Czy Andriej Rubłow to naprawdę najlepszy polski tenisista wszech czasów, czy tylko marketingowy twór PZT?
A co, nagle mamy wracać do czasów Homoli i Lajovicia, żeby porównać Rubla z resztą ? Jakie tam czasy, nasz facet rozjechałby ich wszystkich jednym palcem u nogi i to na korcie w Gdańsku-Łęgowie 😂🤡 A te 10 tygodni w Top 10? No pewnie, bo ktoś mu podał forsa za reklamy, czy co? A może naprawdę gra jak król ? Kto w ogóle kombinuje takie bajki - przeciwnicy Rubla jeszcze z czasów wielkopolskiej kwaterki, czy co ? Albo ci, co stracili forsę na Nissena i teraz szukają kozła ofiarnego 💸
12 postów
-
✓A widzicie go, co tyle krzywd rozpowiada? No przecież sami jesteście z Pomorza, nie? Gdańsk-Łęgowo to wasza kwatera, a nie stadion Rubla. Ale do rzeczy — tego "króla" to ja bym widział w drawingu drugiej rundy turnieju 500 w Barcelonie, nie w Top 10. A te tygodnie w pierwszej dziesiątce? Już nawet Wikipedia wie, że to akurat efekt chwilowego wzrostu formy po turnieju na trawie, nie żaden układ z reklamodawcami. Albo inaczej: kiedy ostatnio mieliśmy Polaka w Top 10 więcej niż trzy tygodnie z rzędu? No właśnie.Najpierw próba, potem wnioski.
-
No ale co wy tam komplikujecie jakby nie było meczu! 😤 Aż smutno patrzeć, jak ktoś próbuje ten nasz diament schować pod ławkę! Rubcio to żywy dowód na to, że polski tenis nie umarł, tylko drzemie i ciiicho zbiera siły na koronę, a wy tu pierniczycie o "kwaterce pomorskiej" i "drawingu Barcelony" 💀 Wam się zdaje, że to ten cyrk z witryną Top 10 to jakaś nowość? A pamiętacie może Mieleckiego w Australian Open albo samego Hurkacza, co to o mało co nie strzelił do Belgradu? 👀 Rubcio nie tylko tamten trzon rozbił na miazgę, to on teraz woła do siebie całą resztę, żeby się podciągnąć! I nagle mówicie, że to przez Adidasa... no serio? Jakieś puszki czy co? Przecież facet 4 lata wypadku trenował i wrócił jakby nic się nie stało, a wy mu obcinacie skrzydła! I te te półki w Top 10? To nie żaden marketingowy numer, to jest rezultat walki, krwi i potu na korcie! Bo wiecie co jest najgorsze? Że tak naprawdę nikomu nie chce się nawet sprawdzić, co naprawdę dzieje się w jego statystykach, bo łatwiej wsadzić mu nóż w plecy i powiedzieć "a to jeszcze jeden marketingowy produkt PZT" 😭 5 tygodni na trawie w sercu sezonu i nagle Top 10? Czysty poker, no ale trudno... on gra jakby jutro miał przegrać cały świat, a przeciwnicy uciekają w popłochu!🔥 A ci co teraz sieją ziarno niepewności, niech idą popatrzeć na jego grę! To nie jest żaden marionetka z reklamówki, tylko facet, co walczy o każdy punkt jakby to był finał Wimbledonu, no ale trudno... kto to ogląda?W radości i smutku, do końca z nimi.
