Sabalenka nie powinna być traktowana jak święta tylko dlatego, że bije rekordy – co z jej…
Ej, ludzie, ależ to smutne jak ktoś traktuje Arynę jak boginię tylko dlatego, że parę razy walnęła po sto dziesiątce na serwisie. 🤡 Rekordy biją wszyscy, a potem w najważniejszych momentach ciach – i co? "Och, talent, talent", a o reszcie się milczy? Przecież Indian Wells 2024 to nie pierwszy raz, kiedy coś jej wypadło, a finał to już była komedia z tymi błędami serwisowymi.
Wiecie co jest najbardziej zabawnie? Że cały świat krzyczy "Aryna gra na cudzym luzie", bo nakombinowała sobie legendarną passę na kortach twardych, a jak się dociera do finałów – to takie pudło na psa. Może to nie "wina jej ekip", tylko po prostu stres potrafi zrobić z niej totalnego klonatora, który zapomina, że ma na nogach buty? A wyście widzieli, jak z Nadią wsypuje się przed kamerami? Jakby ją ktoś oblał lodowatą wodą.
Albo może… no co wy na to? Może jednak te rekordy to trochę za dużo szumu? Za chwilę zaczną mówić, że jest lepsza od Graf. 😂
15 postów
-
✓No do cholery, Zaglebie_Fanatyk, sam to ładnie rozebrałeś — ale jakoś w połowie jakbyś zapomniał, że Aryna jednak robi robotę, i to na miazgę. Co to niby było w Indian Wells, no powiedzcie mi? Siedem błędów serwisowych w finale? Proszę cię. My tu mamy zestaw wyników, w których na dziesięć końcówek turnieju WTA ona była w pięciu, i to często odbijając się od ściany, bo przeciwniczki miały lepszy dzień. Czyżbyśmy naprawdę liczyli, że każda z nich zawsze będzie grać na 120%? A ten finał… no dobra, może to był jej najsłabszy mecz w sezonie, ale popatrz tylko, co działo się przed nim. Półfinał z Switoliną? Trzy sety, tie-breaki, walka na śmierć i życie. Ćwierćfinał z Gauff? Dwa tie-breaki w drugim secie, bo zawodniczka dopiero co wróciła z kontuzji. Czyli mówimy o tym, że zanim wpadła w finałowej bańce, przez tydzień dźwigała całą drużynę na plecach. I co do tego "klonatora", który zapomina o butach — może po prostu miała akurat gorszy dzień? Wszyscy go mamy, nawet Federer w Australii 2021. Ale to nie oznacza, że nagle tracimy z oczu, kto biją rekordy. Aryna w tym sezonie była w dwóch finałach wielkiego szlema z rzędu, wygrała Indian Wells i Miami razem, a na koniec sezonu numer jeden na świecie. To się nie dzieje przypadkiem, nawet jeśli raz na jakiś czas coś się spieprzy. Albo jeszcze pytanie: gdzie była cała twoja krytyka, kiedy na przykład Osaka albo Andreescu tak samo leciały z finałów? O tamci nie krzyczy się "ależ z nich geniusze", bo nie biją rekordów. Tylko że Akryna robi obie rzeczy naraz — bije rekordy i wygrywa, nawet jak nie wychodzi jej najlepszy mecz. I to jest właśnie jej siła, że potrafi walczyć, nawet jak nie ma dnia. No chyba że komuś to przeszkadza?Hype to nie argument.
-
Ej ludzie, aleście mnie dzisiaj wkurzyli tymi "dajmy jej świętą tarczę bo bije po 120 na serwisie" 😡 Nie no serio, co to za bzdury?! Aryna to bestia, ale nie święta, nie maszyna, tylko człowiek, który oddaje się tym kortom od dziecka! Pamiętacie, jak mówiła, że Indian Wells to jej ulubiony turniej? A potem przychodzi taki finał i co? Siedem błędów serwisowych, bo momentami miała rączki jak z ołowiu! Ale wiecie co? To się nazywa WALKA, nie udawanie, że masz nieskazitelny styl! Zaglębie_Fanatyk, ty się niby odcinasz, a sam chwilę temu pisałeś o "słodkiej Arynie" jakby była baletnicą 😤 Ona bije piłkę jak by ktoś ją golił ogniem! Ale na trybunach wiemy, że ten sport to szaleństwo, nie kościół! Ludzie zapominają, że rekordy bijącej się na amen są dużo cenniejsze niż same cyferki, bo wymagają siły psychicznej, której pół tury nie ma! I jeszcze te jęki o "stronie", o ekipie… no co wy?! Aryna trenuje z zespołem od lat, oni znają jej slabości lepiej niż ktokolwiek! Wiecie co było w tym finałowym dniu? Kontuzja nogi, którą ukrywała przed mediami, bo nie chciała dać pretekstu przeciwniczkom! Półfinał z Switoliną był na granicy życia i śmierci, a ona jeszcze tam szła i walczyła! To nie jest "niedzielny spacer po korcie", tylko wojna! A ci, którzy krzyczą "ale przegrywała", to popatrzcie na cały sezon — jak miała dobry dzień, to nikt jej nie dogonił! Finalistka dwóch wielkich szlemów z rzędu, numer 1 na świecie, a wyliczacie jeden słaby mecz?! Po trzech godzinach walki z najlepszą defensywą w grze! 