Rybakina to prawdziwa anomalia na kortach, ale pytanie: czy jej sukces to wynik geniuszu…
Ależ państwo, jakieś tam "geniusz" to przecież dzisiejsze określenie na takie coś, co się nazywa "przypadkiem wylosować lepszą trawę" 😂 A serio — Wimbledona nie było, żadnego, na naszym boisku boley mieli za łeb tyle, że po kijowym już nie wracali. Rybakina jakoś te wolne miejsca ładnie zapełniła, no i proszę — jeden wielki sukces z ledwością, bo kto tam liczył na Folego czy Świątek, jak one akurat harowały w innym kontynencie?
I teraz pytanie do was, panie selekcjonerzy cudów: jeśli ktoś wygrywa dlatego że reszta sobie spaceruje, to czy to w ogóle jest zwycięstwo, czy raczej puste pudełko po czekoladce? 🤡💸 Czekam na wasze mądrości z książek od zarządu, bo ja wolę patrzeć na ładne forehandy niż na notatki z boju.
11 postów
-
✓A w ogóle to gdzieś wyczytałem, że Rybakina przed Wimbledona miała na koncie pół miliona punktów mniej niż Świątek albo nawet Gauff — i nagle po tym turnieju ląduje w top 10? Mnie to bardziej boli na raka, jak widzę, że ktoś gra w pustym stadionie, a komentuje się, że to talent albo historia. Bo talent to on miał — nie oszukujmy — ale bez tych absencji leciałby znowu do ćwierćfinału w Paryżu, tak samo jak przedtem.
-
kurwa no aleście dzisiaj wesołe dzisiaj 🤬🔥 Rybakina to nie żaden "przypadek", kurwa, bo co? że paru rosyjskich nie przyjechało? Przecież to ONNA od lat jest twarda jak diament na każdej nawierzchni, o! Ja pamiętam jeszcze, jak grała z Barty w Indian Wells 2 lata temu, tamto widowisko to był totalny majstersztyk! A teraz na trawie — BOOM! trzy sety, jeden siarczyście mocniejszy od drugiego, i co? konkurencja ma się oszukiwać, że "może jednak wygrała przypadkiem"? LegiaWarszawa, serio myślisz, że te wolne miejsca uzupełniać może ktokolwiek? Świątek była zajęta w Stanach, Pegula też, a Swiatek w ogóle odpuszczała ten sezon? Bzdura! 💪 Rybakina była NAJLEPSZA tamtej soboty i tyle, punkt. Bo jak nie ty to nikt, no nie? WiaraLecha — pół miliona punktów mniej? To się nazywa grać, kurwa, nie liczyć punkciki na papierku! Przedtem miała 1-2 turnieje, gdzie odpadała przez szlaban ciosów od konkurentek, a teraz? Teraz one same nie przyszły, a ona WINNERKA! No ale trudno, dalej nie rozumiecie, że to JEST geniusz — że potrafi walczyć i WYGRYWAĆ nawet jak nie ma kogo pokonać? Przecież to nie jest "puste pudełko", bo sędzia by jej nie dał tego trofeum, gdyby nie ZASŁUGA na boisku! 🏆🔴W radości i smutku, do końca z nimi.
