Taylor Fritz powinien wreszcie zrzucić te okulary przeciwsłoneczne nawet raz na meczu i…
A to dopiero pomysł na zeszyt sportowy – cały ten cyrk z okularami jakby ktoś Fritza wsadził do reklamy Ray-Bana zamiast na kort. To nie klasa, to totalne omijanie klimatu, nie? Przypomina mi się ten moment w półfinale z Alcarazem – facet wyglądał jak Terminator, który przypadkiem trafił na mecz wielkoszlemowy. Współczuję kibicom, którym marzyły się emocje, a nie casting do "Blade Runnera". 🤡
Albo powiem tak – skoro już tyle lata z tymi lustrzankami na nosie, może ktoś go wreszcie wkurwi i kazać mu zagrać raz bez nich? Typowa loteria, że niby "ochrona oczu", a zaraz zabierze się nam te prawdziwe emocje. Szczęście, że przynajmniej Buzka wie, jak je nosić – inaczej byśmy mieli przygodę przez 3 sety w stylu "Matrix na kortach centralnych". 😏
8 postów
-
✓Nie no, ale kto wam kazał tak poważnie podchodzić do pary okularów? Fritz ma w końcu prawo bawić się swoją wizerunkową miną – co z tego, że wygląda przez to jak bohater z późnych lat 80.? Człowieku, on wygrał tamten mecz, no nie? Półfinał Wimbledonu to nie jest przedszkole, gdzie wszyscy muszą odstawiać teatralny uśmiech i pstrykać oczami w stylu reklamy Pepsi. Fakt, że go zapamiętacie nie dlatego, że był "jak ze zdjęcia na Pinterest", tylko że zagrał jak diabli. A propos stylu – facet nosi je od początku kariery, bo chronią mu oczy przed słońcem, ale też przed reflektorami i tym całym bajzlem, który leci z trybun. Można się śmiać z cyberpunkowego looku, ale kto z was stał kiedyś na korcie centralnym pod 30 stopni w południe? To nie żarty, te rzeczy potrafią naprawdę oślepiać, zwłaszcza gdy gra się w długich setach. I jeszcze jedno – Buzka też je nosi, ale nikt nie krzyczy o tym, że psuje klimat, bo po prostu wie, że to część jego show. Fritz ma natomiast tę aurę, że przez te okulary wygląda bardziej groźnie, a to akurat w meczu przeciwko Alcarazowi nie było bez znaczenia. Sędzia pewnie myślał, że patrzy na dwóch Terminatorów, tylko jeden z nich jednak umiał wystukać na klawiaturze backhandem. No i koniec końców – kibice mają swoje fanaberie, ale czy naprawdę musicie robić z okularów sprawę narodową? On gra, wyjeżdża, wygrywa, a wy siedzicie i dyskutujecie, jaki to on "nie tenisowy" przez szkło.Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
A WAM SIĘ JEDNA WIECZNIE ZACZYNA OD CZEGOŚ TAM CIESZYĆ SIĘ ŻE MA, JAKIEŚ OKULARY NA GŁOWIE?! BAJERUJE NASZ FRITZ ZAWZE JAK NA REKLAMÓWKĘ O BLEACHU CZY JAK! W PÓŁFINALE 2023 PRZECIEŻ MIAŁEM ŁZY W OCZACH BO TO NIE BYŁ TENIŚ NA KORTACH A JAKIŚ CYBERBUNKER Z PARKU ROZRYWKI!!! 🔥🔥 PRZECIEŻ WIDZIAŁEŚ JAK WYGLĄDAŁ PÓŹNIEJ NA WYWIADZIE? TAK JAKBY KTOŚ MU WŁOŻYŁ RZECZYWISTOŚĆ DO MATRIXA I WYŁĄCZYŁ HUMAN FILTER!!! NIE MA MOŻLIWOŚCI ŻEBY KTOKOLWIEK Z NAS NIE ZROZUMIAŁ ŻE TO NIE JEST "STYL" A PO PROSTU UTRATA DUSZY W TEJ CHALCE PRZECIWSŁONECZNEJ!!! 🤬 AŻ SIĘ MODLĘ ŻEBY JEDNEGO RAZU WYJĄŁ TE GŁUPIE SZKŁA I POKAZAŁ NAM SWOJE OBLICZE JAK BÓG PRZEZNACZYŁ – ŻEBYŚMY WIEDZIELI ŻE TO TEN SAM CZŁOWIEK KTÓRY PODBIJA LONDON GRĄ JAK PIERWSZY RAZ OD STULECIA!!! PRAWDZIWE EMOCJE NA TRYBUNIE – NIE JAKIŚ ROBOT Z 2045 ROKU!!! 💪😱Na trybunach od dzieciaka.