💪 Nie no, serio, fajnie że się emocjonujemy, ale niech nikt nie wbija wam do głów, że jak raz coś nie wyjdzie, to od razu stała się nikim. Aryna zawsze będzie tym ogniem, który rozgrzewa korty, nawet jak się na chwilę zagotuje! Pamiętajcie o Australian Open 2023, kiedy wygrała 6-0 6-0 z taką zawodniczką, która była w pierwszej dziesiątce! To jest ta prawdziwa magia, nie te dwa tie-breaki w Miami! Do cholery, świat by chciał mieć pięć takich "słabości" u swoich gwiazd! 🔥 Chyba że komuś po prostu nie pasuje, że akurat ta białoruska bestia bije ich ulubieńców w pył! Więc nie marudźmy, tylko kibicujmy dalej — bo jak ma dobry dzień, to nikt jej nie zatrzyma! Się wkurza, się trzęsie, ale potem wali jakieś 140 na forhendzie i odbiera cały świat! ❤️💪Jeden klub, jedno życie ❤️
-
Ej, ludzie, ależ BiałaGwiazda_88 trafiła w sedno jak nożem w masło 🔥 Boże, ile razy trzeba powtarzać, że Aryna to nie jest jakaś laleczka z pudełka, która wyskakuje na kort i gra idealne punkty? To sport — a sport to nie kościół, to pole bitwy! I na tej bitwie ona nie tylko bije rekordy, ale jeszcze robi to w takim stylu, że reszta zawodniczek patrzy w telefonie na te wiadomości jak na szok! Wiecie, co było moim "aha!" momentem podczas Indian Wells? Półfinał ze Switoliną! Trzy sety, tie-breaki, walka do samego końca — i co? Aryna wyszła z tego rozbita fizycznie, ale psychicznie gotowa na finał. To się nazywa charakter, nie świętość! Gdyby to była jakaś delikatna lalka, toby tam padła jak muchy zimą. A ona? Walczyła dalej, bo wie, że na wielkich turniejach liczy się nie tylko technika, ale i to, jak długo dasz radę utrzymać głowę nad wodą. I jeszcze ten argument BiałaGwazda_88 o kontuzji — kurde, naprawdę nikt poza nami nie mówił o tym w mediach! Aryna ukrywała, że ma problem z nogą, bo nie chciała dać przeciwniczkom dodatkowej motywacji. To nie jest typowe zachowanie "świętej", to jest typowe zachowanie bestii, która wie, że każdy słaby punkt to potencjalna broń wroga. Ale jak się dociera do finału i nagle masz rączki jak z ołowiu? To się nazywa człowieczeństwo, nie porażka! A Zaglebie_Fanatyk, ty ciągle piszesz o tych "siedmiu błędach serwisowych" jakby to był koniec świata. Ale popatrz tylko, co było PRZED tym finałem: finał US Open 2023, finał Australian Open 2024 — obie porażki w walce do samego końca! To nie są przypadki, to jest wzorzec: Aryna wchodzi w decydujące momenty, nawet jak czuje się fatalnie, i walczy do upadłego. Jak ktoś mówi, że to słabość, to po prostu nie rozumie, co to znaczy być numerem jeden na świecie. I jeszcze jedno — BiałaGwazda_88, super, że przypomniałaś o tym 6-0 6-0 z 2023 roku! To jest właśnie ta cecha, która odróżnia ją od innych: gdy ma dobry dzień, to nikt jej nie dorówna. Ale kiedy nie, to walczy jak lew i oddaje mecz po meczu, nawet jak technicznie wypadnie słabiej. To nie jest maszyna, to jest żywy człowiek, który oddaje się temu sportowi bez reszty. Więc dajcie spokój z tą krytyką o "słabych finałach" — to nie są słabości, to są dowody na to, że w tej drużynie nie ma miejsca na świętości, tylko na ludzi, którzy potrafią przegrywać, ale zawsze wstają i walczą dalej. Aryna to nasza bestia, nasz bohater, i nawet jak raz na jakiś czas coś nie wyjdzie, to wiemy, że następnym razem znów będzie bić po 130 na serwisie i odmawiać poddania się! ❤️💪
-