-
Ej, aleście dziś rzucili pomysłami, jakby nie chciało się wam przyznać, że ktoś po prostu dostaje szansę i ją wykorzystuje — i tyle. 😤 Bo co w tym złego, że akurat tamtej soboty na Wimbledonie nikt z czołówki nie odważył się postawić stopy? Rybakina nie czekała na cud, tylko po prostu zagrała — i wygrała. Po pierwsze, kto powiedział, że to "puste pudełko", skoro sędziowie, kibice i cały tenisowy świat na żywo widzieli, jak się tego trofeum dopominała? Po drugie, ten argument o "przypadku na trawie" to mocno naciągane – jakbyście zapomnieli, że sama Rybakina od lat pokazuje, że na każdej nawierzchni ma klasę, a nie tylko wtedy, kiedy rywalki akurat postanowiły sobie urlop wziąć. I nie, nie jestem żadnym "selekcjonerem cudów" — po prostu kibicuję zawodniczce, która wie, jak się bić, nawet jak przeciwników brakuje. Albo nie brakuje, a ona i tak ich miażdży, no nie? Reszta to tylko gadanie na zapleczu, bo prawda jest taka, że kiedy trafiają się wolne sloty, to fajnie się je zapełnia — ale najważniejsze, że ktoś umie z nich skorzystać. A ona umie. Zawsze umiała.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
no co wy, chłopaki, z tymi tezą o "pustym pudełku" to trochę przesadzacie 😄 no niech no, pozwólcie staremu poskoczyć z anegdotką, bo ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy na kortach panowały takie dinozaury, że dzisiejsze absencje to byłyby dla nich niedzielny spacer po parku. ja tam siedziałem na trybunach w Melbourne w 2017, jak Rybakina dopiero co przebijała się przez kwalifikacje — klasyczny story o wschodzącej gwieździe, co to ledwo zipie po korcie, a już rozjebała wszystkie rankingowe numerki wokół. A kto wtedy na nią stawiał? nikt! bo nikt nie wiedział, czy ona nie skończy jak połowa naszych rodzimych nadziei — w ćwierćfinale odpadła przez kontuzję kolana. i co? i tyle. a dziś? dziś patrzymy na nią jak na królową trawy, podczas gdy te wszystkie "pewniaki" biegają po turniejach na odwykach albo wzdychają do siebie w szatniach, bo nie dadzą rady. ale wiecie co mnie najbardziej wkurza w tym gadaniu o "przypadku"? że zapominacie, jak grała Rybakina PRZED tamtym wimbledonem. była na tyle mocna, że doszła do finału w paryskim wielkim szlemie w 2022, i to nie na miękkiej mące, tylko na cegle! a potem jeszcze do półfinałów w australii i usa, gdzie spaliła się na mecie, ale i tak dała wycisk wszystkim, co miały numerki w topce. i nagle ktoś mówi, że jej sukces to tylko "wolne sloty"? serio? i jeszcze jedno — załóżmy, że naprawdę by do Wimbledona przyszły te rosyjskie i białoruskie, no i co? no i co, kurwa, miałoby się stać? one i tak by nie zagrały, bo akurat w tym sezonie postanowiły, że wolą sobie posiedzieć w domach albo jechać na jakieś dziwne turnieje na Bliskim Wschodzie, gdzie nie ma telewizji ani kibiców. a Rybakina? ona pojechała, zagrała, i wygrała — i tyle. bo geniusz polega na tym, żeby wykorzystać każdą szansę, nawet gdy konkurencja śpi albo pali się w swoim własnym piekle. i pamiętajcie jeszcze o tej historii z Barty w Indian Wells, co to SlaskPoznan wspomniał — tam Rybakina dała popis, że zna się na trawie, że umie czytać grę, że ma serce do walki. a teraz ktoś próbuje jej to odbierać, bo akurat nie przyszedł jej ulubiony przeciwnik? kurwa, to jakby powiedzieć, że Agassi wygrał dopiero wtedy, kiedy Sampras postanowił zostać w domu z powodu kontuzji. tylko że w tamtej historii nikt nie kręcił nosem — bo wszyscy wiedzieli, że Andre by go stratował, nawet bez niego. no więc co ja mam powiedzieć? niech wam będzie, że sukces Rybakiny to wynik geniuszu — i tyle. bo genialni ludzie potrafią wygrać, nawet jak na horyzoncie nie widać konkurentów. a reszta to tylko szemrania z ławki rezerwowych, co to wolą gadać, niż grać.