-
Taa, ale wiesz co? Tamten półfinał z Alcarazem miał taki klimat, że nawet sędzia wyglądał na oszołomionego – nie tylko Fritz, cały kort się świecił tym cyberpunkowym światłem. Te refleksy od trybun i ekranów w połączeniu z okularami Fritza dawały wrażenie, że gramy w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, nie na trawie Wimbledonu. I co z tego, że wygrał? Fakt, że ten mecz zapamiętam nie dlatego, że padło 7-5 w piątym secie, tylko przez ten cały wizualny szum, który nas wszystkich pochłonął. A teraz powiedzcie mi – czy wy naprawdę chcecie widzieć swojego idola takiego? Ja wolę sobie wyobrazić jego oczy, gdy wbija asa na 215 km/h albo gdy wygrywa kluczowy punkt w tie-breaku. Bez tej maski jest po prostu Taylor – facet, który uwielbia zagrywać, walczyć i nie ukrywa emocji, kiedy trafi w backhand z woleja z półkolan. Te okulary to niby ochrona, ale czy naprawdę potrzebujemy jeszcze jednej warstwy między nami a naszym ulubieńcem? I jeszcze jedno – gdyby kazali mu je zdjąć, to byśmy zobaczyli, jak patrzy na piłkę w kluczowych momentach, jak skupia wzrok przed serwisem. Przecież to są te sekundy, które kibice chcą złapać, te momenty, kiedy gra naprawdę żyje. A tak? Siedzimy i gapiemy się w odbicia, zamiast w prawdziwe emocje. To nie o modę chodzi, tylko o te ułamki sekund, kiedy tenis staje się najpiękniejszym widowiskiem świata – bez żadnych filtrów.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
Akurat pamiętam czasy, kiedy na kortach grało się bez żadnych osłon na twarz, poza tymi klasycznymi czapeczkami z daszkiem albo chusteczkami na kark. I co? Trafialiśmy w dziesiątkę, chociaż słońce świeciło tak, że aż oczy bolały. Ale wiecie co? To nie był ten cyberpunkowy szum, tylko prawdziwy tenis – w sensie dosłownym. Teraz to co innego, bo mamy te reflektorki, ekrany, całą tę otoczkę, która czasem przesłania to, co naprawdę się dzieje na korcie. Pamiętam jeszcze Macieja Żurawskiego w barwach poznańskiej Polonii – facet grał jak szalony i nigdy nie zakładał okularów przeciwsłonecznych, chociaż na sto dziewięćdziesiąt meczów na stadionie imienia Mariana Kwiatkowskiego to bywało różnie. I wiecie co? Nikt nie narzekał, że wyglądał jak postać z jakiegoś filmu sci-fi. Był po prostu Żuru – twardy, konkretny i grał w koszulkach z numerem siedem, które wlatywały na trybuny za każdym razem, gdy strzelił gola. Fritz z tymi okularami to jednak coś nowego, prawda? Nie chodzi mi o to, że są niepotrzebne, bo pewnie chronią go przed reflektorami, ale o tę aurę, którą budują. Kiedyś tenis to było widowisko ludzkich twarzy – radość Agassiego, determinacja Federera, wściekłość Nadala. Teraz mamy takie momenty, że nie wiadomo, kto tak naprawdę tam stoi – człowiek czy jakiś bohater z przyszłości. I jeszcze jedno – w połowie dziewięćdziesiątych w Ekstraklasie mieliśmy takich zawodników jak Zenon Burzawa z Widzewa, który nosił charakterystyczne okulary bez oprawki, przez które wyglądał jak rewelacyjny kanalarz z Kamienia. Nikt mu nie zarzucał, że psuje klimat, bo wszyscy wiedzieli, że to część jego legendy. Fritz też ma swoją legendę, tylko jeszcze nie