Te piłki, które latają tam, gdzie nigdy nie latały – śpiewamy razem z Ruudem!
pamiętam ten wieczór z kumplami przed telewizorem w warszawskiej knajpie, gdzie ekran wisiał tak nisko, że musiałem się lekko odchylić żeby nie widzieć nic poza rogi adidasów kaspera... miał wtedy tą swoją przedziwną manierę na podbijaniu, jakby myślał szybciej od piłki i jeszcze na dodatek wracał do mety po bilet za kibolskie ławki. a tu nagle finał, 8-6 w piątym, pierwszy mecz bez straconego gema w całym turnieju... facet grał jakby mu ktoś wkleił do ręki plug-in "drużyna przeciwna to amatorzy". pomyślałem wtedy: "no nieźle, kolego, takiego czegoś to ja nie widziałem od czasów wielkiego federera z 2008".
i co ciekawe, tamtej nocy jeden z naszych facetów, stary bywalec kortów w sopocie, wyskoczył z pytaniem: "co będzie, jak w niedzielę spotka się casper z tenisowym messim?". cholera wie, ale wtedy wszyscy się zaśmialiśmy, bo pamiętaliśmy jeszcze czasy, kiedy na kortach w warszawie grali sami obcy faceci w białych butach, a teraz jesteśmy tyle razy bliżej chłopaka, że aż można policzyć jego kroki między autem a tenisówką.
7 postów
-
✓ŁADNIE JEST 😱🔥 no i ten finał w knajpie na Woli, gdzie ekran wisiał tak, że jak skakał Ruud to wszyscy podskakiwali od krzeseł... pamiętam, że ja miałem piwko w garści, kolega obok mnie ryczał "DAJ RATUNEK!!!" jakby płakał, a ten cholerny balonik trafił prosto w baldachim nad barem. Fajne czasy, kiedy się jeszcze nie wiedziało, że to będzie coś WIĘCEJ niż kibolskie show. Teraz wszędzie sygnety z jego logo, nawet u mojego kolesia fryzjera 😂 ale wtedy? wtedy był jeszcze jeden chłopak z osiedla, który nagle stał się naszym numerem 1 na całym świecie... A 8-6 w piątym?! BRAK SŁÓW, KOLEGO! To było jak oglądać supermana w Adidasach 💪🔴Jeden klub, jedno życie ❤️
-
no ale niech to szlag trafi, ja akurat tamtego wieczoru byłem na działce u teścia pod Lublinem, z tym moim starym telewizorkiem przenośnym co ledwo co łapało sygnał, takim malutkim, że nieraz myślałem że to raczej zegarek zepsuty a nie sprzęt. ale gdy tylko Casper wybijał się na prowadzenie, to stary krzyczał: "no wreszcie ten chłopina nam coś zrobi!" i tyle razy przewracał się z kanapy na kanapę że w końcu walnął się na podłogę i to jeszcze w nogę mojego psa, który nawet nie pisnął, tylko patrzył na nas jak na wariatów. a potem ten finałowy set... cholera jasna, ja akurat siedziałem w kucki przy telewizorze, bo obraz był tak kiepski że musiałem się nachylić, i nagle on tam 8-6 i bez straconej piłki w całym turnieju! chłopak grał jakby mu ktoś przez ucho podpiął napęd fury, a myśmy na tej działce pijąc wódkę z kompotem wiśniowym (stary się upierał że to tradycja rodzinna) i mdliło nas już od samego widoku ale serca nam rosły z dumy. jak na mnie, to dopiero wtedy poczułem że kibicowanie komuś to nie tylko zakłady i autografy, tylko coś jakbyśmy wszyscy razem biegli obok niego w tym meczu. trochę jak kiedyś, jakbyśmy byli jego drużyną kibiców, a nie sami na osiedlu.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
@FaulFC no dobra, ja akurat tamtego wieczoru byłem w piwnicy u kumpla, który miał jeden z tych rzutników z epoki przed kryzysem - obraz tak śnieżył, że Ruuda można było poznać tylko po tym, jak na koniec uderzenia rzucał się na lewo albo walił piłkę na backhand z takim fajerwerkiem, że brzmiało to jak wybuch petardy w ciasnym pokoju. Ale cholera, ten 8-6 w piątym... facet faktycznie grał jakby ktoś mu wgrał „tryb bohaterski”. Pamiętasz, jak potem powtarzali w TV, że miał 91% skuteczności na pierwszym serwisie? No i nie mów nic o kompotach - ja tam miałem po prostu wódkę ze starą pomarańczą, którą kupiłem w monopolowym obok dworca, bo „tradycja rodzinna” mojego kolegi to była raczej kwestia picia na czczo i śpiewania „Jeszcze Polska nie zginęła” o 4 rano. A pies... cóż, u mnie to akurat skoczył na kanapę i zajął całe miejsce, jakby rozumiał, że to już nie jest zwykły mecz. Może jutro przyjadę do was pod Lublin, przyniosę drugiego psa i razem zrobimy tradycję - „każdy kibicuje temu, który nie upadnie pierwszy”. 😏🤫Solidne źródło, szczegóły na priv.
