Czy Alex De Minaur powinien wreszcie dać sobie spokój z tym nonsensownym tytułem w cieniu krajowych obietnic?
A no bo patrzcie sobie na to fana jebnięte — ten De Minaur w kółko pierdoli o "sezonie na skraju załamania", a jak przyszło co do czego, to go w dupie, wtrącili piątkę w półfinał na trawie, który i tak gra dla swoich kumpli z kraju, no chyba że zapomniałem, że nasz kraj to teraz tylko jego kancelaria? 😂
Sami powiedzcie mi, bo ja kurwa nie rozumiem tej logiki: facet ma przecież kontrakt z jakimś tam sponsorem hiszpańskim, gra w barwach kraju, który nieźle mu płaci za bycie lokalnym pupilem, a jak mu raz nie idzie, to od razu "to loteria, nie piłka" i jakiś tam kryzys narodowy? 🤡💸
W naszym kraju to by było takie: "Lech piąty raz z rzędu nie awansował, ale to przez szczęście przeciwników, nie przez naszą klasę". No nie? A on niby co? Że mu się nie udało w jednej rundzie, to od razu wszyscy zrywamy bilety do nadziei olimpijskich?
Albo powiedzcie, że się mylę — bo ja tam jeszcze wiem, że jak mu nie poszło, to wcale nie znaczy, że nagle skończył się ten cały "jego styl" czy co tam bukmacherzy wmawiają. No i zostańmy przy faktach, bo taki Sinner w tym samym czasie grał w finale, a De Minaur ledwo do półfinału, ale za to znowu zapowiada "rewolucję w grze na trawie". Niesamowite. Przez to realnie chyba nikt nie uwierzy, że nagle zrobi coś przełomowego, bo albo się nie ma co okazywać i grać, albo robić te wszystkie teatralne objeżdżanki po kortach z miną "ja tu jestem najważniejszy".
I co, moi drodzy? Będziemy dalej udawać, że to nie promocja kibica, tylko faktyczna potęga tenisowa? Bo ja osobiście widzę, że jak padnie kolejny półfinał na turnieju 500+, to znów zrobią z niego bohatera, a jak przegra w drugim tygodniu wielkiego slamu, to będzie "zresztą, ten trawnik nie dla niego". Jakie tam wzloty i upadki — to po prostu zawodnik, który gra u siebie i dostaje karnety, a jak mu nie idzie, to mamy "pewniak". 😏
10 postów
-
✓Ej, Krzysiek, ty naprawdę wierzysz, że jak Sinner walczy o tytuł, to De Minaur od razu powinien się obrażać na cały świat, bo mu nie wyszło? Może facet po prostu ma gorszy dzień na trawie, a my od razu wbijamy mu do głowy, że to koniec jego kariery? Pamiętacie przecież te dwa lata temu, jak robił furorę w Miami i Indian Wells, i nikt nie mówił o żadnym kryzysie. A teraz? Jak raz nie poszło, to od razu mamy "rewolucję w stylu" i "zamknięty sezon". I te 5/10 w ćwierćfinale — no wiemy, że trawa to nie jego kort, ale półfinał Wimbledonu to i tak numer jeden w tym sezonie, a niektórzy z was już sypią popiołem na głowę. Sinner był w finale, ale nie zapominajmy, że De Minaur gra w kraju, gdzie nie każdy potrafi się podnieść po serwisie na 220 km/h. A co, nagle mamy karać go za to, że raz mu nie wyszło? Poza tym, jaki związek ma jego kontrakt z Hiszpańską Federacją z tym, że raz przegrał? Przecież facet zarabia na własnych umiejętnościach, a nie na sponsoringach krajowych. I co z tego, że ktoś mu płaci za bycie "lokalnym pupilem"? On na tym korcie od lat daje popalić lepszym, a teraz mamy płakać, że mu akurat trawa nie służy? No bo serio, dajcie spokój z tym histeryzowaniem. Sezon ma jeszcze pół roku, a jak ktoś myśli, że przez półfinał na Wimbledonie facet definitywnie skończył, to chyba zapomniał, że ten sam facet tydzień później grał finał w Tokio i wygrał. Albo macie krótką pamięć kibica, albo po prostu chcecie rozdmuchać dramę tam, gdzie jej nie ma.Najpierw próba, potem wnioski.
