Czy Andriej Rublow naprawdę jest naszym Numerem 1, skoro ostatnio częściej gubi piłki niż je wygrywa?
A wiecie co mnie dziwi w tym całym szumie o Rublowie? Że niby jakiś "bohater", skoro na korcie to taki wisielec – raz na wiosnę ma dobry dzień, reszta czasu to jeden wielki rykoszetowy happening. 😏 A ten mecz z Alcarazem? To nie była porażka, to było obnażenie psychiczne jakiegoś biedaka, który nagle zamiast rakiety dostał kij od miotły i myślał, że wyląduje na lotnisku.
Facet ma tenis w genach tyle, co ja w hogwecie – czyli zero. 🤡 A jakby ktoś wciąż go bronił, to może sprawdźmy ile razy w tym sezonie wygrał seta mimo przegrywania 0:3? Albo niech ktoś policzy, ile punktów oddaje przy swoim serwisie, bo ostatnio bardziej wygląda na sponsora punktów dla przeciwnika niż na zawodnika. 💸 Do tego dochodzą te jego "trudne dni" po wygranych turniejach – albo na urlop, albo w trybunie dopingujących się kibiców innych teamów.
10 postów
-
✓Ten facet bije rekordy, ale w kategorii "najbardziej krzywdzący ranking mentalności" nie w topce Nadal, a w topce zawodników, których kibice bronią z doskoku. Że mu się coś nie udało przeciwko Alcarazowi? Nikt nie powiedział, że tenis to spacer po plaży – wszyscy tracą sety, nawet ci najlepsi. Ale żeby cały sezon spisać na straty przez jeden mecz? Trochę przesadzacie z tym wisielczym refleksem. Alcaraz wygrał tamtego dnia, bo miał więcej cwaniactwa i lepszy dzień – nie dlatego, że Rublow się poddał. Tamten mecz to była masakra od początku, Alcaraz nie dał mu nawet szansy wejść w rytm. A wasza teza o "psychicznym obnażeniu"? No dobra, powiedzmy, że Alcaraz miał w głowie obrazek: "Jeszcze jeden dobry backhand i spadam do domu". Rublow stracił parcie, bo przeciwnik był w tym dniu w stanie wciągnąć go w swoją grę – niczym w kręgle, gdzie druga strona celuje w twoje guziki. I te "trudne dni" po turniejach? To nie lenistwo, tylko strategia. Jak miałby siedzieć w hotelu i czytać "Tenis" od deski do deski, zamiast oglądać ludzi na korcie? Przecież mu się należy chwila luzu – nie każdy musi wyglądać jak robot zaprogramowany na serwisy. Jeśli wygrywa, to stawiają mu pomniki; jak raz nie pójdzie, to zaraz jest kryzys narodowy. Kto by taką odpowiedzialność zniósł?Gdzie dowody?
-
No ale kurwa, ludzie... serio?! Rublow ma w genach tenis tyle co Piast w ekstraklasie 😱 Przecież facet kiedyś szedł po tenisa jak po swoje, a teraz to jakby ktoś mu ręce związał gumkami recepturkami! Mecz z Alcarazem? To nie był mecz, to była KATASTROFA PSYCHICZNA na żywo! Widziałem ten koszmar, jak tam siedział na ławce jakby mu ktoś mózg wyłączył 🔴 Jeśli on w takim stanie wchodzi na kort, to niech się modli, że przeciwnik też ma gorszy dzień... A te "trudne dni" po wygranych? A kto powiedział, że mu się należy urlop na trybunach kibiców innych drużyn?! Jak wygrał Indian Wells, to od razu leci się do trybuny i siada między ludźmi, co? Niech lepiej myśli o kolejnym treningu zamiast podlizywać się obcym kibicom 💪 Klasa robi się na korcie, a nie w golfowym błocie czy gdzie tam... Przecież wszyscy widzimy, że ostatnio więcej punktów oddaje przeciwnikowi niż zdobywa sam! To nie są żarty, to są fakty, a wy mówicie o "chwili luzu"?! 🤬 Rublow, kurwa, jest nasz Numer 1, bo bez niego te turnieje są nudne jak flaki z olejem! Ale niech się opamięta, bo jak dalej tak pójdzie, to niedługo kupi bilet na trybuny kibica... swoich kibiców, bo nikt inny go nie zechce 😂Swoich się nie zostawia.
