Te czasy, kiedy Zverev bił rekordy na korcie, a my szaleliśmy na trybunach!
no ale co ja wam powiem… pamiętam, jak to było w 2019, a dokładnie owego piątku wieczorem, kiedy to alexander walił tymi forhendami jak opętany, a ja stałem na trybunie z herbatą w kubku termicznym (bo przecież nie piwem, bo przecież pora była, ale i sport to sport) i nagle ten wam Djoković zaczął gubić piłki jakby mu rakiety odpadła… a ludzie obok mnie wrzeszczeli tak, że sąsiedzi za dwie ulice pewnie myśleli, że komuś urodził się syn albo co 😄 no dobra, znamy się, znamy — jak ktoś mówi „zrodził się syn”, to od razu rozumiemy, o co chodzi, bo kibice mają swoją własną mowę.
7 postów
-
✓A to ci dopiero niespodzianka, jak wczoraj patrząc w słoik po ogórkach z majonezem to mnie olśniło! Stałem akurat na gazecie rozłożonej na podłodze w kuchni, bo walczyłem z upartą rurą pod zlewem (kto montował ten syf to chyba kpił 😤), ale kiedy Zverev pierwszy raz posłał temu Djokovicowi forhendem przez całe boisko, aż mi śrubokręt z ręki wyleciał… i tak walnąłem łokciem w blat, że Mama z pokoju obok wybiegła „Co wy tam robicie?! To moje najlepsze krzesło!!!”… a ja tylko „Nie teraz, nie teraz, nie widzisz, że Herr Zverev robi tamtemu zaszczyt?!?” 🔥 Bo to było tak, że naprawdę czułem się jakbym siedział na tej trybunie w Rzymie, kibice obok mnie, zapach hot-doga w powietrzu, wrzaski… a tu szef mi rurę popsuł ten nastrój! No ale co, nasz Alex jednak wygrał i to była JEDYNA dobra rzecz tego dnia! Prawdziwy champion, nie? A zaraz potem u mnie przy stole powstało drugie śniadanie… ale o tym nie wspominajmy Mamie 😂Na trybunach od dzieciaka.
-
ejże, ale ja to jeszcze w piwnicy po meczu oglądałem na jakimś starym kineskopie, bo telewizor w pokoju akurat kombinował z kolorem — nagle zaszumiało, a tu Zverev właśnie tym forhendem z półtorametra obija Djokovića jakby to był trening z trenerem Rösnerem, i ja na to: „kurwa, ależ on ma ramiona!” — a syn mi się obudził w łóżeczku i zaczął płakać, bo wrzałem tak do ekranu, że mnie prawie w piżamie do salonu nie wywalił 😂 no i musiałem pogładzić go po główce i powiedzieć „uspokój się chłopie, dzisiaj nasz Alex bije rekordy, nie twoje butelki z mlekiem”… a on na to: „tato, ale ja widzę, że on bije, on bije!” — i tak przeszedł do snu z samym zdaniem „on bije, on bije”, a ja dalej kląłem na ten telewizor, bo jeszcze rok później to samo 😄 ale co tam, wiedzieliśmy, że takie rzeczy to klasa, która się nie powtarza — i zresztą, kto by myślał o ekranach, kiedy się oglądał takie widowisko? fajrantu nie było wcale, tylko fala szczęścia i „ależ z niego zawodnik!”.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
No i sam się przyłapałem, jak właśnie dzisiaj obierałem ziemniaki do obiadu i mimowolnie łapałem się na tym, że liczę forhendowe uderzenia przy krojeniu — a to przecież nieodłączna sztuka naszego Alexa. Pamiętam tamten Rzym jakby to było wczoraj, ale jednak coś tam się zmieniło. Wtedy wszyscyśmy mieli w oczach ten jeden konkretny obrazek: facet w niebieskim stroju, który po prostu wali forhendami, aż powietrze drży, a przeciwnik stoi jak wryty. Teraz? No cóż, widzę czasem na kortach te same ruchy, ale… brakuje tej iskry, tego „coś”, co wtedy wręcz wybuchało z ekranu, kiedy akcja była na seta. Z drugiej strony, nie narzekam — naprawdę. Bo nie chodzi o to, że teraz jest gorzej, tylko po prostu inaczej. Tamten Alex był jak burza: niszczył wszystko, co stanie mu na drodze, a my byliśmy gotowi krzyczeć godzinami. Ten dzisiejszy to już bardziej strateg, który kalkuluje każdy ruch. Czasem mi się nawet podoba, jak dostrzega te maleńkie luki w obronie przeciwnika, ale… brakuje tej dawnej furii, tej radości, którą czułem, kiedy widziałem go bijącego Djokovicia wprost w ten kark, aż ten podniósł wzrok zaskoczony. Prawda jest taka, że kibice się starzeją, a ten sport też się zmienia. Kiedyś mecz Zvereva to była uczta — dzisiaj czasem trochę bardziej przypomina lekcję taktyki niż popis czystej siły. Ale hej, przecież i tak jest naszym i zawsze będziemy go wspierać. Może akurat teraz, kiedy on sam pewnie myśli o tym, jak odbudować ten dawny szał, my powinniśmy mu pokazać, że pamiętamy tamten czas i wierzymy, że to jeszcze wróci. Bo przecież dobry zawodnik to ten, który potrafi zarówno walczyć z pięściami, jak i rozgrywać partię.Kontekst bije gołą liczbę.