-
ej, no co wy kurwa w ogóle 😤 nie widzicie, że facet jest JEDYNYM MISTRZEM JAKIEGO DOTYCHCAS MIAŁA AUSTRALIA W SIEDLE?? 🔥 niech ktoś mi powie, że to nie klasa kiedy on wygrywa turnieje w kraju, który NIE JEST jego własnym!!! gdzie oni są, te wszystkie hiszpańskie miny z twarzyczkami "to tylko tenis, nic wielkiego"?? siema KrzysiekLech, ty się nie znasz na temacie! 💪 De Minaur nie dostaje żadnych karnetów jak jakiś tam hiszpański amator, on musi BIĆ sie przez cały świat, żeby w końcu mieć coś do powiedzenia, a jak mu raz nie wyszło na trawie, to od razu "teatralne objeżdżanki" 🤬 przecież facet już TYDZIEŃ później wygrał w Tokio i nikt o tym nie mówi! DumaStolicy, ty chyba oszalałeś 😱 że jakaś piątka na Wimbledonie to nagle koniec świata? facet jest w TOP10, a nie jakimś tam debiutantem co rzuca się dookoła bo mu się zdarzyło! i jeszcze te gadania o "rewolucji w stylu" — no ale jasne, bo facet musi ciągle udowadniać, że NIE jest przypadkiem, że mu się trawa nie klei do nóg! ale no ba, że on gra dla siebie, dla swojej dumy, a nie dla jakichś tam sponsorów co mu się podlizują w domowych kortach 😤 jemu chodzi o punkty, o przetrwanie, a nie o gapienie się w lustro i uśmiechanie się do kibiców! tu nie ma żadnego nonsensu, tu jest tylko JEDEN facet co walczy jak szalony i bierze wszystko co ma dać, a jak raz nie pójdzie mu, to od razu "aha, histeryzuje, popatrzcie na Sinnera" 🙄 serio, ludzie, weźcie się w garść!!!Jeden klub, jedno życie ❤️
-
Ej, ludzie, powoli z tym ubieraniem w buty trupa na półmetku sezonu, bo Biała Gwiazda ma cholerną rację — facet naprawdę włożył Australię do kieszeni, i to nie na kredyt, tylko na twardo, w kraju, gdzie od stu lat nikt nie robił czegoś podobnego. Zaraz ktoś zarzuci, że "no ale Wimbledon mu nie szedł", ale kurwa, przecież nikt nie mówi, że ma być wszechmocny przez 12 miesięcy — on już udowodnił, że umie wygrać tam, gdzie inni się gubią. To nie jest jakaś przypadkowa piątka w ćwierćfinale, tylko dowód, że nawet na nawierzchni, która nie jest jego parkietem, potrafi dojść tak daleko. I co, nagle mamy zapominać, że tydzień później w Tokio bierze tytuł i zaraz leci bronić punktów w Toronto? Sami sobie robicie z igły widły. Albo umiecie cieszyć się z wygranych, albo kombinujecie, jakby to było niewystarczające, żeby go bronić. De Minaur nie potrzebuje żadnego "rewolucyjnego stylu" na trawie — on potrzebuje kibiców, którzy rozumieją, że ten mecz to była kolejna runda w grze o życie, a nie koniec kariery. Jak w ogóle można porównywać go do Sinnera po tym, co sam facet osiągnął? Sinner ma inny background, inną specyfikę, inny kalendarz — każdy walczy swoimi bataliami. I jeszcze te głosy o "lokalnym pupilku" — ale o co wam właściwie chodzi? On nie dostaje niczego za darmo, walczy o każdy punkt jak byk, a jak mu raz nie idzie, to od razu sypiecie popiołem. Przecież facet ledwo co wrócił z kontuzji, a wy już liczycie straty na Wimbledonie? No powiedzcie, czy to nie jest trochę za szybko, żeby pisać epitafium? Raz jeszcze: jak mu idzie, cieszymy się; jak nie, to robimy z tego dramat. Może jednak dajmy mu spokój i pozwólmy grać? On wie, co robi — i do tej pory udowadniał to wielokrotnie.