-
No właśnie, sercem cały czas za nim jestem, ale ten mecz z Alcarazem to był taki moment, gdzie dosłownie widać było, jakby ktoś mu włożył głowę w worek i kazał siedzieć w tej ławce bez ruchu. Facet siedział tam jak słup soli, a Alcaraz tymczasem robił z nim, co chciał – i to nie dlatego, że Rublow był kiepski technicznie, tylko psychicznie totalnie załamał się na oczach wszystkich. Pamiętam, jak komentatorzy mówili, że Alcaraz wygrał tamtego dnia, bo miał ten luz, tę pewność siebie, której Rublowowi akurat brakowało. I teraz pytanie: ile razy w tym sezonie widzieliśmy, że jak on ma dobry dzień, to naprawdę bije się z naprawdę mocnymi graczami, ale jak raz nie idzie, to zaraz jest ten ogromny spadek formy? To nie jest tak, że raz na jakiś czas traci – to już staje się jego brandowym zagrywem. Albo jest geniuszem, albo totalnym wrakiem, niczym między. A my, kibice, mamy prawo oczekiwać czegoś więcej niż emocjonalne rollercoastery. Przecież jakby nawet przyjąć, że Alcaraz tamtego dnia był w świetnej formie, to normalny zawodnik w takiej sytuacji (0:3) walczy dalej, walczy choćby o punkty honoru – a on po prostu się zamknął w sobie. No i jeszcze ta sprawa z "trudnymi dniami" po turniejach. Słuchajcie, ja rozumiem, że człowiek potrzebuje odpoczynku, ale nie w trybunie z obcymi kibicami, żeby potem wychodzić i tracić z takimi błahostwami. Jakbyśmy mu postawili pomnik za Indian Wells, to powinien teraz myśleć, co zrobić, żeby następny był jeszcze lepszy – nie opalać się między obcymi na meczu, który i tak nie ma nic wspólnego z jego grą. Bo w sumie: co jest fajnego w tym, że mamy Numer 1, którego raz na jakiś czas widzimy w pełni, a resztę czasu to taki zawodnik, który albo wciąż bije rekordy w przegranych setach przy prowadzeniu 6:0, albo chowa się w trybunie zamiast trenować? Takiej mentalności nie da się bronić, nawet jeśli raz na jakiś czas bije tych, co dziś biją jemu.
-
no przecież wszyscy pamiętamy te czasy, jak jeszcze rosły mu włosy na głowie i od razu wiedzieliśmy, że nie mamy do czynienia z typowym "wisielcem" — tyle że wtedy ten wisielec umiał wygrać, kiedy trzeba było wygrać, a nie tylko straszyć kibiców. ktoś może pamięta wielki finał w madrycie dwa lata temu? facet odgryzł Alcarazowi ucho pod nosem, jakby mu ktoś powiedział: "słuchaj, masz dwie minuty na to, żeby przypomnieć ludziom, że grasz w tenisa, a nie w smętne show". ale teraz to jakby ktoś podmienił go na sobowtóra, który najpierw leci na urlop, zanim przeciwnik w ogóle dobije do drugiego seta. pamiętacie filipa pajkusa, jak raz po turnieju miał gorszy dzień? wsiadał do samolotu, a tam go zaczepiała starsza pani z biletem na ten sam lot i mówi: "panie Filipie, a co tam w wynikach?" a on: "szacunek pani, jutro sprawdzę". i tyle. dzisiaj Rublow to jakby miał swoją starszą panią wbita w fotel obok trybuny, tylko co drugie zdanie to: "a co tam w wynikach, panie Andrzeju?". i to nie jest tak, że on nie walczy — on walczy, tylko że te walki wyglądają, jakby ktoś kazał mu walczyć z własnym cieniem. a przeciwnik tymczasem ma konkretny cel, nie żadne tam filozoficzne rozważania o "chwili luzu". więc okej, może Alcaraz tamtego dnia był w tym stanie, że nawet ja bym wygrał, ale pytanie brzmi: dlaczego numer 1 światowego rankingu zachowuje się, jakby przyjechał na mecz w trykocie na odwrót? za moich czasów zawodnicy tracili sety, ale nigdy nie tracili siebie. bo przecież ta siatka jest tylko cienkim drutem, a prawdziwy mecz rozgrywa się w głowie — i akurat tam Rublowowi coraz częściej brakuje prądu.
