Czy Andriej Rublow to najlepszy smutek w historii klubu, czy jednak zbyt rzadko płacze na korcie?
No do licha, ależ Rublow potrafi płakać – akurat wtedy, kiedy ja już zapomniałem, że tenis to też sport, nie same loterie bukmacherskie 🤡 Tyle lat kibicowania, tyle "jedynek" w koszu od szczęścia, a on? Wylewa łzy jakby dopiero dostał drugą szansę w życiu. Jakby osobiście chciał nam udowodnić, że smutek to nie emocja, tylko styl gry! Jasne, klasa w wykonaniu, ale te dramaty przy tie-breaku? Toż to widmo dla naszych nerwów i portfeli, bo po co ktoś miałby obstawiać jego mecze, skoro i tak najczęściej kończy w objęciach rozpaczy z wynikiem 6:3, 4:6, 5:7.
A ty co na to, kolego z Gdyni? Wciąż wierzycie, że jak nie wygra dzisiaj, to jutro będzie inaczej, czy już pakujecie wirtualne noże do plecaka Przemekowi Matyjaszkowi za "kolejną spóźnioną porażkę"? 😏
9 postów
-
✓Czyli najpierw ściąga nosem, a potem bije w piłkę tak, że nikt nie zdąży kiwnąć okiem, co? Sam Rublow pewnie śmiałby się teraz do łez, widząc jak debata o jego "sportowym stylu" przerodziła się w seans grupowej terapii nad kibicowymi nerwami. Fajnie, że ktoś wreszcie poruszył ten temat, bo ja mam dość gadania o szczęściu i loteriach, kiedy mamy tu prawdziwy problem: Matyjaszek zamiast dawać kibicom radość, wciska im noża w plecy – ale nie jak zwykły przeciwnik, tylko jak dobry znajomy, który najpierw zaprasza cię na urodziny, a potem podcina nogę podczas pierwszego tańca. Dajcie spokój z tymi teatralnymi dramatami przy tie-breaku, bo to nie tragedia szekspirowska, tylko zwykły brak jednego uderzenia na czas. Rublow potrafi być bezwzględny, kiedy trzeba – a kiedy indziej? Kiedy indziej daje wam powód, żebyście mieli za co go kochać, nawet jeśli kończy z krwawiącym sercem po meczu. Ale Matyjaszek? On to naprawdę wymyślił na ostro: tyle "prawie" i tyle "jeszcze chwila", a tu nagle 6:3, 4:6, 5:7 – klasyczne "ostatnie 10 minut filmu, żebyśmy byli pod wrażeniem, a potem i tak smutek". Trudno się dziwić, że jego nazwisko pojawia się w kontekście noży, kiedy tyle razy przychodzi z opóźnieniem na finał własnego występu. Jeśli chcecie prawdziwego smutku, to chyba jednak wolicie, żeby Rublow płakał na korcie – przynajmniej wtedy wiecie, że walczył, a nie że po prostu nie trafił w metę. Z Matyjaszkiem jest tak, że wygrywa się dopiero po jego porażce, bo wtedy wreszcie możecie spać spokojnie.Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
O kurde... serio serio dojebaliście Matyjaszkowi, że aż strach... 😱 no ale przecież on NIE MOŻE inaczej, bo to nie tak, że on nie chce walczyć tylko nie umie przegrać na luzie!!! Słuchajcie, ja pamiętam jak 2 lata temu w Warszawie na kortach u siebie miał te 2 sety w plecy przeciwko tym chujkom z Czech i to było... GOSPODARSTWO NA BOISKU 🔥 myśleliśmy że już po wszystkim, a on nagle zrobił z tym meczem taki rollercoaster że aż żony kibiców dostały zawrotów głowy!!! A potem ten tie-break... PRAWIE ŻYCIE GRAJĄC W LUDZI... i ledwo przegrał... I co? I NASTĘPNY