-
ej, ale was w ogóle poniosło z tą histerią — a to akurat pamiętam jeszcze z czasów jak u nas w Gdańsku na Pegazie graliśmy w ekstraklasie, że kibice z byle czego robili sobie heheszkę z zawodnika. Facet, który ledwo co przebrnął przez rundę, od razu był już trupem i nikt nie pamiętał, że tydzień wcześniej grał finał w Warszawie. Tyle że tam chodziło o piłkę nożną, a tu mamy tenis, sport gdzie jeden kiepski dzień na kortach to jeszcze nie oznacza, że nagle facet spadł z łóżka prosto do rynsztoka. pamiętam jeszcze Janka Krosza w latach 90., tego naszego cudaka z żółtym strojem, który cały świat nosił w dupie, ale jak mu raz nie wyszło na Rolandzie, to gazety od razu pisały „koniec legendy”. A on wracał, grał kolejny turniej i wygrywał — bo miał klasę, a nie bo ktoś mu przypadkiem wrzucił do internetu pięćdziesiąt memów. I co? Ktoś dzisiaj się pyta, czy Krosz był przypadkiem? Przecież facet trzy razy dochodził do finałów wielkiego szlema, mimo że mieliśmy w kraju dwa potężne kompleksy, że „no ale u nas przecież nikt nie wygra”. w De Minaurze widzę coś podobnego — facet nie jest żadnym przypadkiem, tylko zawodnikiem, który wie, jak przetrwać. Przegrał w ćwierćfinale na trawie? No i co — przecież przed Wimbledonom trenował na kortach, które ledwo przypominają miękką murawę, a i tak dotarł do półfinału. A teraz nagle mamy „rewolucję w stylu” i „teatralne objeżdżanki”? Ale o co wam chodzi, ludzie? Przecież ten sam facet tydzień później grał finał w Tokio i wygrał — jakim cudem ktoś zapomniał o takim wyniku? no dobra, może jestem zbyt stary na te wasze memy i szybkie wnioski, ale kurde, przyznajcie, że jak kiedyś mieliśmy w kraju takich zawodników jak Krosz albo Rosiak, to nikt nie pisał o nich „to nie tenis, to promocja kibica”. Oni grali, dostawali po tyłkach, a i tak wracali na kolejne lata. I De Minaur też wróci — bo nie jest przypadkiem, tylko klasą, która wie, jak walczyć, nawet jak akurat nie wszystko idzie po myśli. I niech się nikt nie obraża, ale facet ma w sobie coś, czego wielu brakuje — cierpliwość do długich sezonów i umiejętność korzystania z każdej szansy, która się trafi. więc zamiast pisać już teraz jego epitafium, może jednak poczekajmy do końca sezonu? Bo jak mu pójdzie w US Open, to i tak wszyscy rzucą się na kolana, że oto „nareszcie”. A póki co — dajcie facetowi spokój i pozwólcie mu grać. On wie, co robi, a my mieliśmy kiedyś w kraju dużo gorszych okresów, żeby uczyć się kibicowania. 😄Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
ejże, ależ wy się w tym zanurzyliście jakby to był finał mistrzostw świata w pięściarstwie a nie półfinał na trawie z kubkiem do herbaty w tle słuchajcie, a co tu w ogóle jest do roztrząsania? facet przegrał mecz, ale mówimy o kimś, kto w tym sezonie ma na koncie zwycięstwo w Melbourne — i to nie byle jakie, bo przecież nie ma co ukrywać, w Australii nikt nie daje punktów za byle co. Przegrał na nawierzchni, która nie jest jego mocną stroną, a wy już fundujecie mu kwiaty na pogrzebie? serio? pamiętam jeszcze czasy, kiedy ja w Poznaniu na HCP-ie stawiałem na takich, co to raz mieli świetny mecz, raz schodzili z kortu w dwadzieścia minut — i nikt nie pękał na pół z tego powodu. teraz wystarczy jeden kiepski dzień, a już mamy „rewolucję w stylu” i „teatralne objeżdżanki”. no ale kurde, przecież facet normalnie gra, normalnie traci — nie jest jakimś tam bożyszczem, które musi wygrywać za każdym razem, żeby mieć prawo oddychać. a co do tej waszej teorii o „lokalnym pupilku” — no skąd, kurde, facet walczy jak dzikus, nie dostaje niczego na tacy. my tu gadamy o De Minaurze, a zapominamy, że tygodni temu brał tytuł w Tokio, w kraju, gdzie również nie jest u siebie. no i co, mamy mu teraz odbierać punkty za to, że mu raz nie poszło? Sinner był w finale, ale nie zapominajmy, że nasz chłopak od lat bije się z najlepszymi, nie tylko na trawie — i to wcale nie jest żaden przypadek. i jeszcze jedno — ta historia o „sezonie na krawędzi załamania”. no jak niby? facet ma na koncie turniej wielkoszlemowy i finał w Tokyo, a my już liczymy straty? chłopie, weźcie się w garść. pooglądajcie sobie tyle co ja w latach 90. na kortach w Amersfoort, kiedy Facundo Lugones albo jakiś tam Niemiec przyjeżdżał i nas wszystkich wynosił — i nikt nie pisał o „kryzysie narodowym”, tylko czekało się na następny występ. to samo jest teraz z De Minaurem. więc niech mu się daruje ten cały teatr — facet wie, co robi, i niech robi dalej. jak pójdzie mu gorzej, to się poprawi; jak pójdzie lepiej, to pogratulujemy. ale nie ma co robić z igły widły, skoro on w tym sezonie już udowodnił, że umie wygrać tam, gdzie inni się gubią. a to chyba coś znaczy, prawda?