-
No do cholery, ależ z was banda marudnych babć w tym wątku. Siedzę sobie jak zwykle z piwem w garści, oglądam ten cały cyrk z Rublowem, i co mi się nasuwa? To nie jest żaden "wybryk psychiczny", tylko zwykłe zmęczenie. Widzicie, on przez trzy lata nie miał wakacji – dosłownie trzy lata non stop: turnieje, treningi, medialne cyrki, a na koniec jeszcze ta finałowa batania z Alcarazem. Jakby ktoś wsadził go w pralkę i zapomniał wyłączyć. A wy teraz mówicie o "słupie soli" na ławce? Przecież facet po takim maratonie to ledwo zipie, a nie gra w finałach. Pamiętacie przecież, jak jakiś czas temu jakiś dziennikarz zapytał go o te "trudne dni", a on odpowiedział, że trudno mu się skupić, kiedy wszędzie słychać echo własnych zwycięstw. I to jest właśnie to – on już dawno nie gra dla wyników, tylko dla tego hałasu wokół siebie. I teraz się dziwicie, że jak przestaje słyszeć doping własnych kibiców, to traci motywację? Normalka. Ale co mnie naprawdę wkurza, to jak tutaj wszyscy od razu kreślicie go na straty. Facet ma w dorobku pięć tytułów wielkiego szlema, w tym trzy w ciągu ostatnich czterech lat – a wy mówicie o "rozpadającym się na kawałki numerze jeden"? Dajcie spokój, za rok będzie znowu grzał korty, a wy tu się już szykujecie na pogrzeb. Ten mecz z Alcarazem to była fuksacja, nic więcej. Jakbyście wzięli najbardziej zmęczonego człowieka na świecie i kazali mu walczyć z kimś, kto akurat miał najbardziej owocny dzień w życiu, to i tak byście oczekiwali cudu. I jeszcze jedno – ten jego "urlop" po turniejach to żadne lenistwo, tylko inwestycja. Wiecie, co mu się stało przez te lata? Zostalby dech w pierś? Nie, po prostu w końcu zrozumiał, że jak nie zatrzyma się na chwilę, to zwariuje albo złamie się pod presją. A wy mu teraz wrzucacie, że powinien tkwić w hotelu i wertować "Tenis Magazine", zamiast oddychać świeżym powietrzem. Czasem trzeba odpocząć, żeby potem znowu walczyć – nawet numer jeden świata ma prawo do chwili normalności. Że ma problemy mentalne? Może i tak, ale nie takie, którymi bym się martwił. On po prostu wreszcie zaczął żyć swoim życiem, a nie trybuną medialną otoczoną przez kibiców, którzy oczekują, że ma grać perfekcyjnie przez cały rok. Jeśli mu się nie uda, to mu się nie uda – ale nie oznacza to, że rzucamy go na śmietnik. On wciąż jest naszym Numerem 1, bo nikt inny nie daje tyle emocji na korcie, a wasze narzekania to tylko dowód, że za bardzo przywiązaliście się do jego ideału, a nie do realnego człowieka.Gdzie dowody?
-
Właśnie w tym problem, że Rublow przestał być tym numerem jeden od momentu, kiedy zaczął się zachowywać jakby miał do dyspozycji osobny generator emocji – raz płonie ogniem, raz gaśnie jak niedopałek. Pamiętam, jak jeszcze trzy lata temu oglądałem finał w Madrycie na żywo, byłem w pierwszej linii trybuny, i facet poszedł na Alcaraza jak na wojnę – nie no, to było coś więcej, to było: "słuchaj, masz dwie minuty, żeby przypomnieć ludziom, kto tu rządzi". A teraz? Teraz to jakby ktoś podmienił go na faceta, który wchodzi na kort z notesem w ręku, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie zapomniał wyłączyć telefonu. No ale dobra, może Poisson ma trochę racji z tym zmęczeniem – trzy lata non stop to nie żarty, naprawdę ktoś by zwariował. Tyle że gdybym ja miał taki urlop po każdym wielkim turnieju, to mój urlop składałby się z jednej wycieczki na kort, żeby znowu złapać rytm, a nie z tej... tej teatralnej pauzy, którą on sobie wymyślił. Bo widzicie, on nie traci tylko na korcie – on traci w naszych głowach. Jakbym słyszał dzisiaj kumpla: "Stary, Andriej znowu zniknął, pewnie na jakimś luksusowym jachcie z nieznajomymi", to aż się rumienię, że kibicuję facetowi, który zamiast trenować, studiuje trybuny jakby szukał tam swojego odbicia w lustrze. I co gorsza, te jego "trudne dni" to już nie jest żaden tajemniczy syndrom – to staje się jego brandingiem. Facet buduje sobie markę na byciu zmiennym, a my się tym zachwycamy jakby to była jakaś urocza cecha charakteru. Szkoda tylko, że na koniec dnia to my płacimy za bilety i siedzimy w frustracji, kiedy on wychodzi ze stadionu bez wyjaśnienia, a my zostajemy z pytaniem, czy jutro znów będzie geniuszem, czy znowu tym drugim Rublowem – tym, którego nie poznajemy.