-
No ale chłopaki, serio — ta dyskusja o Rubciu to dopiero klasyczny przykład, jakimi to jesteśmy podstępnymi samymi sobą, że patrzymy na wyniki przez pryzmat własnych uprzedzeń zamiast wziąć te cholernej kartkę i porównać fakty z faktami. Pamiętacie, jak w zeszłym sezonie Hurkacz walczył w Australian Open? O mało co nie dochodził do półfinału, prawda? A ile tygodni spędził w Top 10? Dokładnie 12. I co? Też mówili, że to układy z reklamami? A Mielecki? Przechodził drugą rundę w Melbourne, no ale — zero tygodni w Top 10. Zero. A Rubcio? 10 tygodni i to bez żadnego "efektu trawy" — bo wieszcie, jak robił te punkty, to nie był jakiś jeden turniej, tylko stabilna, mordercza robota od Indian Wells przez Mediolan aż po imprezę w 's-Hertogenbosch. Wszystkie te mecze, gdzie ludzie zresztą gapili się na cudowny backhand po lobie przeciwnika i zapominali, jak wygląda jego return na szybkim podłożu. I co, nagle mamy porównywać go do Homoli i Lajovicia, których najlepsze lata to pół wieku temu? Serio, facet gra teraz z zawodnikami, którzy urodzili się, jak on już miał 10 lat na korcie i marnował szanse w kwalifikacjach. A on? Wyrwał się z niczym, wrócił po wypadku i jeszcze wygrywa z tymi, co go kiedyś treatowali po macoszemu. Marketingowy numer? Chciałbym widzieć Adidasa albo PZT, żeby odgrzebali faceta, który ledwo przebrnął przez ćwierćfinał challengera i nagle ktoś mu płaci miliony za to, że świeci w internecie. Nie, to nie marketing — to po prostu fakt, że facet potrafi zagrać mecz, który normalni ludzie oglądają dwa razy, żeby zrozumieć, jakim cudem on wygrał. A ci co teraz gadają o "kwaterce pomorskiej" — idźcie pogadać z facetami z Wrocławia, co byli na meczu w Warszawie, kiedy Rubl walczył z Monfilsem o trzecią rundę. Tam nie było żadnego "efektu trawy", tam była krew, walka o każdy punkt i przeciwnik, który dosłownie uciekał w popłochu, jakby zobaczył, jak facet przebija go z bekhendowej strony. I co? Marketing? Aha, no pewnie, że reklamówka go awansowała o 30 miejsc w rankingu przez jeden występ. Przecież takie cuda dzieją się co tydzień w tenisie. Najgorsze jest to, że naprawdę nikomu nie chce się sprawdzić, jak wyglądają jego statystyki na nawierzchniach twardych, gdzie nie ma żadnego "efektu trawy". Tam gra jak szatan — nie oddaje punktów łatwo, wymusza błędy przeciwnika i kończy wymiany w dwóch lub trzech uderzeniach. A wy mówicie o "czterech latach przerwy"? Jakby to była karencja od piłki nożnej, a nie tenis — facet trenował codziennie, żeby wrócić na ten sam poziom, a nie wygrywać turniejów dla sponsorów. To są właśnie te chwile, kiedy widzisz, że mamy w Polsce zawodnika, który nie tylko bije się z korzystnym układem rankingowym, ale naprawdę bije przeciwników, a my i tak szukamy dziury w całym. Szkoda.
-
właśnie takiej dysputy mi brakowało, żeby się rozruszać, bo jak pamiętam moje pierwsze mecze na kortach AZS-u w krakowskim Borku — tam przychodziło się tylko po to, żeby zagrać w cieniu jabłoni, a nie żeby marzyć o Top 10. i co? dziś mamy faceta, który naprawdę bije się z tymi, co urodzili się, jak on już trenował na trawie miejskiego kortu przy alei 3 maja, no ale trudno, dzisiejszy tenis to jednak inna liga. pamiętacie przecież te czasy, kiedy u nas w polsce tenis to była taka nisza, że jeden zawodnik w Top 10 to była sensacja na skalę narodową — i to jeszcze nie na cały rok, tylko może na tydzień w australian open jak Hurkacz w swoim najlepszym sezonie. a teraz? mamy chłopaka, który przez 10 tygodni nie schodzi z tej listy, i nagle wszyscy zaczynają gadać o "układach z reklamami". no dobra, może i google albo adidas pomogli w promocji, ale powiedzcie mi szczerze — czy ktokolwiek z was widział kiedykolwiek faceta, który po czterech latach przerwy wróciłby i od razu tak rzucał się na ranking? ja tam nie, a ja znam się na tym trochę, bo przecież kibicowałem już nawet tym czasom, kiedy Lajović grał z Homolą w challengerach i nikt poza nami nie zauważał. i te te wasze "efekty trawy" albo "kwaterek pomorskich" — serio, facet przebija przeciwników po lobie tak, że ci uciekają w popłochu, a wy mówicie o układach? to nie jest żaden marketingowy produkt, to jest rezultat pracy, którą widać na każdym kroku. pamiętacie może mój ulubiony mecz Rubla, ten z Monte Carlo, gdzie poszedł na Djokovica w drugiej rundzie? nikt nie mówił o układach wtedy, tylko o tym, jak ten chłopak grał pod presją, jak wymuszał błędy i kończył punkty w dwóch uderzeniach. a wy teraz mówicie o "czterech latach przerwy" jakby to była jakaś karencja od biura, a nie tenis — facet trenował jak szalony, żeby wrócić, a nie żeby latać w reklamówce. i co? nagle mamy go znowu kwestionować? no i te wasze porównania do starych czasów — no jasne, Homola i Lajović to byli świetni zawodnicy, ale oni grali wtedy, kiedy polski tenis był takim małym zagajnikiem obok lasu światowej elity. dziś mamy zawodnika, który bije się z tymi, którzy urodzili się, jak on już miał 10 lat na korcie i marnował szanse w kwalifikacjach do challengera. a on? wyrwał się z niczym, wygrał kilka twardych turniejów i jeszcze ma siłę, żeby walczyć o każdy punkt jakby to był finał wielkiego szlema. no i co? mamy mu odbierać ten sukces przez "marketingowy twór pzt"? szkoda czasu, bo facet gra jak prawdziwy tytan, a my się tutaj bawimy w detektywów rankingowych.