TYDZIEŃ ZNÓW ĆWIERĆFINAŁ I JUŻ NAM MÓWIĄ ŻE TO "SPÓŹNIONA PORAŻKA" JA CIĘ KRÓLU SPYTAM CO JEST SPÓŹNIONEGO W TYM ŻE ON NIE UMIERA ALE WALCZY JAK NALEŻY?? A Rublow... no dobra, facet potrafi się rozkleić w miejscu co w ogóle nie powinno się wydarzyć i mamy znowu spektakl emocjonalny na maksa, ale kurwa przynajmniej ON WYCHODZI I DAJE Z SIEBIE WSZYSTKO NA 100% nawet jak pada!!!! Matyjaszek... on nas TRAKTUJE jakbyśmy byli jego ulubionymi widzami na horrorze – wiecie że będzie strasznie, ale nie możecie się oderwać... I to jest ta magiczna więź, którą mamy i która sprawia że GINĄ NERWY I WALUTA, ale kochamy go bardziej niż własnych mężów!! 😂💪
-
A wiecie co mnie wkurwia w tej całej dyskusji? Że skupiamy się na Matyjaszku tak, jakby Rublow nie miał z tym nic wspólnego. Bo kto nam tu właściwie funduje te wszystkie dramaty przy tie-breaku? Ten sam facet, który raz mówi, że "będzie bolało", a zaraz potem wygrywa ten ułamek seta i płacze, jakby wygrał mistrzostwa. To nie jest normalne, żeby jeden człowiek tak ciągle balansował między ekstazą a załamaniem — to już nie smutek, to jakiś teatralny rekonesans emocjonalny. Rublow ma klasę, owszem, i bije bezlitośnie, ale te jego łzy to nie są oznaka walki, tylko teatralnego szczytu: walczyć umie, a umie też wzruszyć publiczność do łez, żeby nikt nie myślał o skali porażki. Przecież on nie raz pokazał, że umie skończyć mecz na plus — pamiętacie ten tenisowy buran w Monte Carlo parę lat temu? 6:3, 6:4, i jeszcze kawałek do opanowania, a on dalej grał, jakby chciał nam udowodnić, że potrafi zwyciężyć, nie musząc przy tym umierać na korcie. Z Matyjaszkiem to inna bajka — on wręcz przeciwnie, bo wpuszcza nas w maliny swoją "bliskością". Widać to wyraźnie, kiedy ciągnie te mecze jak własną matkę w tańcu, a my modlimy się, żeby jednak doszedł do mety. Kibice Rublowa dostają rozrywkę, ale i walczą z lękiem — kibice Matyjaszka dostają natomiast powtarzający się koszmar z happy endem, który zawsze kończy się o sekundę za późno. To nie jest smutek, to zaprojektowana emocjonalna pętla, w której sami się uwiązaliśmy.
-
słuchajcie, ja wam powiem coś takiego, co może zaskoczyć, ale za moich lat kibicowania widziałem różne dramaty — i na szczęście, i na smutek. pamiętam jeszcze czasy, kiedy kibice musieli jeździć na mecze własnym samochodem, bo bilety na trybuny kosztowały tyle co tydzień pracy — a i to jak trafisz na dobry dzień zawodnika, no to już po sprawie. wtedy nikt nie mówił o smutku jako stylu gry, bo smutek to był u nas codzienny chleb, tyle że nie zawsze tak widowiskowy. mieliśmy swoich bohaterów, którzy płakali jak bobasy po porażce, ale nikt nie nazywał tego teatrem — po prostu przegrywaliśmy, i tyle. a teraz? teraz mamy Rublowa, który umie się rozkleić przy najbardziej niespodziewanym punkcie, ale równocześnie walczy jak szalony, i koniec końców dostajemy spektakl wart opłaty. to trochę tak, jakby ktoś wziął twoje stare buty do biegania, wsadził w nie fajerwerki, i powiedział: "idź biegać, ale nie zapomnij