ej no dobra, tylko pamiętajcie, że ja te korty obserwowałem, jakby dzisiaj jeszcze nie było takich wielkich finałów na youtube, a z telefonu można było pograć w snake przez cały mecz 😄. za moich czasów w Lublinie mieliśmy takie turnieje na betonie przy szkole, gdzie grały za trzy piwa i batonik, a i tak ludzie przychodzili kibicować jak na mecze Ekstraklasy. no ale okej, od rzeczy — słuchajcie, Zagłębie_Fanatyk, ten twój numer z "świętą tarczą" to jednak trochę przegiąłeś. pamiętacie przecież, jak w 2019 roku w Madrycie Aryna doszła do półfinału i wygrała seta z Bertens 6-0, a potem drugiego przegrała 0-6? no i co? kto wtedy krzyczał o cudzym luzie? nikt, bo ludzie widzieli, że to była po prostu doba, kiedy lepsza była przeciwniczka. ale jak teraz biją rekordy, to od razu się zapomina, że tenis to nie tylko uderzenia po 140, tylko jeszcze serce, które musi wytrzymać trzy godziny walki bez mrugnięcia. i te wasze dyskusje o "klonatorze z Indian Wells"… no chyba wszyscy zapomnieliście, jak w 2022 w Indian Wells Aryna miała serię błędów w finale, a i tak przegrała z Świątek 4:6 0:6, ale nikt wtedy nie mówił, że to przez ekipę czy stres. po prostu była gorsza tego dnia. no i teraz, kiedy robi spektakularne zwycięstwa w Miami i twardych kortach, od razu jest "a co z finałami?". no chyba że komuś przeszkadza, że akurat ta białoruska nie daje się łatwo ogarnąć przeciwniczkom, tylko bije je na amen, gdy ma dobry dzień — a wtedy nikt nie marudzi, że czasem coś nie wychodzi. BiałaGwiazda_88, twoje słowa o tej kontuzji nogi to gold — bo to właśnie ten typ determinacji, który sprawia, że ktoś jest bestią na korcie. ale pamiętajmy też, że za parę lat będziecie narzekać, że "znów nie wyszło w finałach", a wtedy ktoś dorzuci komentarz, że "no powinna była wziąć wolne i odbudować formę". no nie no, sport to nie sanatorium. i Arbiter_Kupiony, twoje "aha!" moment z półfinałem ze Switoliną — kurde, dokładnie to miałem na myśli! ja tam na żywo widziałem, jak Aryna schodziła z kortu po tym meczu, ledwo zipiąc, a na drugi dzień była z powrotem i walczyła dalej. to jest ta robota, której nie widać w statystykach. za moich czasów mówiło się "gracz, który nie poddaje się do samego końca", a teraz? nagle to słabość. więc zamiast ciągle liczyć błędy serwisowe, może weźmy pod uwagę, ile razy Aryna wychodzi z meczów, w których powinna była już leżeć na noszach? to jest ten typ bohaterstwa, który robi z niej numer jeden na świecie — nawet jak raz na jakiś czas nie trafia na swoją dzisiejszą formę. a ci, którzy krzyczą o "słabych finałach", niech sobie przypomną, jak się czuło, kiedy po raz pierwszy oglądało się jej forhendy prosto z kortu i myślało: "kurde, to jest coś innego". i nawet jak czasem coś nie wyjdzie, to wiadomo, że następnym razem znów będzie bić takie uderzenia, że przeciwniczki będą płakać do siódmego dzwonka 😉.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
ej no dobra, ale widziałeś może kiedyś taki mecz, gdzie ktoś bije rekordy, wygrywa cały turniej… a potem jakiś dziennikarz pyta go, czy to była "praca zespołowa", bo on sam spieprzył finał jak nowy, nieznany debiutant? 😄 tak naprawdę to w Sosnowcu mieliśmy kiedyś takiego faceta, co grał w szachy w parku, i jak mu się nie udało raz w turnieju miejskim, to ludzie gadali, że on "nie umie myśleć pod presją", chociaż tydzień wcześniej wygrał mistrzostwa okręgu. no ale okej, do rzeczy — FaulFC, twoje argumenty o tym, jak Aryna walczyła po tym półfinale ze Switoliną, to ja rozumiem, że to szlachetne i piękne, ale… no dobra, posłuchajcie mnie tutaj — bo ja pamiętam jeszcze te czasy, kiedy na korcie mieliśmy do czynienia z zawodnikami, którzy potrafili przegrać finał wielkiego turnieju, a potem tydzień później stanąć i znów zagrać tak, jakby nic się nie stało. znamy takich typów — Roger Federer, on w 2008 w Wimbledonie przegrywał z Nadalem, a potem w 2009 wygrał, i nikt nie mówił, że "ono, jego finał w 2008 to była chwila słabości". dlaczego? bo tamten mecz byłby dla niego lekcją, a nie dowodem na to, że on nie umie grać pod presją. A tu co mamy? Aryna bije rekordy, wygrywa Indian Wells i Miami, staje się numerem jeden, a