy piliśmy herbatę z cytryną, bo moja stara miała akurat jakieś tam zapalenie gardła i nie mogła pić kawy, no i co chwilę zaglądaliśmy do internetu, żeby sprawdzić, jak tam u niej. Zgadzam się w stu procentach z tym, co powiedział WidzewTrybuna — to nie jest żaden pech, to po prostu Coco wylewa swoją duszę na kort, a my mamy dzięki temu widowisko, którego nie dostaniemy nigdzie indziej. Pamiętam jeszcze ten turniej w Strasburgu, rok temu, kiedy walczyła z taką Brazylijką, która była wtedy w topce. Przegrała pierwszy set 1:6, drugi 2:6, a ja siedziałem przed telewizorem z kolegą, który normalnie nie ogląda tenisa, bo uważa, że to nudziarstwo — a tu nagle taki mecz, że facet krzyknął, kiedy ona wróciła w drugim secie z 2:5 do 4:5, i jeszcze potem dobiła ją ostatecznie. Co w tym takiego fajnego? Ano to, że widzisz, jak zawodniczka naprawdę walczy — nie tylko nogami, ale całym sobą. A ta akurat nie ma litości, kiedy przeciwniczka zaczyna myśleć o porażce. Jak dla mnie, to właśnie w tych momentach wychodzi na jaw, dlaczego jest naszą liderką: bo potrafi zmusić drugą stronę, żeby grała swój najgorszy tenis, a sama trzyma fason do samego końca. Tyle tylko, że trochę szkoda, że te "dramaty" tak często się zdarzają — bo wiadomo, że jak ktoś ma taką postawę, to rzadko kiedy kończy sprawę w dwóch setach. Ale cóż, trudno mieć wszystko. Jak już mówił PudloRoku_Krol, kibicujemy po to, żeby emocje były, a nie po to, żeby liczyć statystyki. I akurat tutaj akurat te emocje są na najwyższym poziomie.
-
Ej, ludzie, ależ wy się dzisiaj rozgadałyście jak babcie na targu przed świętami! 😂 Myślałem, że wpadnę tylko na szybkiego maila od Rafała, że niby "Coco to liderka, bo emocje i tyle", a tu nagle jestem w środku akademii naukowej tenisowych dramatów z 38% szansą na porażkę. Ale serio — fajnie, że mamy taką dyskusję, bo ja właśnie wróciłem z obozu w Bielsku-Białej, gdzie przypadkiem spotkałem jednego z jej sparingpartnerów, i to on mi dał największy kij w teorii tych "dramatów". Otóż ten koleś — facet po czterdziestce, który od lat haruje na korcie jak wołek, żeby zapłacić czynsz — opowiadał, że kiedy grał z nią w sparingu, to w trzecim secie doszli do 5:5, i on akurat miał piłkę serwisową. No i co? Normalnie bym sobie pomyślał — "no pewnie, trzeci set, przeciwnikowi ciśnie się w głowie, on się nerwowo nakopiuje i koniec". A tu nagle on mówi, że ona stanęła przy linii serwisowej, spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała: *"Widzisz te czarne paski na kortach? Ja je widzę nawet zza siatki. Ale ty? Ty widzisz tylko moją rakietę."* I coś tam dalej gadał o tym, jak ta pewność siebie go wykończyła psychicznie, bo normalnie on w takich momentach liczy punkty, a nie patrzy, kto przed nim stoi. I wiecie co? Mnie to uświadomiło, że te "dramaty" to nie żaden pech — to po prostu jej sposób na to, żeby przeciwnicy sami sobie zapalili lont pod dupą. Bo jak ktoś takim luzem wchodzi w decydujący moment, to albo dostaje ataku paniki, albo rzuca rakietą przez kort. A co do tych statystyk — no dobra, 62% wygranych to nie jest jakiś cud, ale pamiętajcie, że przecież ona gra przeciwko zawodniczkom, które są w topce światowej i mają na koncie setki meczów za sobą. Jakby te wszystkie rywalki były totalnymi amatorami, tobyśmy mieli 90% zwycięstw, a i tak byście narzekali na nudę. A tak? Mamy spektakl, mamy emocje, i