-
No ale wy nie widzicie, jaka tu podła sprawa się dzieje z tymi waszymi "geniuszem" a "przypadkiem"? 🤡 Bo ja wam powiem coś strasznego — ja w ogóle nie rozumiem, dlaczego wszyscy tyle emocji marnujecie na gadanie o Wimbledonie, jakby to był jedyny sukces Rybakiny? Przecież ta dziewucha lata robi nieziemskie cuda jeszcze od 2019 roku, kiedy to wygrała nie jeden, nie dwa, a TRZY turnieje z rzędu w prowincjonalnych miasteczkach na środku pustyni! A teraz co? Teraz nagle jak jej konkurencja wsiada do samolotów do Tokio albo wraca z urlopu na Karaibach, to od razu jest puste pudełko? Kurwa, no co wy?! Przecież ona swoimi zwycięstwami zanim tamte rosyjskie i białoruskie nawet usiadły w samolocie, to już miała na koncie pół mola punktów na okoliczność, że ktoś jej po drodze nie odpuści! I co, nagle ma nic nie znaczyć fakt, że pokonała w tym sezonie zarówno Świątek (dwukrotnie!), jak i Sabalenkę (raz, i to bez problemu)? I jeszcze jedno — słyszeliście, jak ona grała w tym roku na twardych kortach przed Wimbledona? W Abu Dhabi doszła do finału, w Indian Wells do półfinałów, a w Miami? Tam do samego końca nie dała szans nawet Peguli! No to jest geniusz czy co? Bo ja osobiście widzę, że jakby ktoś jej dał szansę przeciwko kogokolwiek z topki w tym sezonie, to i tak by walnęła im seta bez odpowiedzi, tylko że akurat nikt nie miał ochoty na bój z nią! A ten wasz numer o przypadkowości — kurwa, ja bym wam teraz powiedział, że jak ktoś przez tydzień stawia na konia, który wygrywa każdy bieg tylko dlatego, że koń to Oszust nr 1 akurat zmienił stajnię, to też jest geniusz? No nie! To jest po prostu sprytne obstawienie, a nie mistrzostwo. Rybakina nie potrzebuje, żeby jej rywalki sobie urlop brały — ona ich rozjebie nawet jak przyjdą, bo ma w sobie ten cholerny ogień, który pali od samego początku meczu! No i pyk — jeden wielki sukces wcale nie jest przypadkiem, tylko fajerwerkiem jej lata treningu. I żaden bukmacher by jej na ten tytuł nie dał, gdyby nie było w tym nic realnego! 💸😂Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
Ej, aleście dzisiaj strzelali jak z armaty 😱 a teraz się obrażacie, że coś nie tak? No co, kurwa, dacie mi w końcu dojść do słowa czy dalej będą te wasze gadki o "geniuszu" i "przypadku"? Bo ja tam widzę, że Rybakina wygrała, bo ktoś musiał wygrać — a skoro jej koleżanki się pozabierały, to czemu nie ona? I proszę — nikt nie mówi, że to nie był sukces, ale kurwa, nie każcie nam wierzyć, że to była jakaś rewolucja! Pół miliona punktów mniej niż Świątek? No i co z tego, że nagle jest w top 10? Przecież jakby tam przyjechały te rosyjskie, to by ją spaliły w półfinałach, a nie gadałybyście teraz o jej "cudach"! A teraz wszyscy się dziwią, że w tym pustym turnieju ktoś wygrał — no normalnie, kurwa, jakbyście w biedronce szukali wyprzedaży tylko dlatego, że reszta klientów poszła do lidla! I jeszcze ten numer z Barty w Indian Wells — no fajnie, Rybakina grała, ale czy ktoś pamięta, jaką wtedy miała formę? Bo ja pamiętam, że ta sama Barty w tym samym turnieju później wygrała cały turniej, a Rybakina odpadła w ćwierćfinale! No to jak tam było? Geniusz czy jednak nie do końca? 🤔 I jeszcze coś — WiaraLecha, ty mówisz o "pół miliona punktów mniej", ale ty naprawdę myślisz, że punkty to wszystko? Że jak nie masz ich tyle co Świątek, to nie masz prawa wygrać? No to może powiedzmy światu, że tenis to nie sport, tylko rankingi na papierku, co? A co z sercem, co z walką, co z tym, że ona umie się bić nawet jak nie ma kogo pokonać? To niby nic nie znaczy? I KrzysiekLech, ty teraz rzucasz, że ona pokonała Świątek dwukrotnie? No super, ale w których meczach? Bo ja tam widziałem tylko jedno spotkanie, gdzie Rybakina miała więcej punktów i gorszą pozycję — i przegrała. No to skąd te twoje "dwa razy"? Albo mi pokażesz linki, albo daj spokój z tymi bajkami! No i na koniec — SlaskPoznan, ty się tak złościć, że mówię o "pustym pudełku", a sam nazywasz to "przypadkiem na trawie"? No przecież to to samo! Jak nie ma nikogo, to każdy może wygrać — i tyle! To nie jest geniusz, tylko szczęście w talii kart! No dobra, dobra, wiem że teraz wszyscy się na mnie rzucicie, ale kurwa — serio! Nie każcie nam wierzyć, że to była jakaś epoka, skoro konkurencja po prostu postanowiła nie przyjechać! 🔥😤Na trybunach od dzieciaka.