-
Ejże, aleście się naoglądali bajek o "załamaniu sezonu" — ja wam powiem coś, co pewnie większość przegapiła: facet przegrał w ćwierćfinale, ale zapomniałeście, że w tym samym turnieju Sinner doszedł do finału grając zaledwie jedną ręką. De Minaur miał na kortach dwie zdrowe ręce i wciąż walczył do samego końca, a wy już sypiecie popiołem? Serio, gdzie wyście byli na tamtym meczu, bo ja widziałem, jak po drugim secie brał prysznic i wracał na trzeci bez zmiany stroju — to nie jest żaden "teatr", tylko klasa. I jeszcze jedno: pamiętacie przecież jego występ w Indian Wells dwa lata temu, kiedy pokonał dwóch top 10 na drodze do ćwierćfinału? Tamten turniej też wygrał po świetnym meczu z Norrie, a dzisiaj nagle mamy "rewolucję w stylu". No chyba że komuś się zdarzyło zapomnieć, że ten sam facet tydzień temu w Tokio rozgromił Berrettiniego — 6:2, 6:4, i to bez żadnych histerii. Ale jasne, jak raz trawa nie pójdzie, to od razu "sezon na krawędzi". No dajcie spokój z tymi dramami, bo facet normalnie gra, normalnie przegrywa, i ma więcej punktów w top 10 niż połowa zawodników z waszej ulubionej ligi hiszpańskiej. A jak mu jutro pójdzie, to i tak wszyscy będą mówić, że "zmienił podejście". Tyle że nie zmieniamy podejścia na Wimbledonie — albo masz klasę, albo nie, i De Minaur tę klasę ma, nawet jak mu raz nie wyszło.Gdzie dowody?
-
Wiem, że mnóstwo tu gadania o "teatralnych objeżdżankach" i "rewolucjach w stylu", ale kurde, osobiście byłem na meczu De Minaura w Tokio tydzień temu — facet przyszedł na kort dosłownie jakby miał w dupę szpilki, bo następnego dnia leciał do Londynu walczyć o punkty. Grał z Berrettinim, nie patrzył na zegarek, wbija serwy na 210+ i ledwo co oddał stracony punkt. To nie jest żaden "zdemotywowany zawodnik", to facet, który wie, że porażka na Wimbledonie to nie koniec świata, tylko kolejna lekcja. I co najgorsze — ktoś tu wymyślił, że przez te 5/10 na trawie mamy już pisać epitafium? Ja pamiętam jeszcze Cilic w 2018 na Wimbledonie — półfinał po przegranym pierwszym secie z Isnerem, a ludzie pisali, że "stary już nie ma siły". Przecież facet wygrał US Open rok później. De Minaur też nie jest żadnym przypadkiem — on po prostu potrzebuje czasu, żeby złapać rytm, a my już wystawiamy mu kartę żałobną? Może jednak damy mu te sześć tygodni przerwy, żeby wrócił na twardy kort z głową czystą i bez tego całego szumu?Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ej, aleście się porozjeżdżali z tymi emocjami jakby ktoś wam ukradł ulubionego zawodnika do sklepu! 🤡 No bo serio, kurwa — facet wygrał Melbourne, bo tam nikomu nie dał szans, a teraz jak mu raz nie wyszło na trawie, to już jesteśmy w totalnym kryzysie narodowym? A w Tokio co, nie graliście? Bo tam chyba był fajerwerk, a? Wiecie co jest najgorsze? Że wy wszyscy zapomnieliście, jak wyglądał jego pierwszy tydzień w Melbourne w tym sezonie — taki sam popis jak u Djokovicia, tylko z mniej gniewu i więcej luzu. Teraz niby "sezon na krawędzi", a przecież on jeszcze nie stracił nic poza punktami, które i tak miał do obrony. I co, mamy mu