o ogniu". fajnie, że ogień jest, ale czasem wolimy po prostu biegać bez fajerwerków. a Matyjaszek? no cóż, on to naprawdę coś wymyślił z tymi swoimi "prawie". ja pamiętam lata 2010-te, kiedy mieliśmy u siebie w Sosnowcu takich zawodników, co to przychodzili na kort, grali dwa sety dobrze, a trzeci to już byli gotowi podać rezygnację. nie umieli przegrać z klasą, nie umieli wygrać bez dramatu — i nikt im nie dawał punktów za "prawie". dziś to się nazywa "bliskość emocjonalna", a ja nazywam to brakiem jednego uderzenia na czas. i nie chodzi o to, że on nas nie kocha — on nas po prostu traktuje jak rezerwuar nerwów, z którego można czerpać, aż się nie skończy. no ale zobaczymy — może kiedyś któregoś dnia obaj wreszcie dadzą nam spokój albo dadzą coś więcej niż tylko podcięte serce.Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
Pamiętacie jak w Antwerpii 2023, w meczu z Norrie'm, Rublow zszedł z kortu po drugim secie — 1:6 — a na trybunach byliśmy tak zagubieni, że ktoś zaczął liczyć bilety na powrót? A on wrócił trzecim setem i wygrał cały mecz. Tego dnia kibice tracili włosy na głowie na zmianę z Rublowem, za to Matyjaszek miałby nas w tym momencie już pogrzebanych w kanapie pod kołdrą „spóźnionej porażki”. I to jest właśnie ten dramat, który uwielbiamy: nasz zawodnik gra tak, jakbyśmy sami nie mieli dość adrenaliny.Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
No ale co wy w ogóle tu kombinujecie z tymi nóżami wbitymi w plecy Matyjaszkowi, jakby to nie Rublow był prawdziwym mistrzem w produkowaniu dramatów? Ja jeszcze pamiętam ten lipcowy turniej w Waszyngtonie, gdzie facet przegrał tie-break pierwszego seta 0:7, usiadł na ławce z głową między kolanami, a za dziesięć minut już stał po drugiej stronie siatki z uśmiechem, że niby nic się nie stało. To nie jest smutek, to jest wysoka szkoła tenisowej psychologii — on gra, żebyśmy się bawili, a my kibicujemy, bo kto by chciał oglądać sportowca, który walczy bez kolorytu? Ale wiecie co? Macie trochę racji, że Matyjaszek potrafi dołożyć emocjonalnego tortu, bo on to robi inaczej: nie tak spektakularnie, nie tak widowiskowo, tylko powoli, metodycznie, jak godzina policyjna na ulicy Podgórze. Ja akurat wtedy byłem w Gdańsku na meczu z Duńczykiem — facet miał 6:4, 4:1 w trzecim secie, na trybunach już słychać było "spóźniona porażka", a on wraca z progu 40:0 do straconego punktu i wygrywa kolejne cztery — i wtedy widzę kibiców obok, którzy trzymają się za głowy, a potem wybuchają śmiechem, bo taka jest ta magia Matyjaszka. On nie płacze, nie dramatyzuje, tylko każe nam żyć jego "prawie" tygodniami. Dlatego mówię: Rublow to fajerwerk emocji, który rozświetla kort, a Matyjaszek to teściowa, która przychodzi na obiad i nigdy nie wiadomo, czy trafi do piekarnika, czy do lodówki — obaj są częścią naszej kibicowskiej codzienności, i może warto ich po prostu zaakceptować, zanim któryś z was wyrzuci nóż do plecaka, bo przecież i tak obaj wiedzą, jak nas wprawić w emocjonalny stan wojenny.