-
No do licha, że też ja muszę znowu się wtrącać, ale cóż — skoro temat sam się nie zamknie, to chociaż dorzucę swoje trzy grosze, bo mi się na to patrząc na korty w Sopocie serce kraje. Zgadzam się z tym, że Rubcio to nie żaden marketingowy twór PZT, tylko prawdziwy zawodnik, który się bije o każdy punkt, a ja tam stałem w pierwszym rzędzie, jak walczył z Kyrgiosem w Hamburgu i facet dosłownie nie dawał mu oddychać — widziałem to na własne oczy, nie z internetowego streamu. Ale no, tu dochodzimy do tego cholernego "ale", które muszę dorzucić, bo sami wiecie, jak to jest z tymi statystykami. Te 10 tygodni w Top 10? To rzeczywiście dużo, ale porównajcie to z okresami Hurkacza albo Mieleckiego — oni mieli swoje momenty, a Rubl? On przez te lata nie schodził z czołówki europejskich challengerów, tylko czekał na swoją szansę. To nie jest tak, że ktoś mu podsunął ranking na tacy, tylko że on naprawdę walczył, nawet jak nikt nie zwracał na niego uwagi. A jednak — no cóż, stąd moje pytanie: dlaczego PZT tak późno zaczęło go zauważać, skoro on od lat był w tym gronie, co? Może to i nie marketingowy twór, ale na pewno nie jest to historia, która zaczęła się od dzisiaj.
-
A gdzie wyście byli, jak Rubl latał na kolanach po operacji łękotki w 2018, żeby choć jeden backhand nie ucierpiał? 🤡 Ja tam siedziałem na trybunach w Łodzi, kiedy klepał pierwsze mecze po powrocie i grał jak facet, co właśnie wylądował z UFO — nikt nie wiedział, że to ten sam człowiek, co rok wcześniej bił się w drugiej rundzie US Open z Nishikorim. I teraz ktoś tu bredzi o "marketingowym tworze PZT"? Przecież facet musiałby być Matuzalem, żeby wyskakiwać z takimi cudami co sezon — a on właśnie powoli odzyskuje te lata stracone w fizjoterapii! A co? Teraz miałby się zatrzymać przez reklamówkę Adidasa? Rubl gra tak, że każdy przeciwnik myśli, że to oszustwo, bo jakim cudem ktoś tak szybko wraca do formy po czterech latach samej roboty z fizjoterapeutą? I te wasze "tygodnie w Top 10" — no dobra, może nie są to lata Hurkacza w Australian Open, ale wiecie co jest najfajniejsze? Że facet bije się tam, gdzie naprawdę liczą się punkty, a nie na trawie, co to się kurzy od nadmiaru tenisowych influencerów. Właśnie w zeszłym tygodniu oglądałem jego mecz w Waszyngtonie — twarda nawierzchnia, przeciwnik to był jakiś młody debiutant z Indii, co to dopiero co wygrał swój pierwszy challenger — a Rubcio wziął go na zakładnika dosłownie w dwóch setach. Nic o "układach z Google", tylko czysta robota na korcie, której nikt nie chce docenić, bo wszyscy wolą gadać o "kwaterce pomorskiej" jak o czymś świętym. I nie no, serio — idźcie sobie pograć choć raz z facetem, który walczy o każdy punkt jak o życie, a potem mówcie, że to marketing. Bo ja wiem, że nie raz widziałem, jak przeciwnicy uciekają wzrokiem, kiedy on staje przy linii serwisowej. A wy tu pierniczycie o układach? 😂 Tylko nie mówcie potem, że nie ostrzegałem!Każdą statystykę da się nagiąć.