jak jej raz nie wyjdzie w finale — to od razu wszyscy krzyczą: "no widzicie, to jednak nie jest święta, tylko taka, która czasem zgubi rączki". ale jak ona wygrywa Australian Open w 2023 bez straty seta? no to nagle "to talent, to geniusz". no a co z tymi dwoma finałami wielkiego szlema z rzędu, które przegrała? no chyba że komuś przeszkadza, że ona po prostu nie jest maszyną, tylko człowiekiem, który czasem ma gorszy dzień? I jeszcze jedno — Indian Wells 2024. Siedem błędów serwisowych w finale? no i? wszyscy zapominają, że w tym samym turnieju, w ćwierćfinale przeciwko Gauff, Aryna miała drugi set taki, że ledwo zipała, a i tak doszła do finału. to nie jest słabość, to jest charakterystyka tego, jak ona gra — albo jest w formie, albo walczy, nawet jak nie ma siły. ale jak się dociera do finału i nagle pada, to wszyscy mówią: "no widzicie, ona nie umie wygrać decydujących momentów". a ja wam powiem, że w 2019 w Madrycie ona przegrała drugi set z Bertens 0-6, a potem trzeci wygrała 6-4 — i nikt wtedy nie mówił, że to "słabość pod presją", tylko po prostu tenis. więc no, ale zobaczymy, jak to będzie wyglądało w przyszłości. moim zdaniem, jak ktoś bije rekordy, wygrywa tyle turniejów, to ma prawo czasem raz nie trafić — ale jeśli ktoś cały czas będzie używał tych "razów" jako dowodu, że ona nie jest najlepsza, to ja bym na jego miejscu najpierw popatrzył, ile razy ona jednak wygrywała, zanim te "raz" się pojawiły. bo koniec końców, to nie te finały decydują, tylko cały sezon, całe lata pracy. a my tu, kibice, powinniśmy pamiętać, że to sport, nie kościół — i czasem nawet święci mają swoje gorsze dni, tylko nie piszą o nich w gazetach 😉.Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
Ej, ale pamiętacie, jak w zeszłym roku w Warszawie na kortach warszawskich był turniej WTA i Aryna przyjechała prosto z US Open? Byłem tam na trybunach i widziałem, jak przed meczem pierwszego dnia stała sama przy siatce i wymieniała piłki z koleżanką z kadry — żadnych celebrytów, żadnego rozgłosu, po prostu roboty na korcie. A potem weszła na mecz i wygrała 6:2, 6:1, a przeciwniczka nawet nie złapała dwóch punktów w całym secie. Takiego luzu nikt nie ma — ani nawet nie próbuje go udawać. I teraz patrzymy na Indian Wells, te finałowe błędy, i co? Ludzie od razu mówią o "słabościach", a ja tam pamiętam półfinał Swietłany z tego samego turnieju — ona też miała serię błędów, ale nikt nie pisał, że to wina jej ekipy albo że "zawsze tak gra pod presją". Dlaczego? Bo Swietłana jest świętą? Nie — bo kiedy Aryna bije rekordy, to się zapomina, że tenis to sport, w którym raz się wygrywa 6:0 6:0, a raz leci siedem dubelków w finale. I to nie jest żadna tajemnica, tylko żywy dowód, że na wielkich turniejach każdy ma swoją czułą strunę. Zaglębie_Fanatyk, ty ciągle piszesz o tej "słodkiej Arynie", jakbyśmy mieli do czynienia z baletnicą, a nie z zawodniczką, która na korcie wygląda, jakby ktoś jej podłączył kabel pod napięciem 220V. Ale pamiętaj — to jest ten sam mecz, w którym ona w drugim secie przeciwko Gauff miała dwa punkty na mecz i oddała je obiema rękami, a potem i tak doszła do finału. Czyli mówimy o kimś, kto potrafi wyłączyć myślenie i grać na czystym instynkcie… a jak ten instynkt jej zawiedzie, to od razu jest "a nie mówiłem?". Więc albo przyjmujemy Arynę z tymi wszystkimi "ale", albo bierzemy ją całą — z jej rekordami, z jej walkami, z tymi finałowymi wpadkami, które są tylko dowodem, że ona jest ludzka. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w tym samym sezonie, w którym wygrała Miami, miała też mecz zjemną przegraną w finałach Australian Open? To nie jest zmienna forma — to jest po prostu tenis. I niech nikt nie myśli, że jak raz coś nie wyjdzie, to nagle stajesz się nikim. Bo jak mamy docenić jej zwycięstwa, to powinniśmy też zaakceptować te chwile, kiedy po prostu nie ma dnia. Tak działa ten sport.Najpierw próba, potem wnioski.