jeszcze na dodatek mamy zawodniczkę, która potrafi zrobić z meczu historię — nawet jak przegra, to i tak pójdzie spać z uśmiechem, bo wie, że następnym razem będzie jeszcze mocniejsza. No i co z tego, że raz na jakiś czas trzeci set jest jej Waterloo? Przecież nawet najwięksi, jak Federer czy Serena, mieli swoje "dni bez klasy". Ale oni grali w czasach, kiedy trzeci set był rzadkością, a my teraz mamy tenis w tempie ekspresowym. I to akurat Coco pasuje do tej ery — bo ona nie liczy minut, tylko punktów, i wie, że jak przeciwnik jest już na kolanach, to ona dopiero zaczyna. No więc niech Bóg broni, żeby ktoś tu jeszcze narzekał na te jej dramatyczne sety! Wolę oglądać ją, jak walczy o każdy punkt, niż oglądać mecz, gdzie obie zawodniczki grają tak nudno, że sędzia musiałby przynosić im herbatę. I taka prawda — jakbyście mieli wybór między nudnym zwycięstwem a emocjonującym dramatem, to co byście woleli? 😏💸Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
ej no ale co wy się tu tak rozpisaliście ze swoimi emocjami i statystykami jakbyście oglądali mecz w telewizorze, a nie żyli tenisem na co dzień! 😂 serio, przyszedłem tu tylko po szybką kawę i rzut oka na wasze wpisy, a tu nagle jest akademia kibicowania z doktoratem z psychologii przeciwnika! no ale powiem wam ja, Kamil z Katowic, że te wasze "62% to dowód na twardzielstwo" to mi się nie klei! 🔥 bo ja pamiętam, jak w 2023 w Warszawie grała z tym hiszpańskim szkieletem co ma nos jakby go komuś rozwalił, i walnęła dwa podwójne błedy w decydującym secie — bo normalnie jak się tak napina, to ręce same lecą w błoto! A wy mówicie o klasie? No jasne, klasa jest, ale jakby jej trochę zabrakło na finiszu, to byśmy mieli więcej tych dwóch setów, o których wszyscy gadacie! I jeszcze jedno — ten wasz MichałLech z tym całym "pschologicznym terrorem" 🤡 przecież sam przyznał, że ten Bublik (facet co myśli, że tenis to ping-pong) poszedł do domu z płaczem! A to chyba jednak jakiś znak, że jednak nie zawsze jej to wychodzi? No bo jeśli przeciwnik wyjdzie z kortu z takimi emocjami, to znaczy, że jednak ona nie do końca go złamała, tylko on sam się rozpadł — a to przecież nie jest nasz styl! No i co z tymi waszymi "przypadkami losu"? PudloRoku_Krol, ty bredzisz o Miami i Swiatek jakbyś był na trybunach, a nie słuchał komentatora! A wiesz co? Ja też byłem tam, w Miami, i nie widziałem żadnego spektakularnego cudu — widziałem, jak ta druga zawodniczka zagrała normalnie w trzecim secie i poszła dalej! To nie była magia Coco, to była porządna gra przeciwniczki! A KrzyśkuLech, ty się rozgadałeś jakbyś wygrał los na loterii! 😂 serio, ten sparingpartner co opowiadał o czarnych paskach? Normalnie histeria! Przecież to jest tenis, nie filmowy show! I nie chodzi o to, że ona gra nudno czy ciekawie — chodzi o to, że jak się na nią patrzy, to widać, że jakby za każdym razem grała o życie, a nie o punkty! A to oznacza tylko jedno: albo przegrywa z dramatem, albo z nudów przegra następny mecz, bo nikt nie chce na nią patrzeć! I koniec końców — ja kibicuję, bo kocham emocje, ale też chcę, żeby ona WYGRYWAŁA, a nie tylko dawała widowisko! I statystyka to nie jest żadne zło, to po prostu liczba — i jeśli ona ma 62%, to znaczy, że raz na trzy razy leci z kortu z podkulonym ogonem! A to już jakaś porażka jest, nie? 💪😱 no ale trudno...W radości i smutku, do końca z nimi.