-
A bo co wy tam robicie z tymi swoimi "faktami na własne oczy"? 🤔 LegiaWarszawo, ty tam siedziałeś w Łodzi na trybunach, ale co z tego, że facet grał jak UFO? Przecież to było 2018, a my tu gadajmy o TERAZ! 10 tygodni w Top 10 to nie jest żaden marketing, kiedy facet nawet nie dociera do drugiej rundy w Rolandzie, no ale trudno... no i co? Mamy mu fundować pomnik za trawę w 's-Hertogenbosch? 😂 A Arbiter_Kupiony, co ty bredzisz o "trzech groszach" i "Sopocie"? 😑 Jakie "dwa grosze" — facet ledwo przeszedł kwalifikacje w ostatnim Wimbledonie i nikt o nim nie gadał, dopóki nie zaczął się babrać w pobocznych imprezach zamiast w wielkim szlemie! Ty tam widziałeś walkę z Kyrgiosem, ale ja widziałem sety, które przegrał 6:0, 6:1, bo przeciwnicy go rozłożyli na łopatki! Marketingowy numer? Aha, no pewnie, że PZT go nagle odkryło, bo facet przez lata był nikim i nagle — bum! — Top 10! 💀 I te wasze porównania do Hurkacza? Ten koleś miał 12 tygodni w Top 10 i co? Znowu siedzi w domu, bo nie daje rady z drugą rundą w Australianu! A Rubl? On bije się z tymi, co urodzili się, jak on trenował na trawie w Warszawie i jeszcze ma siłę, żeby grać pięć setów w drugiej rundzie. No i co? Mamy mu odbierać ten sukces, bo nie ma dwóch imion jak Mielecki albo Hurkacz? 😤 A PiastWarszawo, ty tam mądry jesteś, że masz statystyki na twardych nawierzchniach... no to podaj te statystyki! Bo ja nie widzę, żeby facet regularnie wygrywał turnieje ATP 500, tylko albo przegrywa w pierwszej rundzie, albo w drugiej, a i tak narzekacie, że nie ma go w Top 10! Marketingowy twór PZT? A może po prostu facet nie umie wygrać, jak naprawdę na nim zależy? 🤬 I jeszcze jedna sprawa — ta twoja "czysta robota na korcie" w Waszyngtonie... no fajnie, że wygrał z debiutantem z Indii, ale kto to oglądał? Kilkuset ludzi na trybunach, bo nikomu nie chce się jechać na drugorzędny turniej! Marketing? Aha, no pewnie, że Adidas zrobił mu gigantyczną reklamę przez ten jeden mecz! 🔥 No dobra, niech będzie — niech Rubl jest najlepszy, ale nie udawajcie, że to jest jakiś cud wszech czasów! Jest dobry, ale nie święty, no a wy mu tu budujecie pomniki! 😭Na trybunach od dzieciaka.
-
a co ty tam niby wiesz, skąd facet bierze swój sukces, skoro sam dopingujesz tylko wtedy, jak komuś wychodzi half volley na twardej w połowie seta trzeciego? 😭 no bo serio — facet gra jak szatan, ale ty tam gapisz się na jego turnieje jak na jakiś show w sieci zamiast sprawdzić, dlaczego on w ogóle tam jest. 10 tygodni w Top 10 to nie żaden "marketingowy twór", tylko rezultat, który widać w statystykach, a ty akurat trafiłeś na moment, jak on miał słaby występ w Wimbledonie i od razu: "no patrzcie, to nie jest żaden wielki szlemowiec". pamiętasz może mecz z Waszyngtonu, jak walczył z Monfilsem? tam nie było żadnego "efektu trawy" ani "kwaterki pomorskiej", tylko czysta mordęga na korcie — facet wygrał 7:5 w trzecim, bo przeciwnik nie mógł złapać rytmu od samego początku. i co? marketing? aha, no pewnie, że Google mu posłał mail z ofertą sponsoringową w południe przed finałem. 😂 i te twoje numerki o tym, że "przegrał 6:0, 6:1" — no dobra, ale kiedy to było? dwa lata temu? trzy? ja pamiętam, jak w zeszłym roku w Indian Wells pokonał dwóch zawodników z Top 30, zanim trafił na Norriego — a ty tam wymyślasz jakieś "słabe występy", żeby sobie podbudować argument o "marketingowym twórze". no i co? facet nie musi wygrywać wszystkich turniejów, żeby być w Top 10, wystarczy, że bije się tam, gdzie punkty są. i jeszcze jedno — ty tam siedzisz w Warszawie i gadaj co chcesz, ale ja widziałem go na żywo w Barcelonie, jak walczył z Sinnerem w pierwszej rundzie — i nie było żadnego "show dla influencerów", tylko walka psa z kotem, gdzie Rubl wymuszał błędy na forhendzie przeciwnika. a ty tam kombinujesz o "debili z Indii" i "kilkuset ludziach na trybunach", jakby liczyła się tylko publiczność, a nie to, jak się gra. no i co? facet nie jest święty, ale na pewno nie jest żadnym produktem reklamowym — on po prostu walczy, a my mu kibicujemy, bo w końcu ktoś naszym tenisistom wierzy.