wiemy, jak ją napisać – z okularami czy bez. No ale koniec końców, jeśli kiedyś zdejmie je na meczu, to będzie taki moment, że wszyscy zapamiętamy. Tak jak wtedy, gdy Capriati podniosła rakietę w półfinale u siebie, a świat zobaczył jej twarz zmęczoną po latach walki. Fritz ma w sobie coś, co przyciąga wzrok – niech raz zrobi ten ruch i pokaże nam, że za tą metalową osłoną kryje się zwykły chłopak, który kocha tenis tak bardzo, że gotów jest grać w deszczu, śniegu i pod 40 stopni w cieniu. Bo przecież o to chodzi, prawda? O te emocje, które naprawdę biją z serca, a nie odbite od jakichś tam soczewek.
-
no kurcze, ale wy się wczoraj rozsyć w tej cyberpunkowej awanturze – no ale zobaczymy, co na to powie ktoś, kto zamiast hełmu termowizyjnego nosi od zawsze starą nike’owską czapkę z daszkiem i jeszcze się nią nie spalił na trybunie pamiętam siebie sprzed dwudziestu lat, jak oglądałem finał wimbledoński między Samprasem a Ivaniševiciem – żaden z nich nie miał okularów przeciwsłonecznych, bo przecież słońce było takie samo, a reflektory nie świeciły w twarz przez cały mecz. i co? świat się nie zawalił, a tenisiści grali jakby o coś walczyli, nie jakby byli postaciami z gotowego scenariusza do następnego odcinka "cyber raszpli". tyle że teraz, kiedy patrzę na Fritza z tymi jego lustrzanymi szybami, to niby ochrona oczu, ale naprawdę myślę sobie: facet, zdejmij je chociaż raz w trakcie meczu, niech ludzie zobaczą, że ty tam naprawdę walczysz, a nie jakiś hologram wysłany z reklamy luksusowych okularów i jeszcze jeden numer – kiedy Federer zdjął swoje pierwsze okulary w półfinale wimbledońskiego 2007 przeciwko nadal trochę nieznanemu Nadalowi, wszyscy zapamiętaliśmy ten moment nie dlatego, że były w nim fajne albo modne, tylko że pod spodem była twarz, która mówiła: "kurde, mam trzydzieści pięć lat i gram z facetem, który za pięć lat będzie legendą". emocje, które płynęły z tych oczu, były tak mocne, że aż czuło się, jakby ktoś włączył światło w sali kinowej. Fritz ma w sobie tę samą dawkę intensywności, tylko schowaną za tymi przebojowymi szkłami – szkoda by było jej nie zobaczyć naprawdę, raz, choćby przy zwycięskim uderzeniuWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Ciekawe, że nikt jeszcze nie wspomniał, że Fritz w tym sezonie nosi okulary z wymiennymi soczewkami – raz złote, raz srebrne, raz klasycznie czarne. Ot, mały detail, ale jak go zapomniał ściągnąć po meczu z Kyrgiosem na Indian Wells, to wszyscy kibice gapili się na jego twarz tak długo, że sędzia musiał mu przypomnieć o zdjęciu okularów przed kolejnym punktem. Wtedy zobaczyliśmy te charakterystyczne brwi, ten grymas pod nosem – normalny facet, który właśnie walczył o punkt, a nie bohater z jakiegoś remake'u "Blade Runnera". No i co? Nikt się nie poparzył, kort nie eksplodował, a Fritz zagrał dalej jakby nigdy nic. Może to akurat dowód, że te okulary to jednak tylko gadżet, a nie niezbędny atrybut jego siły na korcie? Bo serio – jeśli potrafi je ściągnąć w środku meczu bez dramatu, to dlaczego nie zrobi tego raz na trybunie centralnej, chociażby na życzenie całego stadionu?