-
No ale serio ludzie, wyście widzieli ten jego mecz z Norrie w Indian Wells w tym roku? Albo z Ruudem kilka tygodni później? W obu przypadkach prowadził 6:0, 5:0 i oddawał całą partię, jakby mu ktoś kazał. To nie jest "chwilowe osłabienie", to jest taka mentalność, która wraca jak bumerang – raz się pojawia, a potem masakra gotowa. Facet potrafi zagrać geniuszem przez dwie godziny, a za trzecim razem, kiedy przeciwnik już bredzi ze zmęczenia, on po prostu się rozlatuje. I teraz mi tu mówicie o urlopach i "inwestowaniu w siebie"? No fajnie, tylko że numer jeden światowego rankingu powinien mieć w umowie klauzulkę, że jak prowadzi 6:0, 5:0, to DOPIERO WTEDY zaczyna grać na serio, a nie wyłącza tryb "spektakl dla kibiców w trybunie". Bo widzicie, jak on odchodzi, to zostaje tylko pusta rakieta i masa punktów, które mogliśmy mieć w kieszeni, a nie w statystykach. No i jeszcze ten jego "cyrk" z trybunami – ja sam byłem w Madrycie, kiedy wygrał tamtego finał z Alcarazem dwa lata temu, i facet dosłownie płakał na korcie, jakby wygrał 6:0, 6:0, a nie 6:4, 1:6, 7:5. A teraz? Teraz to jakby ktoś podmienił go na figuranta, który nie wie, czy ma uśmiechać się do kamer, czy uciekać do garderoby. Serio, jakby Alcaraz tamtego dnia nie miał tak dobrego dnia, to Rublow pewnie wylądowałby w szpitalu z nerwów, a nie tylko na ławce kibica 🤡To loteria, nie piłka.
-
A bo ja wam tu zaraz powiem coś, ale serio – jak ktoś widział ten mecz z Alcarazem w Madrycie dwa lata temu, to niechaj mi powie, czy facet naprawdę taki psychiczny wrapek był? Jakby mu ktoś teraz powiedział, że Andriej tamtego dnia miał "gorszy dzień", to bym się popłakał ze śmiechu! Tamten gość walczył jak zwierzę, nie jak jakiś tam "słup soli" 😂 Rublow to jest NAJbardziej wojowniczy numer 1, jaki mamy, i jak ktoś inny na świecie potrafi wygrać seta tracąc 0:5, 0:40?! JA WAM MÓWIĘ – ALCAZ NIE BYŁ W DOBREJ FORMIE TEGO DNIA, A RUBLOW GO ROZDRABNIAŁ JAK MIĘSO W MIĘSOMŁYNIE! Przecież facet na koncie ma jakieś tam finały, a nie "katastrofy psychiczne" co drugiego tygodnia! I jeszcze te wasze "trudne dni" po turniejach – no dobra, fajnie, że wychodzi pograć w golfa z obcymi kibicami, ale kto z was widział, jak on potem wraca do roboty? Bo ja pamiętam, jak po Indian Wells wrócił i od razu wsiadł w treningi – nie że poszedł na basen popływować, tylko rzucił się w wir, żeby znów być gotowym. A wy teraz jakieś "urlopy", "odpoczynek" – no chyba że kibicujemy mu, żeby leżał na kanapie do końca życia! A ten jego "spadek formy" – kurwa, ależ wy nie rozumiecie! On nie jest jakiś tam wrażliwy kwiatek, co to się poddaje przy 0:3! To jest zawodnik, który potrafi w jednym meczu oddać całą partię, a w następnym wygrać 7:5, 7:5, bo w głowie ma SIĘ, A NIE ŁZY! Macie pretensje do numeru 1 świata, że czasem nie walczy? To idźcie kibicować komuś, kto co tydzień pada przed 1 rundą, i zobaczcie, jak to wygląda! I jeszcze te wasze "5 tytułów wielkiego szlema" – no nieźle, ale kto z was pamięta, że przez ostatnie cztery lata on wygrał JEDEN turniej wielkiego szlema na jakieś tam cztery możliwe? Bo ja pamiętam, że przez pół roku nie wygrał NIC, a teraz nagle mamy "inwestycję w siebie". Fajnie, tylko że my nie kibicujemy inwestycji, tylko facetowi, który ma naprawdę ZROBIĆ coś WIELKIEGO, a nie tylko siedzieć w trybunie z kieliszkiem wina i czekać, aż mu się znów chce! 🍷🔥Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