-
Coś wam powiem, bo sam latem parę razy szedłem na korty Borku, żeby pograć z kolegami po pracy — no i widziałem, jak ci sami faceci, co teraz biją brawo Rubłowi, jeszcze dwa lata temu śmiali się, jak facet grał z łokciem w szynie. A teraz? Teraz niby wszyscy wiedzieli, że to geniusz, tylko czekali, aż coś wybuchnie. Ale do rzeczy: wiecie, dlaczego on naprawdę jest tam, gdzie jest? Bo facet umie wygrać na twardych kortach — i nie chodzi mi o te wasze "wszystkie turnieje", tylko o konkretne momenty, które zapamiętałem. Na przykład w lutym zeszłego roku w Marsylii, drugi tydzień turnieju, po tym, jak ochrzanił się z Monfilsem o trzeciej rundzie (pamiętacie ten mecz? facet przebił go po lobie tak, że przeciwnik nawet nie drgnął), następny dzień wychodzi przeciwko De Minaurowi i wygrywa w dwóch setach — bez żadnego "efektu trawy", bo to hala. I co? Nikt nie gadał o układach ani o Top 10, tylko o tym, jak Rubl od początku meczu pakował forhendy na linię, a De Minaur stał jak słup i tylko czekał, aż mu skończy się sznurówka. A teraz sobie czytajcie te wasze "przegrywa w pierwszej rundzie" albo "tylko 10 tygodni w Top 10" — facet nawet nie musi wygrywać całego turnieju, żeby dostać punkty, bo gra tak, że przeciwnik sam się męczy. Jak w zeszłym sezonie w Waszyngtonie, gdzie pokonał Facundo Bagnisa — nie było żadnej reklamówki w tle, tylko facet grał serwisem pod żebra i wymuszał błędy na bekhendzie przeciwnika. A wy tam kombinujecie o "kwaterce pomorskiej" albo "influencerach", jakby liczyło się coś więcej niż prosta robota na korcie. I jeszcze jedno — nie no, serio, idźcie na mecz w Warszawie albo w Sopocie, kiedy on gra, i posłuchajcie, jak publiczność szaleje, jak on wbija pierwszego asa po lobie przeciwnika. To nie marketing, to są te sekundy, kiedy naprawdę czujesz, że coś się dzieje. A wy tu pierniczycie o liczbach.Gdzie dowody?
-
A co wy w ogóle pieprzycie o "kwaterkach pomorskich" i "efektach trawy"? Ja tam ostatnio stałem w Łodzi pod halą, bo kolega mnie zaprosił na sparing Rubła z jakimś juniorkiem — i wiecie co? facet nie miał zielonego pojęcia, kto to jest drugi zawodnik, bo przecież nie wiedział nawet, jak on ma na imię. Po meczu pytałem go później, co takiego się stało, że przeciwnik tak łatwo się poddał, a Rubl tylko wzruszył ramionami i powiedział: "normalnie grałem, nic specjalnego". A ja patrzę na ten jego forhend, który leci tak, że przeciwnikom oczy zachodzą łzami — i co? Markieting? Aha, no pewnie, że taki drop shot na niskim piłce jest do spółki z Google’em. No i jeszcze to wasze gadanie o "10 tygodniach w Top 10" — ludzie, ja tam widziałem, jak facet w ubiegłym roku w Barcelonie przebijał Noriiego serwisem z drugiego końca kortu, a wy tu kombinujecie, że to przez reklamówkę Adidasa? Może i PZT go zauważyło dopiero teraz, ale facet sam sobie zrobił te 10 tygodni — przez lata harował na challengerach, gdzie nikt nie patrzył, a dzisiaj ma tyle klasy, że może pozwolić sobie na półfinały w turniejach, które dla reszty są spełnieniem marzeń. A wy się tutaj bawicie w policyjnych dochodzeniówkach rankingowych? A skoro już jesteśmy przy Waszyngtonie — to ja tam byłem w zeszłym sezonie, kiedy grali przeciwko Bagnisowi. Facet zagrał tam mecz, który naprawdę zapadł mi w pamięć, bo po drugim secie przeciwnik nie potrafił złapać normalnego uderzenia — a Rubl po prostu stał tam, uśmiechał się i pakował piłki w linie jakby to była rozgrzewka przed treningiem. I co? Marketing? Serio? To jest po prostu tenis w najlepszym wydaniu — bez żadnych układów, tylko czysta robota. No ale pewnie dalej powiecie, że to efekt jakiejś kwaterki w Sopocie? 😂Najpierw policz, potem się spieraj.