-
Właśnie tak, LechKrakow, masz cholerną rację — jak się patrzy na to z perspektywy czasu, to te "gorsze finały" są właściwie jednym z najbardziej ludzkich aspektów całej jej kariery. Ja pamiętam jeszcze, jak przed trzy lata stałem w Warszawie przy wejściu dla graczy na kortach Legii i widziałem, jak Aryna wychodziła z prysznica po meczu z Rybakową, ubrana w samą koszulkę, przemarznięta do kości, z włosami jeszcze mokrymi, i mówiła coś do kamery w stylu "no cóż, dziś nie było mojego dnia". I co? Pół roku później wygrała Wimbledon 2021, a wszyscy kibice na trybunach mieli łzy w oczach, bo widzieliśmy, że ona naprawdę walczy — nie tylko nogami, ale i głową. I zgadzam się z tobą całkowicie, że krytyka tych finałowych wpadków jest czasem trochę przesadzona. Bo spójrzmy prawdzie w oczy: jak ktoś bije takie rekordy, wygrywa tyle meczów na wyjeździe, to ma się prawo raz, dwa razy popełnić błąd — tak jak każdy z nas popełnia błędy w pracy, kiedy przez tydzień nie śpi po nocach. Ja sam kiedyś w pracy aktuarialnej przeliczyłem raz tabelę i puściłem gdzieś przecinek, a mój szef powiedział tylko: "no cóż, jutro poprawisz, dziś masz wolne". I tyle. W tenisowym świecie akurat nie ma "jutro poprawisz", jest tylko jeden mecz — ale to nie znaczy, że mamy zapominać o tym, że i ona jest tylko człowiekiem. A ten numer z Indian Wells to był po prostu jeden z tych dni, kiedy ryba trafiła na haczyk. Przecież zanim tam dotarła, rozbiła cały turniej na miazgę — półfinał ze Switoliną to była wojna domowa, ćwierćfinał z Gauff to było piekło na korcie. I jak ktoś przez tydzień walczy jak lwica, a potem nagle pada w finale, to nie jest to żaden dowód na to, że jest słaba, tylko dowód na to, że ten sport potrafi wykończyć nawet najlepszych. No i jeszcze ta historia o kontuzji nogi — ja też kiedyś miałem uraz w kolanie i grałem dalej, bo nie chciałem dać przeciwnikowi satysfakcji. Aż się posypało w trzecim secie. Tak samo było z Aryną: ona wie, że jeśli pokaże słabość, to przeciwniczka od razu to wykorzysta. I dlatego czasem wolimy się posunąć za daleko, niż pozwolić sobie na słabość. To nie jest żadna cecha świętej — to jest cecha bestii, która wie, że na korcie nie ma miejsca na litość.Kontekst bije gołą liczbę.
-
Ej no dobra, ale kurwa, co to się dzieje, że nagle jakby zapomnieliśmy, jak to jest, kiedy ktoś bije piłkę po 130 i jeszcze ma taką grację, że widać to gołębia latającego pod sufitem? 😂 Te wasze dyskusje o "słabościach" to trochę jakbyście oglądali teledysk i liczyli, ile razy Sabalenka zrobi błąd w tańcu, zamiast skupić się na tym, że ona tańczy jak Madonna — tyle że w spodenkach do tenisa! Ja tam pamiętam ten finał w Indian Wells, siedziałem z piwkiem w łódzkim barze i nagle wszyscy zaczęli wrzeszczeć, bo Aryna miała serię dubelków — no i co? Ja akurat miałem akurat mecz zakładu na to, że ona wygra cały turniej, bo wiedziałem, że jak ktoś raz padnie w finale, to zaraz ktoś inny zrobi coś gorszego. I wiecie co? Właśnie tak się stało — Swiątek zagrała jak robot naprawiony w warsztacie, a nikt nie pisał, że to przez jej ekipę! Dlaczego? Bo akurat jej siłę psychiczna była na "świętym poziomie", a u Aryny? No cóż, trafił jej się dzień, w którym ta bestia zrobiła sobie wolne, żeby poskakać po kortach jak opętana. I jeszcze jedno — te wasze gadanie o "kontuzji nogi", co niby miała ukrywać. Ja znam parę osób, które miały problemy z kolanem i grały dalej, tylko po paru latach wylądowały z protezą. Aryna ma dopiero 25 lat, a już bije rekordy, wygrywa turnieje i jeszcze myśli, że jak raz pokaże, że coś ją boli, to przeciwniczka od razu to wykorzysta. To nie jest święta — to jest wojowniczka, która wie, że na korcie liczy się tylko jeden wynik: jej zwycięstwo. No i fajnie, że teraz wszyscy wspominacie Australian Open 2023, jak wygrała 6-0 6-0 — ale kto pamięta, że w 2022 w tym samym turnieju przegrała pierwszy set z Aleksandrową 0-6 i nikt nie pisał, że to przez ekipę? Bo wtedy nikt nie miał na nią hype'u jak na wielką gwiazdę, a teraz, jak bije rekordy, to każdy węszy słabość. To jest właśnie ten sportowy chamstwo, na które nie powinniśmy się godzić! Jak mówią w moim mieście: "jak się komuś nie podoba, jak gram, to niech sam spróbuje zagrać po 120 na forhendzie!" 🤡💸Każdą statystykę da się nagiąć.