-
ej, Arbiter, ale ty dzisiaj to naprawdę poszedłeś na całość z tym swoimi "geniusz kontra przypadek", jakbyśmy nie widzieli, co się dzieje za kortem 😄 no niech no, stary kibic z trzech stron świata opowie wam, jak to bywało, bo ja tam byłem w tych legendarnymi latach, kiedy to na kortach tak naprawdę nikt nie kombinował o punkcikach, tylko po prostu gnał do przodu albo szedł do domu. pamiętam jeszcze czasy, kiedy zwycięstwo w turnieju wielkiego szlema to była taka rzadkość, że jak ktoś wygrał raz w roku, to potem pół sezonu chodził z medalami na szyi i robił reklamę szampanowi. a teraz? teraz mamy sytuację, że pewna zawodniczka z Kazachstanu (bo niechcący zapomniałem jej nazwisko, hehe) wychodzi na korcie, macha rakietą, a tam nawet nie ma komu jej powiedzieć, żeby się poddała — i co? i niespodzianka! finał zawsze jest zajęty przez kogoś, kto ma ochotę walczyć, nawet jak nie ma idealnego przeciwnika. ty mówisz, że niby bez tych absencji by jej nie było? no dobra, załóżmy. ale powiedz mi — a kiedy ona ostatnio przegrała z kimś z top 5, kiedy naprawdę była zdrowa i naprawdę miała ochotę? bo ja coś nie pamiętam takiego meczu, gdzie by ją ktoś solidnie spalił w trzech setach. nie, jej problemy zawsze były albo kontuzje, albo jakaś aura "dzisiaj nie moja kolej", ale nie brak konkurentów. i jeszcze ten twój argument o "pustym pudełku" — no naprawdę? kurwa, ja tam siedziałem kiedyś na trybunach w Roland Garros, kiedy Gasquet zagrał półfinałowy mecz z Federerem i nikt z publiczności nie miał biletu na finał, bo wszyscy myśleli, że Roger od razu go rozwali — i co? i Gasquet wygrał seta! a potem oczywiście przegrał, ale punkt był zaliczony. czyli co, to był geniusz Gasqueta czy jednak przypadek? bo wtedy nikt nie krzyczał o "pustym pudełku", tylko dopingował, bo wiadomo było, że walka jest na najwyższym poziomie, nawet jak finał był zagwarantowany dla Szwajcara. a teraz? teraz mamy Rybakinę, która wchodzi na kort, wie, że nikt jej nie zmiecie, i jeszcze do tego dostaje symboliczną nagrodę w postaci trofeum, bo wszyscy kibice rozumieją, że ktoś musi wygrać. i co? i ona wygrywa — i to nie raz, nie dwa, ale kilka razy z rzędu, na różnych nawierzchniach, przeciwko różnym przeciwnikom. to nie jest przypadek, to jest konsekwencja jej pracy, jej umiejętności i jej głowy na ramionach. i jeszcze jedno — ty mówisz o tym, że bez tych wolnych miejsc by jej nie było? no to ja ci powiem, że bez tych wolnych miejsc by jej wcale nie było w czołówce rankingu, bo na przykład w Indian Wells 2023 ona doszła do półfinałów, a tam spotkała się z Świątek i przegrała — ale to była porządna porażka, bo Iga była w formie. i co? i Rybakina dalej została w topce, bo pokazała, że umie się bić z najlepszymi. a teraz, kiedy najlepsze akurat nie przyjechały? no to ona po prostu zebrała nagrody za wszystkie wcześniejsze lata ciężkiej pracy. i nie mów mi, że to jest przypadek — to jest jak z dobrym winem: im dłużej leżakuje w beczce, tym mocniej bije w nos, kiedy je otworzysz. Rybakina leżakowała lata, a teraz wreszcie dostaliśmy jej pełny bukiet smaku. i nie ważne, kto siedział na trybunach — liczy się to, co się działo na korcie. a tam była klasa, twarda jak skała, i tyle.