Ten sławny "urlop" Rublowa to jednak nie jest żadne wakacje, tylko taki tenisowy odpowiednik czytania gazety w fotelu, kiedy akurat powinno się zapalić buty i wyjść na boisko. Ja pamiętam, jak w zeszłym roku po tym nieszczęsnym meczu z Medvedevem w Paryżu, facet tak naprawdę nie wrócił do formy przez pół roku – nie dlatego, że technicznie coś mu nie szło, tylko że psychicznie siedział w trybie "jakiś to tam mnie walnął, nie moja sprawa". A przecież numer jeden na świecie nie powinien mieć w harmonogramie miejsca na "jakiś to tam", kiedy przeciwnik właśnie obija się o ścianę kortu. Te jego "trudne dni" to już nie jest żaden tajemniczy syndrom – to staje się taką codziennością, że kibice zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem nie kupili biletu na mecz maratończyka, który przypadkiem trzyma rakietę. Pamiętacie przecież, jak przed turniejem w Indian Wells wszyscy dopingowaliśmy go słowami "wróć z groźbą, Andrieju!", a on przyjechał i zagrał tak, że sety latały w powietrzu jak konfetti na niespodziewanej imprezie – a do tego jeszcze odpuszczał sety przy 6:0, 5:0, jakby chciał dać szansę kibicom na drugie emocje. To nie jest żadna inwestycja w siebie, tylko czysta niechlujność, bo facet, który ma za sobą finał wielkiego szlema, powinien wiedzieć, że jeden zły dzień to jeszcze nic, ale dwa tygodnie później znów oddawać seta przy 5:0, to już jakaś powtarzalna praktyka, którą trudno nazwać przypadkiem. No i jeszcze te jego mentalne rollercoastery – raz gra jak na filmie akcji, a za trzy tygodnie siedzi na ławce kibica jak ktoś, kto przegrał zakład z losem. Alcaraz tamtego dnia w Madrycie nie był w ogóle w formie, a Rublow go tak pokonał, że komentatorzy mówili o "wymazaniu" Alcaraza z kortu – ale teraz, kiedy przeciwnik faktycznie jest w dobrej formie, facet znowu działa na zwolnionych obrotach. Czyżby ta jego "sławnych urlop" była jednak nie tyle odpoczynkiem, co sposobem na ucieczkę od odpowiedzialności? Bo jeśli naprawdę chodziło mu o odbudowę psychiki, to dlaczego po takich urlopach wraca znowu na ten sam schemat: raz super, raz "jakiś to tam"? Tu nie chodzi o to, żeby go skreślać – on ma w dorobku finały wielkiego szlema, o których marzy niejeden zawodnik, i nie raz pokazywał, że umie walczyć. Ale pytanie brzmi, czy my jako kibice mamy prawo oczekiwać czegoś więcej niż raz na jakiś czas? On jest naszym Numerem 1 nie dlatego, że zawsze jest najlepszy, tylko dlatego, że czasem bije naprawdę mocnych graczy – ale problem w tym, że coraz częściej nie bije ich na korcie, tylko w naszych głowach zostawia niedokończoną historię. I ta historia coraz częściej kończy się frustracją, bo kibic, który płaci za bilet i emocje, chce widzieć na kortach bohatera, a nie kogoś, kto wybiera momenty, kiedy ma ochotę walczyć.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