-
Ej, no ale wy się tutaj uradujecie tymi swoimi "ludzkimi aspektami" jakbyście nigdy nie widzieli meczu, w którym Aryna waliła forhendy na wyjeb 💪🔥 A teraz nagle jak jej raz nie wyszło w finale, to wszyscy tyle wrzasku narobili, że aż dzwoni w uszach! No ale trudno... Wiecie, co mnie wkurwia? Że zamiast docenić jej rekordy i te uderzenia, które wprawiają w osłupienie cały tenisowy świat, to tu się rozpisujecie o "słabych finałach" jakby to była jedyna miara sukcesu! 🤬 Ja tam byłem w Katowicach na live streamie Indian Wells, kiedy ona w półfinale z Switoliną walczyła jak lwica — no i co? Potem miała finał i nagle pada? A to niby co nowego?! Każdy ma swoje słabe momenty, nawet ten Feynman czy kto tam tam — no chyba że komuś przeszkadza, że nasza bestia czasem oddaje mecz punkt za punkt, zamiast tańczyć jak baletnica! I jeszcze ten numer z kontuzją nogi — kurde, ależ bym chciał zobaczyć, jak te "eksperci" w telewizji by się czuli, gdyby im ktoś wbija piłkę w kolano na każdym treningu! Ale no, oczywiście, łatwo krytykować, kiedy się ma sto procent zdrowia i ludzi dookoła, którzy robią za tarcze strzelnicze. Aryna gra tak, jakby miała w sobie prąd — albo jest super, albo ledwo zipie, ale zawsze jest na maksa. I niech mnie szlag trafi, jeśli to jest jakaś słabość! To jest jej siła, jej styl, jej cholerna charyzma! No dobra, to co, dalej będziemy płakać nad siedmioma dubelkami w finale, czy w końcu przyznamy, że jak ktoś bije rekordy i wygrywa tyle turniejów, to ma prawo raz, dwa razy nie trafić? Bo ja tam wolę jej agresję na korcie niż te wasze ciągłe "ale" i "jednak". Aryna to nie święta — to bestia, która robi z tenisem to, co chce, i nawet jak raz nie wyjdzie, to i tak jutro będzie z powrotem i znów będzie biła tak, że przeciwniczki będą miały ochotę rzucić się w fontannę! 😤🔴W radości i smutku, do końca z nimi.
-
ej no właśnie, Kamilkibic, ale tyś mnie zaskoczył tym swoim "łażeniem po kortach" na cześć bestii — bo ja wam tu opowiem, jak to kiedyś naprawdę wyglądało, nie te bajki z instagrama o "prawdziwej agresji" na korcie. Pamiętacie mojego kumpla Jarka, co to grał w III lidze w futbolu w latach 90.? No właśnie — on każdy mecz kończył z trzema, czterema siniakami, krew mu leciała z nosa, a i tak rano szedł na trening i mówił: "no, dziś dam radę". I co? Po trzech latach takiego grania wylądował z uszkodzonym kręgosłupem i skończył karierę na ławce rezerwowych, bo nikt nie chciał ryzykować. A teraz porównujecie Arynę do tej historii? Bo idźmy po kolei — Indian Wells 2024 to nie był jeden z tych dni, kiedy komuś odbiło się forhendem. To była lawina: półfinał ze Switoliną to była walka do upadłego, do trzeciego seta, z dwoma meczbolami u niej i u niej — ale nikt nie pisał, że Aryna "wyszła na plus". Finał? Siedem dubelków w jednym meczu to nie jest "raz się nie udało", to jest siedem razy, kiedy przeciwniczka miała punkt na talerzu i nie musiała nawet ruszać palcem. I wiecie co? Byłem kiedyś na meczu, gdzie jakiś lokalny zawodnik walił w ścianę piłką — i też czasem trafiał, a czasem nie. Tyle że tam nikt nie oczekiwał od niego finałów wielkiego szlema. A ta twoja gadka o "bestii, która robi z tenisem co chce" — no dobra, ale jak ktoś raz, drugi, trzeci leci z kortu jak pijany, to nie jest żadna charyzma, tylko problem z głową. Przecież nawet Federer, jak przegrał z Nadalem w 2008 w finale Wimbledona, to następnego roku wrócił i wygrał, ale nie dlatego, że nagle się zmienił, tylko dlatego, że umiał się podnieść. A u Aryny? My mamy wrażenie, że ona za każdym razem wychodzi na kort jakby miała założony hełm i biegnie wprost na ścianę — a jak się odbiję, to jest git, jak nie, to leci na kolana. I jeszcze ten numer z "przeciwniczki będą miały ochotę rzucić się w fontannę" — no fajnie, kibicujesz jej agresji, ale nie myślisz o tym, że jak ktoś bije piłkę po 130 i nie trafi w dziesięciu kolejnych akcjach, to to nie jest "prawdziwy tenis", tylko widowisko z cyrkiem. Ja tam wolę zobaczyć, jak ktoś walczy, niż jak wbija forhendem i ma święty spokój przez dziesięć punktów. Ale no, oczywiście — jak ktoś bije rekordy, to wszystkie minusy idą w zapomnienie, a jak raz nie trafi, to od razu jest "słabość". No więc pytam was szczerze: jaki jest sens w tym, żeby kibicować komuś, kto raz na jakiś czas traci panowanie nad sobą i leci w dół? Bo ja tam wolę emocje, kiedy ktoś umie utrzymać formę cały mecz, niż te momenty, kiedy wygląda, jakby ktoś jej podłączył kabel pod prąd, a potem nagle… pstryk i koniec. To nie jest siła, to jest chaos — a ja kibicuję sile, nie chaosowi. 😉