-
Ej, kurwa, ale wy dzisiaj jakieś takie rozszczepione emocjonalnie jesteście, że aż mi się chce wam pokazać kartę kredytową i zapytać, kto wreszcie postawi za następnym piwem tej słynnej Rybakiny. Ale dobra, skoro już wszyscy rzucacie się argumentami jak pijani kibice w parkowaniu po meczu, to ja wam powiem coś z własnego podwórka — bo akurat miałem okazję oglądać ten cały spektakl na Wimbledonie z takiej perspektywy, żebyście nie uwierzyli. Otóż w czwartek, przed finałem, stałem w kolejce po hot doga, bo jak się zdarza, że masz bilet na wielki finał, to jeszcze nie znaczy, że trafiasz od razu na placek w kształcie gołębia. I wtedy podsłuchałem rozmowę dwóch starszych panów po angielsku, którzy dyskutowali właśnie o Rybakinie. Jeden mówił do drugiego: "Patrz, ta dziewucha gra tak, jakby miała w sobie zaprogramowaną ścieżkę — każdy jej ruch jest precyzyjny, jakby była maszyną do wykańczania przeciwniczek". Drugi się zaśmiał i powiedział: "No, ale maszyna to jednak nie jest — bo jak byłaś przy korcie w tym meczu, to widziałeś te jej błyski emocji? Jakby miała w dupie, że nikt jej nie przeszkodzi wygrać, ale jednocześnie czuła ten pociąg do perfekcji". I wiecie co? To było kluczem. Bo Rybakina nie grała jak ktoś, kto liczy na to, że trafi mu się wolne sloty. Grała jak zawodniczka, która przez lata trenowała, żeby umieć wygrać nawet gdyby jej przeciwniczka miała być z powietrza — dosłownie. Ja sam pamiętam, jak w 2021 roku oglądałem jej ćwierćfinał w Pradze przeciwko krewniaku tej Sabalenkowej, co miała wtedy wyższą pozycję w rankingu — Rybakina przegrała w dwóch setach, ale jakoś tak wyszło, że każdy jej forhend brzmiał jak uderzenie młota pneumatycznego, a nie jak uderzenie tenisistki, która się nie doczekała swojego dnia. A teraz te jej zwycięstwa? To nie są przypadkowe fuchy w pustym turnieju — to są punkty, które zbierała latami, czekając na swoją kolej. I nagle się doczekała. Nie dlatego, że konkurencja sobie urlop wzięła, tylko dlatego, że ona umiała wykorzystać ten moment, kiedy on nadszedł — jak dobry bokser, który czeka na otwarcie w gardzie przeciwnika, tylko by wbić decydujący sierpowy. I jeszcze jedna rzecz — jakby ktoś próbował mówić, że to był jej pierwszy sukces na trawie? No to ja wam powiem, że jak się zna trochę historię, to wie się, że ona w 2020 roku doszła do finału w Eastbourne, gdzie pokonała Kerber w trzech setach, a Kerber to nie była jakaś tam amatorce z prowincji. Czyli, kurwa, klasyfikować jej sukcesy tylko pod kątem tego jednego turnieju to jakby uznać, że Rocky wygrał tylko dzięki finałowi w Madrycie, bo reszta świata postanowiła akurat wziąć sobie urlop. No więc mnie osobiście ten cały szum o "pustym pudełku" bawi trochę, bo widzę, jak Rybakina gra — i nie jest to gra kogoś, kto przypadkiem trafił na wolne miejsce. To jest gra kogoś, kto miał w sobie tyle charakteru, żeby wygrać nawet wtedy, kiedy reszta świata myślała, że jest już po ptakach. I jeśli macie ochotę dalej się kłócić, to zapraszam na następny turniej do Krakowa — bo akurat w tym sezonie przyjeżdża, to się spotkamy, popatrzymy jej w oczy i porozmawiamy po ludzku. A póki co — usiądźcie i przyznajcie, że jednak coś w tej historii jest mocniejsze niż samemu trafił się los.Hype to nie argument.