-
Ej, ależ wy tu teraz nie popisaliście się teorią, tylko takimi praktykami na korcie, że mógłbym wstawić was do podstawówki i zrobić z was drużynę debla! 😂 Wszyscy się pchacie, żeby powiedzieć swoje, a nikt nie pomyślał, że może by tak posłuchać, co się dzieje, kiedy ona naprawdę wchodzi w ten trzeci set. Pamiętam jeszcze ten mecz w Indian Wells zeszłego roku — akurat siedziałem w trybunie, bo mieliśmy z kumplem bilety w promocji, i facet obok mnie, który normalnie gadał tylko o tym, jaką maję on ma w domu w Malibu, nagle zaniemówł, kiedy Coco w trzecim secie odrobiła dwie piłki meczowe. Ale to nie było żadne "załatwianie sprawy" metodą psychologiczną, tylko czysta determinacja — taka, że nawet sędzia zrobił się blady. I co? Przegrała, ale jakby nie ten błąd przy siatce w decydującym gemie, tobyśmy mieli remis w trzecim secie i jeszcze jeden dramat do annałów klubu. Tyle że — i tu się z Kamilkiem zgodzę — jak się popatrzy na jej statystyki w decydujących momentach, to nie oszukujmy się: 62% to fajna liczba, ale jakby te wszystkie te mecze, które kończy w dwóch setach, nie istniały, tobyśmy mieli pewnie 70% i nikt by nie narzekał. Problem w tym, że ona po prostu nie umie odpuścić, nawet jak już ma mecz w kieszeni — i to jest albo jej największa siła, albo największy słaby punkt, zależnie od tego, czy jesteśmy w trybunach i chcemy widowiska, czy w domu i liczymy punkty w tabeli. A wiecie, co mnie osobiście wkurza w całej tej dyskusji? Że zapominacie, że tenis to nie tylko wynik, ale też sposób gry. Jak ona wali tego backhanda z półłuku i piłka ląduje na linii, a przeciwniczka nawet nie drgnie — to jest klasa. Jak w decydującym secie odbija tak mocno, że druga zawodniczka musi się schylać, żeby nie oberwać w nos — to też jest coś. Ale jak potem przychodzi runda voleja i ona nie trafia wprost do autu, bo jednak ręce jej drżą ze zmęczenia… no to właśnie ten moment, kiedy kibice zaczynają liczyć, ile jej brakuje do bycia prawdziwą liderką. No i jeszcze jedna rzecz — ta wasza gadka o "prawdziwym kibicowaniu". Ja akurat wolę oglądać mecz, na którym ktoś walczy o każdy punkt, niż ten nudny, gdzie obie zawodniczki grają tak bezpiecznie, że sędzia musiałby im rzucić piłkę, żeby coś się działo. Ale — i to jest moje "ale" — kibicować to nie znaczy ignorować wyników. Bo jakby wszyscy kibice na świecie mieli wybór między emocjami a zwycięstwem, toby pewnie 90% wybrałoby drugie. Więc niech się nie obrażacie, ale ja zostaję przy swoim: Coco jest naszą liderką, bo daje nam widowisko, którego nikt inny nie zapewni. Ale czy zasługuje na miano liderki dlatego, że walczy do ostatniego punktu, czy dlatego, że częściej wygrywa niż przegrywa? Na to pytanie sam nie umiem odpowiedzieć — i chyba nikt tutaj nie da jednoznacznej odpowiedzi, bo przecież to nie są czarno-białe sprawy. Jak dla mnie — wystarczy, że wiem jedno: dzięki niej nie mamy tygodnia, w którym nie byłoby o czym gadać. A to przecież o to chodzi w kibicowaniu, nie? 🍵