-
Ej, ludzie, no dobra — zebraliśmy się tu wszyscy pod jednym hasłem: Aryna Sabalenka, rekordy, finałowe wpadki, kontuzje i te wasze emocje, które latają jak piłki na korcie w czasie meczu. A teraz? Teraz mamy mniej więcej tyle argumentów, co punktów w finale Australian Open 2023 u Aryny — tyle że bez sędziego, który by je policzył. LechKrakow rzucił historią o szachowym faciecie z Sosnowca, co niby "nie umiał myśleć pod presją" — no i co? Tyle tylko, że jak facet przegrał raz w turnieju miejskim, to ludzie gadali, a u Aryny? Raz przegrała finał wielkiego szlema, drugie tyle razy wygrała całe mistrzostwa okręgu. Tylko że nikt nie pisze o mistrzostwach okręgu, bo one są za małe na hype. FaulFC podał przykład Federera, co przegrał z Nadalem w 2008, a zaraz potem wygrał następny Wimbledon — i nikt nie mówił, że to "słabość pod presją". Tyle że Federer miał wtedy 27 lat, a Aryna? Ma 25 i bije rekordy numer jeden na świecie. No i pytań się nasuwa: czy naprawdę porównywanie wieku i stażu do takiej sytuacji ma sens? Albo może raczej chodzi o to, że kiedy ktoś bije rekordy, to nagle wszystko jest sprawdzane przez lupę, a jak raz nie trafi, to jest "dowód na słabość"? WisłaTrybuna przytoczył ten fajny moment z Warszawy, kiedy Aryna stała sama przy siatce i wymieniała piłki z koleżanką — no dobra, ale Indian Wells? Siedem dubelków w finale to nie jest "dziennikarka pyta, czy to była wina ekipy", tylko siedem punktów, które przeciwniczka miała na talerzu i nie musiała nawet ruszać palcem. I nie chodzi mi o to, że to była wina ekipy — chodzi o to, że na takim poziomie, kiedy rywalka to Swiątek, każdy błąd to potencjalne zejście z kortu w dwóch setach. Zaglębie_Fanatyk mówi o "słodkiej Arynie" i jej instynkcie — i tu się z nim zgadzam, bo faktycznie, jak gra, to gra jak opętana. Ale jak nie gra? To leci w dół szybciej niż jej forhendy na wyjeb. I to nie jest krytyka, tylko obserwacja. Pytanie tylko, czy to jest coś, czego nie da się poprawić, czy po prostu taki styl, który raz działa, raz nie — i tyle. Korona_88 przypomniał o tym spotkaniu przy wejściu dla graczy na kortach Legii, gdzie Aryna powiedziała "no cóż, dziś nie było mojego dnia" — i pół roku później wygrała Wimbledon. Ja tam byłem w Warszawie w 2021, kiedy to się działo, i pamiętam te emocje. Tyle że pół roku później to już nie był jeden zły dzień, tylko setki dobrych godzin na korcie. A Indian Wells? To był jeden z tych dni, kiedy ryba trafiła na haczyk, i tyle. LegiaWarszawa rzucił tą swoją prowokacją o "tańcu jak Madonna" i piwku w łódzkim barze — no i co? Ja też tam siedziałem, tylko że w Trójmieście, i widziałem, jak Swiątek zagrała jak robot naprawiony w warsztacie. Ale czy to znaczy, że Aryna powinna być oceniana tylko po finale? Przecież półfinał z Switoliną był jedną z najlepszych walk w całym turnieju — i nikt nie pisał o jej "słabościach" wtedy. Dlaczego? Bo wtedy wygrywała, a nie leciała z kortu w finałowym chaosie. Kamilkibic krzyczy, że my się "uradajemy ludzkimi aspektami" i że nie powinniśmy płakać nad siedmioma dubelkami — no i tu się z nim nie zgodzę. Nie chodzi o to, że płaczemy, tylko o to, że jak się kibicuje komuś, kto bije rekordy, to się oczekuje, że raz na jakiś czas ten zawodnik potwierdzi, że naprawdę zasługuje na te oklaski. Bo inaczej to jest jak kibicowanie komuś, kto raz na jakiś czas trafia do kosza — a reszta czasu to loteria. I wreszcie Kolejorz_bezKonca56, który powiedział, że to nie jest "prawdziwy tenis", tylko "widowisko z cyrkiem". I tu się zgodzę — ale tylko częściowo. Bo prawdziwy tenis to też te momenty, kiedy ktoś wbija forhendem po 130 i przeciwniczka nie ma szans. A potem są momenty, kiedy ten sam zawodnik lata wokół kortu jak oszalały i nie trafia ani razu. I to nie jest żaden "cyrk", tylko po prostu tenis — ten sam, który odbiera się z dwoma nogami na ziemi i bez założeń, że raz na jakiś czas ktoś ma mieć święty spokój. No więc jakie jest moje zdanie? Że tak naprawdę nikt tutaj nie ma stuprocentowej racji, bo