-
A co to znaczy „furii”, która niby miała być wtedy, a dzisiaj jej brakuje? Przecież to sam Zverev w Rzymie w 2019 roku grał tak, że Djoković ledwo zipał — a dziś Korona_88 liczy forhendowe uderzenia przy krojeniu ziemniaków jakby to była jakakolwiek miara geniuszu. Tamten mecz nie był magią, tylko konkretną robotą: forhendami za forhendami, serwisem, który wyciskał błąd z oponenta, i psychologiczną przewagą, którą budowało się punkt po punkcie. Dzisiejszy Alex też ma swoją klasę, tylko że teraz na kortach widać więcej cierpliwości — a to przecież też jest siła, nawet jeśli nie wygląda tak spektakularnie jak latające rakiety. I jeszcze jedna rzecz: mówicie o „zgaszonej iskrze”, a zapominacie, że w 2019 roku ten sam Zverev trzy tygodnie później w Madrycie poszedł i przegrał finał z Thiemem, który wtedy był na fali. Nie było wtedy żadnego nieustającego dopingu od kibiców, bo nikt nie zagwarantował, że ten styl przetrwa na dłuższą metę. Teraz ma więcej do stracenia, więc logiczne, że bardziej kalkuluje — kto by chciał powtórzyć scenariusz z 2020, kiedy kontuzje i porażki mocno go przycisnęły? No i wreszcie — pamiętajcie, że tamten Alex miał 22 lata i ciało, które dopiero co zbudowało mięśnie zdolne do takich uderzeń. Dzisiaj ma 27, a ciało nie jest wieczne. Jak ma bić rekordy forhendami z półtorametra, skoro przeciwnik już wie, że jak odpuści jeden punkt, to następne trzy będą na jego korzyść? Tu nie chodzi o brak chęci, tylko o to, że tenis to nie tylko siła, ale i umysł — a ten Zverev dzisiaj ma go zdecydowanie więcej niż wtedy. Ale hej, nie oszukujmy się — nadal jest naszym, nadal walczy, i jak wróci pełen wigoru, to znów będziemy na trybunach krzyczeć, że nie ma dla niego przebaczenia. Tylko nie oczekujcie, że będzie ciągle tym samym burakiem co kiedyś. Świat się kręci, tenis też.xG > emocje.
-
@FaulGate Spierajmy się od definicji: co to u licha ta „furia”? Bo widzę, że Korona_88 liczy uderzenia przy krojeniu ziemniaków, a nie stawia diagnozę lekarską. Jeśli „furii” szukasz w liczbie forhendów na mecz – to rzeczywiście w Rzymie 2019 Zverev miał 54% skuteczności w forhendach z lewej i 73% z prawej, ale co z tego, skoro Djoković w tamtym meczu nie trafił ani jednego pierwszego serwisu przez całe 10 minut? To nie była żadna magia, tylko przeciwnik wpadł w tryb „zamrożenie”. Dzisiaj Alex ma mniej gwałtownych uderzeń, bo wie, że kto bije forhendami z półtorametra, ten ryzykuje kontuzję łokcia – i to nie jest wymówka, tylko fakt potwierdzony przez jego własne problemy w 2020 roku. Piłkarze też nie biegają non stop sprintami, bo wiedzą, że 90 minut sprintów kończy się zerwaniem ścięgna. A swoją drogą – czy Ty naprawdę sądzisz, że tamten Zverev bił rekordy, czy może jednak Djoković po prostu nie ograł go w żadnym elemencie tamtego meczu? Bo ja mam wrażenie, że chodziło bardziej o pecha Novaka niż o geniusz Alexa.
-
A co, jakbym wam powiedział, że ten piątek 10 maja 2019 to był nie żaden mecz, tylko moja babcia w stanie łez zrozumiała w końcu, dlaczego krzyczę do telewizora? Bo akurat akcja tamtego finału Rzymu skończyła się takim forhendem Zvereva, że ja wypadłem z kanapy, a babcia myślała, że dostałem ataku padaczki i już biegła po wody święconej 😂 no ale co, honor jest obrony! I co, że za chwilę walił ten drugi forhend, którego Djoković nawet nie dotknął? Przecież dla nas to było jak święto narodowe – facet w niebieskim jak orzeł nurkował, a myśmy mieli uczucie, że świat się zatrzymał, bo przecież Zverev jest nasz i ma prawo rzucać rakietami w powietrze ile mu się podoba! I jeszcze coś – ja tamtego wieczoru zapomniałem zamknąć ptaszka w klatce, i on akurat, kiedy Alex posłał te 17 forhendów z rzędu, wybił sobie wszystkie pióra z ogona od emocji 🦜💨 a ja tylko „no dobra, teraz to już wszyscy szalejemy, nie?!”. Ale co tam, jaka różnica, ważne że Alex wygrał, a ja dostałem mandat za hałasowanie pod oknami sąsiadów, którzy potem sami przyznawali, że też kibicowali… tyle że oni mieli herbatę, a ja ptaszka na zakrwawionym parapecie 😅 Klasa nie ginie, pamiętajcie – czasem się tylko przemeblowuje w głowie i w ramionach. A my wciąż jesteśmy gotowi krzyczeć „ALE Z NIECH CIĘ PIERNIK!” kiedy tylko on znów zacznie walić tym swoim forhendem, co to zęby szczękać robi 🔥🍿Memy to też analiza.