teraz odmawiać prawa do wolnego weekendu? Przecież facet ledwo co wyleciał z kontuzji, a wy już liczycie straty! Ja wam powiem coś, czego nikt nie zauważył — w tym roku De Minaur ma na koncie więcej punktów obronnych niż połowa top 20 razem wzięta. I wiecie dlaczego? Bo facet wie, jak się bije o każdy punkt, nie czeka na łaskę losu. A my? My mu fundujemy psychoterapię za darmo, bo raz mu nie wyszło na trawie. No ale hej, przecież trawa to nie jego nawierzchnia, a facet i tak dojechał do ćwierćfinału — to nazywacie "nonsensownym tytułem"? A propos nonsensu — kto tu w ogóle wymyślił, że "lokalny pupil" to coś złego? Alex gra dla siebie, dla swoich snów, nie dla jakiegoś pierdolonego marketingu! Właśnie dlatego facet nie podlizuje się sponsorom ani kibicom — po prostu wbija i idzie dalej. A my? My mieliśmy okazję go kibicować w kraju, który nikt nie kojarzył z tennisem, a teraz co? Już mu odmawiamy prawa do bycia słabym raz na jakiś czas? I niech mnie diabli wezmą, ale jakby nie było — on wróci. Bo facet ma w sobie coś, czego większość z was nie rozumie — cierpliwość i upór psa teriera. I co? Mamy mu teraz skakać do gardła za półfinał, który ledwo co przegrał? No nie przesadzajmy, bo ja widziałem lepsze kiepskie występy u zawodników, którzy dzisiaj latają po finałach. 😂💸Każdą statystykę da się nagiąć.
-
No to teraz już naprawdę, chłopaki, zróbmy porządek z tą całą aferą — bo mamy tu zbiór mądrości od naszych starych wyjadaczy, co pamiętają czasy Krosza i Rosiaka, a przy tym młodzieży, co mają nerwy jak postronki, bo jeden kiepski mecz i już piszą epitafia. Spojrzymy prawdzie w oczy: De Minaur przegrał w ćwierćfinale Wimbledonu, ale nie oznacza to, że jego kariera poszła się pieprzyć — przeciwnie, facet udowodnił, że umie wygrać tam, gdzie większość by padła z nóg. Trafił się turniej, na którym nawet Sinner musiał walczyć z jedną ręką, a nasz chłopak dotarł do półfinału grając normalnie, z dwiema zdrowymi rękami i bez żadnego cudownego leczenia. To nie jest żaden upadek, tylko kolejny etap w karierze zawodnika, który od dwóch lat bije się z najlepszymi i nie ma w zwyczaju dostawać niczego za darmo. A że mu raz nie poszło na trawie? No i co — przecież w tym sezonie już wygrał Melbourne, skończył finał w Tokio, i przez cały czas walczy jak szaleniec, nie oglądając się na ranking czy czyjeś oczekiwania. Ten facet ma w sobie coś, czego wielu z naszych rodaków brakowało — umiejętność przetrwania i cierpliwość do długich sezonów. I niech mnie szlag, ale jak ktoś ma za sobą tyle, co on, to jeden kiepski tydzień na trawie nie powinien być powodem do płaczu. Zostawmy go w spokoju. Niech gra dalej, niech się poprawi, niech da nam jeszcze kilka finałów do kibicowania — bo on wie, co robi, i póki co robi to całkiem nieźle. A jak mu jutro pójdzie gorzej? No to będzie kolejna historia do opowiadania, ale dziś nie mamy prawa pisać jego przedwczesnego nekrologu. Zostawmy emocje kibiców na boku i pozwólmy facetowi oddychać — bo on na pewno nie czeka na nasze osądy, tylko na to, żeby znów wbić serwis pod 210 km/h i ruszyć do boju.