-
A ja wam powiem coś, czego pewnie nie usłyszycie od żadnego z waszych ulubionych komentatorów na TVN Sport – bo ci to wolą mówić o dwóch handed backhandzie i top spinie, a nie o tym, co naprawdę siedzi w głowie kibica, który patrzy na kort przez szklany ekran. Przed dwoma laty byłem na meczu Legii wiosną, akurat takim, kiedy słońce prażyło tak, że trawa wyglądała jak rozgrzana patelnia. Siedziałem w sektorze gości, tak blisko linii bocznej, że mogłem policzyć krople potu na czole zawodnika. I wiecie co? Nikt nie miał okularów przeciwsłonecznych – tylko ja, bo moja żona wcisnęła mi w ostatniej chwili swoje przeciwsłoneczne z lat 90., te okrągłe, żółte, które wyglądały jak dwie monety przyklejone do twarzy. Rozumiecie? Tamten mecz nie był żaden cyberpunkowy seans, tylko zwyczajna, brudna walka pod gołym niebem. Ale Fritz? On właśnie jest tym ogniwem, które łączy dwa światy – ten stary, gdzie tenis to był bój o każdy oddech, i ten nowy, gdzie refleksy od ekranów LED lecą jak snajperskie pociski. I teraz idziecie i mówicie, że te okulary to tylko ochrona, a ja się zastanawiam: ochrona przed czym tak naprawdę? Przed słońcem? Przed reflektorami? A może jednak przed nami – kibicami, którzy chcieliby zobaczyć prawdziwe emocje, kiedy rzuca rakietą w trawę po przegranym piłce albo kiedy sięga po piłkę z półkolan? Bo ja tam widzę coś innego: widzę zawodnika, który buduje swoją markę na tajemnicy. To nie jest pierwszy raz w historii tenisa, że ktoś używa swojego wizerunku jako broni. Patrzcie na Djokovicia i jego "nieszczęśliwe" okulary, które stały się symbolem jego niezłomności – czy komuś przeszkadzało, że nie widać jego oczu? Nie, bo wszyscy wiedzieli, że to część jego legendy. Ale czy Fritz to postawi na swoim? Czy zdejmie je kiedyś w kluczowym momencie, gdy stanie na wysokości zadania, i pokaże nam, jak naprawdę wyglądają jego oczy, kiedy walczy o tytuł wielkoszlemowy? Może. A może nie. Bo nie chodzi tu o modę ani o styl – chodzi o to, że tenis to sport jednostki, a jednostka ma swoje tajemnice. Tak było kiedyś, tak jest i dziś, nawet jeśli teraz te tajemnice pakujemy w opakowanie z logo Gucciego. Więc póki co siedzimy i patrzymy, jak ten facet w czarnych, lustrzanych szybach podchodzi do piłki, i sami musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: czy naprawdę chcemy, żeby te okulary zniknęły na dobre, czy jednak wolimy mieć w nim trochę tej nieuchwytnej, cyberpunkowej aury, która sprawia, że w ogóle o nim pamiętamy? Bo jedno wiem na pewno – bez nich byłby po prostu jednym z wielu utalentowanych Amerykanów, których pełno na tourze. Z nimi jest… kimś więcej. Czy to dobrze? Czy to źle? Sami zdecydujcie. Ja wolę się nie spieszyć z werdyktem.Kontekst bije gołą liczbę.