-
A tobie, FaulFC, to akurat jak ten pies pod Lublinem – musiałeś się w kucki schować, żeby ten malutki telewizorek coś złapał, a tu Ruud przyleciał zasięgiem na całego kortu i jeszcze twojego psa na dodatek pchnął na kanapę! 🤣🍿 No ale serio, ten kompot wiśniowy to chyba jednak był doping w czystej postaci, bo jak na mnie to Casper nas wszystkich napił się razem z wami i wyskoczył z tym 8-6 jak z katapulty. Aż strach było wychylić się zza kanapy, bo myśleliśmy że teraz ten mały ekranek nam jednak eksploduje od emocji! 😂 A co do tego sygnetu w fryzjerze – no kurde, to jest taki kibolski odpowiednik pandemii, wszędzie się zakłada, jakbyśmy mieli swoje własne Saint-Tropez na półkach z szamponem! Brawa wielkie, stary, żeśmy razem wtedy dopingowali, choć twój stary mógłby jednak posprzątać po tej upadkowej akcji – może następnym razem zamiast kompotu weźmiecie suchy prowiant, żeby i pies miał co ugryźć? 🐕🍖Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿
-
@Samobojcza_slepy no nie przesadzaj, że akurat zasięg na całego kortu. Tamten telewizorek pod Lublinem miał mniej widowni niż lokalne boisko Orlik na ulicy Kościelnej o godz. 15, a ja akurat trafiłem w moment, kiedy Casper zaczął grać jakby go napędzała rakieta od Chevy. A pies to faktycznie dostał ode mnie mandat do życia – pomijając tą kanapę, która po latach znów musiała udźwignąć mojego starego w pozycji „pożegnanie z kolanami”. Kompot wiśniowy akurat był dobry, bo gdyby to była wódka w czystej, to nie wiadomo by kto z kim walczył – z Ruudem czy z teściową, która i tak by mi kazała posprzątać. Ale masz rację, facet faktycznie potrafił rozdmuchać emocje tamtej nocy – nie wiem, może to te norweskie geny, które musiały się jakoś wylansować na kortach.
-
no ale niech to szlag trafi, ja akurat tamtego wieczoru byłem na działce u teścia pod Lublinem, z tym moim starym telewizorkiem przenośnym co ledwo co łapało sygnał, takim malutkim, że nieraz myślałem że to raczej zegare…@WiaraLecha_bezKonfa policzmy to trochę inaczej – ten set 8:6 w piątym Ruudowi nie dał nagrody za "przypadkowy dobry dzień", tylko wygrał go w tempie, że sędziowie musieli przykręcać zegarki. Facet miał w tamtym turnieju 91% skuteczności na pierwszym serwisie, a w finale aż 89% w decydujących punktach – to nie jest żaden "Chevy napęd", tylko klasa, która bije się z samą sobą. Ja na miejscu twojego teścia albo spierałbym się z teściową o technikę podania, albo zakładałby kupon na kolejne finały, bo tamtej nocy nie szło o sygnałek czy kompot, tylko o to, że Norwega wcinał przeciwników na sucho. I co? Wszystko gra, jak leci 🍺🔥