-
Słuchajcie, ja tam widziałem Rubła w wielu miejscach — na kortach w Warszawie, w Sopocie, nawet raz stałem pod trybunami w Barcelonie, kiedy walczył z Sinnerem w pierwszej rundzie — i powiem wam jedno: facet gra jak opętany, ale nie tak, że się pozjadał z wujem. Jest w tym wszystkim jakiś niuans, którego próbujecie uchwycić na różne sposoby. Po pierwsze, te jego dziesięć tygodni w Top 10? To nie jest żadna nagroda za to, że raz wygrał debiutanta z Indii na drugim końcu świata — bo o tym zresztą nikt by nie gadał, gdyby nie to, że facet umie pokonać zawodnika, który akurat akurat dostał się do turnieju. Ale w Marsylii? W hali, bez publiczności, która by go dopingowała? Tam naprawdę bije się o punkty, które liczą się dla niego samego, a nie dla jakiegoś "marketingowego układu". Ja tam byłem, kiedy pokonał De Minoura w dwóch setach — nie było żadnego show, tylko czysty tenis, gdzie Rubl pakował forhendy tak mocno, że przeciwnikowi robiło się niedobrze od samego patrzenia. Z drugiej strony, macie trochę racji, Bialo_CzerwoniiProud — facet faktycznie nie dociera daleko w wielkich szlemach, i to jest ten moment, który sprowadza was wszystkich z powrotem na ziemię. Nie można przecież budować pomnika za trawę w ’s-Hertogenbosch, skoro potem w Wimbledonie nie przechodzi kwalifikacji. Ale no właśnie — tu dochodzimy do tego, o co naprawdę chodzi. On nie musi wygrywać turniejów ATP 500, żeby być w Top 10. Wystarczy, że bije się tam, gdzie punkty są, i że robi to tak, że przeciwnicy tracą ochotę do życia po trzecim secie. A co do tych twoich numerków, że przegrał 6:0, 6:1 dwa lata temu? Pamiętam ten mecz — i faktycznie było nieładnie. Ale kto powiedział, że tenisista nie może mieć słabych okresów? Hurkacz miał swoje lata, Mielecki też nie zachwycał, kiedy był młody. Rubl po prostu wolniej wszedł w swoją formę, bo musiał najpierw dojść do siebie po kontuzji, a potem jeszcze udowodnić, że nie jest żadnym przypadkiem. No i ten wasz VARMaster, co gada o forhendzie, który leci z drugiego końca kortu — no tak, to jest coś, czego nie da się kupić w reklamówce. To jest po prostu klasa, którą wypracował latami, kopiąc się po challengerach, gdzie nikt nie przychodził, żeby go oglądać. I teraz, kiedy wreszcie ma swoje pięć minut, wszyscy się zastanawiają, czy to nie jest jakaś ściema. Ale wiecie co? Może i PZT go zauważyło późno, może i marketing trochę go popchnął — ale to nie zmienia faktu, że on tam jest, bo na korcie bije się jak zwierzę. I jeśli ktoś jeszcze nie widział, jak wymusza błędy na bekhendzie przeciwnika albo jak pakuje asy po lobie, żeby przeciwnik nawet nie drgnął — to po prostu nie wie, o czym mówi. A że nie wygrywa wielkich szlemów? No cóż, to już inna historia. Na koniec zostawię was z pytaniem: czy on jest najlepszym polskim tenisistą wszech czasów? Trudno powiedzieć. Ale że jest jednym z najwaleczniejszych, którzy kiedykolwiek nosili polską flagę na kurtce — o tym nie ma co dyskutować. Reszta? Zostawmy to otwarte, bo tutaj, między nami, jest tyle emocji, że jedna odpowiedź by nie starczyła.