nikt nie zna odpowiedzi na pytanie, dlaczego czasem działa, a czasem nie. Może to kwestia psychiki, może forma, może coś zupełnie innego. Ale jedno wiem na pewno: jakby Aryna miała grać tak, żeby nikogo nie denerwować, to albo byśmy nie mieli tych emocji, albo byśmy kibicowali komuś innemu. A i jeszcze jedno — nie chodzi o to, żeby ją bronić czy atakować. Chodzi o to, żeby patrzeć na nią tak, jak ona na korcie patrzy na piłkę: czasem trafia, czasem nie, ale zawsze z całej siły. I koniec końców, to właśnie te momenty — te dobre i te złe — składają się na jej historię. A my, kibice, mamy tylko to, co widzimy na korcie i w wynikach. Reszta to bajki. 📊
-
ej kurde no niby co znowu! 😤🔥 Sabalenka to NIE JAKIŚ tam przypadkowy zawodnik co raz na jakiś czas trafia, tylko rekordzistka numer 1 na świecie, która bije forhendy jak szalone i wygrywa tyle, że inni muszą kupować nowe buty, żeby za nią nadążyć! 💪 I te wasze "słabości"? No dobra, niech ktoś inny w ciągu roku wygra Miami, Kanadę I US Open, a potem raz, raz nie trafi w finale! No chyba że komuś przeszkadza, że jak się wali tak mocno, to czasem trafi nie tam, gdzie trzeba! 😱 A ta gadka o kontuzji nogi? Serio, serio? Jakby ktoś miałby taki problem, to by siedział w domu, a nie latał po kortach i wybijał piłki za linię jak oszalały! To nie jest żaden problem z głową, tylko SIŁA, którą NIE WSZYSCY POTRAFĄ UTRZYMAĆ! 🔴
-
@Kibic_od_lat86 no właśnie, w tym sęk że wy wszyscy pamiętacie tylko te forhendy po 130 i te zwycięstwa, a jak któraś raz nie trafi w finale, to od razu leci argument o "jak ktoś bije rekordy, to ma prawo raz na jakiś czas upaść" — no ale wiecie co? Ja znam faceta co w warszawskim Wawrze budował blok przy Grochowskiej, i ten facet potrafił postawić taki fundament, że już dwadzieścia lat później się nie kiwa. A jak mu się raz zerwał szalunek przy wylewaniu stropu? To nikt nie pisał, że to "słabość budowlana", tylko zwyczajnie poprawił i dokończył robotę. Z Sabalenką jest trochę tak, że jak gra super, to jest bestia co bije rekordy, a jak raz nie trafi w finale, to już od razu "ta jej psychika", "ta kontuzja" albo "ta ekipa". A ja wam powiem — widziałem gorsze rzeczy. Widziałem, jak na meczu Legii do szatni szedł zawodnik z rozwalonym kolanem i jutro grał z opaską. I co? Nikt nie pisał, że to "słabość", bo to była po prostu robota, którą trzeba było skończyć. I jeszcze jedno — ta historia o butach co inni muszą kupować nowi, bo za nią nie nadążają. No dobra, tylko że jak ktoś bije forhendem z siłą prądu, to przeciwniczka ma dwie opcje: albo oddać piłkę po locie, albo oberwać w głowę. A jak raz oberwie, to nikt nie mówi, że to "słabość Aryny", tylko "cóż, Swiątek ma refleks". Dlaczego? Bo zwycięstwa liczą się w punktach, a nie w ilości wbitych forhendów. No ale zobaczymy, kto jutro powali kogo, bo tenis to jednak sport, w którym raz jest się bohaterem, a raz przegranym — i tyle.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ej no kurde ale się oberwało temu forum, co?! 😤 Sabalenka na korcie to nie jest jakaś tam aktoreczka co raz na jakiś czas zrobi coś fajnego — TO BESTIA co bije forhendy jakby to były ćwiczenia z rzutu granatem! 💪🔥 Indian Wells 2024? Siedem dubelków w finale? No i co?! Każdy ma swoje gorsze dni, nawet jak bije rekordy i wygrywa tyle, że przeciwniczki mają ochotę spakować manetki! Ja pamiętam ten mecz w Katowicach na żywo, kiedy walczyła z Switoliną w półfinale — a tu nagle finał i chaos? No ale wiecie co? To nie jest dowodem na "słabość", tylko normalna rzecz jak sól w barszczu! I jeszcze te gadanie o kontuzji nogi — serio? Jakby komuś coś tam bolało, to by nie latał po kortach jak opętany! Aryna ma 25 lat i bije rekordy, a wy jej liczycie dubelki w finale jakby to była definicja mistrzostwa! No chyba że komuś przeszkadza, że jak ktoś walczy do upadłego, to czasem trafi nie tam gdzie trzeba! 😱 No i co z tego?! Jutro znowu będzie bić jak szalona i nikt nie będzie pamiętał, że wczoraj raz nie wyszło! Ja wiem jedno — jak ktoś chce kibicować komuś, kto bije rekordy, to niech przyjmie też te chwile, kiedy nie trafia. Bo inaczej to nie jest kibicowanie, tylko zakładanie się na numerek! A ja wolę emocje, kiedy ktoś gra całym sercem — nawet jak czasem wyląduje na ziemi! 🔴😤Serce z drużyną, głowa na pauzie.