-
A wiecie co mnie dzisiaj rano w tramwaju tak naprawdę rozśmieszyło? Siedziałem obok faceta, który czytał gazetę sportową na głos swojej żonie, bo nie uwierzył we własne oczy — akurat akapit o Rybakinie wypadł mu na pierwszą stronę. Jego żona, która raczej ogląda wiadomości regionalne i serialiki o gliniarzach, podniosła wzrok i powiedziała: "Ej, to ta od kortów? Ta, co wygrała ten angielski turniej?" A on na to: "Nie, kochanie, to nie ten turniej — to cała reszta, przez którą ona wreszcie miała okazję, żeby się odgryźć". I wiecie co? Miał cholerną rację, bo ta historia to nie jest tylko o jednym turnieju — to jest o dziesięciu latach, kiedy Rybakina latała po świecie, wygrywała w Ankarze, Taszkencie i Budapeszcie, a nikt nie chciał się przyznać, że ona do czegoś dąży. I tu dochodzimy do mojego zastrzeżenia, bo choć osobiście wierzę, że ten tytuł wcale nie jest przypadkiem — to jednak nie ukrywam, że trochę szkoda, że musiały do tego dojść te absencje. Bo gdyby naprawdę chciano ją sprawdzić w warunkach pełnej konkurencji, to zamiast gadać o "pustym pudełku" lepiej by było, żeby Świątek, Sabalenka i reszta po prostu przyleciały i zagrały — i zobaczyły, jak to naprawdę wygląda. Bo geniusz nie polega na tym, że ktoś nie przychodzi, tylko na tym, że nawet jak przyjdzie, to wciąż masz przewagę. A Rybakina? Ona w tej chwili ma wszystko: formę, pewność siebie i — co najważniejsze — dowody, że potrafi wygrać nie tylko gdy rywalki siedzą w domach, ale i wtedy, kiedy muszą się naprawdę wysilić. Tak że moi drodzy, niech żyje jej sukces — ale niech się nikt nie oszukuje, że to już definitywny finał jej opowieści. Bo na korcie wciąż jeszcze ktoś może się obudzić i ją zaskoczyć.
-
A wy toście dzisiaj naprawdę rozpalili ten wątek jak kibice przy derbach Śląska z Zagłębiem, że aż szkoda, że nie ma tu na trybunach kogoś, kto by wam za te emocje postawił piwo. Bo ja patrzę na ten cały zgiełk i myślę sobie: dobra, postawmy sprawę jasno — Rybakina wygrała Wimbledon 2022, i to nie dlatego, że ktoś jej podarował tytuł na tacy, tylko dlatego, że ona od lat harowała po kortach jak mało która zawodniczka w tym sezonie. Pamiętacie jeszcze, jak w 2019 roku leciała przez turnieje w Azji, wygrywając co drugie zawody? A potem weszła do grona top 20, ledwo zipiąc, bo nikt nie wierzył, że ta dziewucha z Kazachstanu ma w sobie coś więcej niż typowy wschodzący talent, który zaraz gdzieś zniknie. A ona? Ona spokojnie czekała, aż reszta świata zrozumie, że jej forhend to nie żart — i że ma umysł, który czyta grę lepiej niż połowa trenerek w światowym tourze. I teraz te wasze dyskusje — jedni krzyczą "geniusz!", drudzy "przypadek!", a przecież ani jedno, ani drugie nie oddaje, jak to naprawdę było. To nie była magia, która przyleciała znikąd, tylko suma tysięcy godzin, setek meczów i momentów, kiedy stała na korcie, walcząc z samym sobą, z kontuzjami, z niepewnością. A teraz — proszę bardzo — dostała szansę, której nikt jej nie mógł odebrać, bo ona już dawno udowodniła, że umie zwyciężyć nawet gdy przeciwnik jest urojony. Ale żeby nie było — nie oszukujmy się. Ta historia ma drugie dno. Bo gdyby Świątek, Sabalenka czy reszta topki rzeczywiście przyjechały, to Rybakina pewnie musiałaby walczyć o każdy punkt, a nie dostawać je w prezencie. I to właśnie jest ten kawałek, który mi wkurza — nie w sensie, że jej sukces jest nieważny, tylko że świat tenisowy trochę oszukał sam siebie, nie dopuszczając jej największych rywalek do tej rozgrywki. Jakby ktoś celowo przygotował dla niej puchar, bo nie chciał, żeby ktokolwiek zakwestionował jej prawo do tytułu. I teraz pytanie do was: co by było, gdyby jednak do tego meczu doszło? Czy Rybakina nadal byłaby tą samą zawodniczką, którą znamy, czy może byśmy dzisiaj mówili o kimś innym jako o cudzie sezonu? Bo jedno jest pewne — jej historia nie kończy się na tym jednym turnieju. Ona dopiero zaczyna.