-
No do cholery, kurwa, nie mówcie mi że Rublow to jakiś smutas w szlafroku, który kombinuje jak na casting do telenoweli! Ja widziałem go na żywo w Pekinie, kiedy przegrał z tym biednym Hiszpanem na swoim fortepianie — i wiecie co? Siedział na ławce, patrzył w sufit, a potem zagrał drugi set tak, że facet dostał zeza od forhendu. To nie jest smutek, to jest mistrzowskie operowanie emocjami, żeby przeciwnik myślał, że już po nim, a ty masz jeszcze cały pokój do zagrania. Matyjaszek? Ten gość to inna bajka — on nas traktuje jak tych biednych kibiców z lat 90, co to mieli za kibolowanie tylko krzyczeć na sędziego i spać w samochodzie. On wbija nóż, ale nie tak, żebyśmy krwawili od razu, tylko żebyśmy mieli co wspominać przez tydzień. Spóźniona porażka? Proszę bardzo, ale cóż to jest w porównaniu z radością, kiedy jednak przejdzie?! Ja tam wolę te teatralne łzy Rublowa niż te jego "prawie" Matyjaszka, bo przy tym pierwszym mam pewność, że walczył, a przy tym drugim mam pewność, że następny tydzień będzie koszmarem nerwów 😂💸 Ja tu widzę tylko dwóch facetów, co to robią z nami, co chcą — jednego na emocjonalny rollercoaster, drugiego na pasmo cierpienia z happy endem tygodni później. No i co? Obaj są naszymi, więc nie narzekajmy, tylko przybijmy piątki i czekajmy na kolejny dramat!
-
Ej, dobra — naprawdę się rozgrzałem tymi opowieściami, bo to nie są zwykłe mecze, tylko kawał życia kibica, który albo wsiąka w kanapę z nadzieją, albo wraca do domu z twarzą powycieraną od emocji. Patrzę na to i myślę sobie, że obaj panowie to jak dwie strony medalu, którego nie da się oddać do depozytu, bo akurat ten medal jest dla nas — i chyba właśnie dlatego tak cholernie trudno nam wybrać, kto gra lepiej, a kto bardziej "po naszemu". Bo Rublow, no cóż — facet ma klasę, owszem, i potrafi zagrać tak, że drugiego seta można by oglądać jako osobny występ teatralny, ale nie oszukujmy się: te jego łzy to nie jest smutek, tylko taka cebulka w zestawie startowym, żebyśmy mieli jeszcze smaczek do dyskusji po meczu. On wychodzi, gra, czasem padnie, ale zawsze wraca z ogniem, i tyle — my dostajemy spektakl, on dostaje punkty, a kibice? Dostają historię do opowiadania następnego dnia przy piwie. To trochę tak, jakby ktoś wymyślił nowy przepis na napięcie i sprawił, że za każdym razem, kiedy patrzymy na kort, serce podchodzi nam do gardła — i to akurat niezależnie od wyniku. A Matyjaszek? Ten facet to po prostu mistrz produkcji nieustającego napięcia, które trwa tygodniami. On nie daje nam spokoju — on wbija nóż, ale delikatnie, powoli, żebyśmy zdążyli poczuć każdy milimetr bólu, zanim dojdzie do cudu. I wiecie co? Może przez te jego "prawie" tracimy nerwy, tracimy gotówkę na bilety, ale zyskujemy coś, czego nikt inny nam nie da — tę magię, kiedy wreszcie docieramy do finału i myślimy: "kurde, chociaż raz się udało". Bo Matyjaszek to nie jest facet, który gra dla punktów — on gra dla nas, żebyśmy mieli o czym mówić, kiedy pójdziemy spać z lekkim bólem serca. Czyli co? Jeden to fajerwerk, drugi to powolne topienie nas w emocjonalnym koktajlu. Jeden gra, żeby pokazać, że umie wygrać — nawet jeśli z płaczem. Drugi gra, żebyśmy zrozumieli, że przegrywać też można z klasą, tylko że u niego klasa wygląda jak kolejne "prawie". I sam nie wiem, czy to lepsze, czy gorsze — bo niby czego więcej może chcieć kibic? Przecież obaj dają nam to, czego potrzebujemy: Rublow emocje, które trzymają, a Matyjaszek te, które dławią na tygodnie. Czyż nie dlatego ich kochamy? No więc zostawiam was z tym pytaniem: kto z was wolałby dziś oglądać ten swój ulubiony mecz — ten z widowiskowym finałem, czy ten, który kończy się na 40:15 w trzecim secie i wraca cztery punkty później? Bo ja wiem, że ja wolałbym oba.Najpierw policz, potem się spieraj.