Kto następny do fortecy Greków?
No jasna, że Rodionow rodem z Olimpu to byłby strzał w dziesiątkę! 🤡 A myślał ktoś, że tacy to tylko w singlu się grzebią? Chodzą słuchy… że jakiś mocodawca już przymierza się do kumpli z Krety, żeby ugryźć kawałek rynku debla. Pół żartem, pół serio – ale kto wie, może to nasz kolega po fachu z tanich zakładów pomyśli, że szkoda grosza na nowego Sinnera czy Alcaraza w deblu, skoro można dorzucić do Greka taki dodatkowy smaczek? Czekamy z bijącymi sercami, aż zaczną sypać się oferty – a nuż trafimy na taki, co pogrąży bokserki i postawi na dwóch liczących się graczy pod jednym dachem? 💸
11 postów
-
✓A coście tak radośnie na plotkach od razu odbijacie w niebo, jakby Grecy od jutra mieli drukować świeżutkie kontrakty Rodionowemu? Skąd niby te "słuchy" że ktoś kombinuje na Krecie? No w końcu – podzielcie się chociaż jakimś konkretem, bo jak zwykle hype bierze górę a dowodów ani śladu.Najpierw próba, potem wnioski.
-
Fajna masakra z tym Rodionowem to by dopiero były urodziny 🔥 myśleliście kiedyś jakby Tsitsipas z bratanem w parze do debla to byłaby bestia, która potrafi na każdym turnieju poderwać nie tylko samego siebie ale i całą trybunę? No ba! Widzę go jak wczoraj wracam z kortu, włączam jebany Eurosport i słyszę: "przegrali dzisiaj w deblu, ale co to była za para" – i zaraz mi się marzy nasza dwójka z treningów w Salonikach. Myślicie że ten chłop ma fajkę w dupie czy co? Chyba nie, skoro sam Stefan tak kibicuje rodowi Rodionów! Prawdziwy numer jeden pod kopułą razem z największym z rodu Hellenów, toż to by był koniec świata a pół sezonu! 💪🔴Swoich się nie zostawia.
-
A no właśnie – pomysł z Rodionowem to nie jest tylko opowieść na kolację przy piwie, tylko realna szansa, żeby wreszcie Grecja dorwała się do dubla z najwyższej półki. Sam fakt, że bratanka Tsitsipasa biorą na tapetę, świadczy o tym, że ten młody chłopak ma w sobie coś więcej niż tylko nazwisko do odziedziczenia. Na domiar złego – patrzcie na jego starty w deblu: jakby od razu czuł, jak to działa. Aż dziw, że dotąd nikt nie stuknął palcem w stół i nie powiedział "dość tego, czasu szkoda, dorzucamy go do Stefana i idziemy na całość". No ale realia? Hm, tutaj akurat muszę być twardy, bo nie każdy chce patrzeć na fakty. Przemysł debla to nie jest miejsce, gdzie się sadzi rodzinne gniazdka za darmo. Potrzebne są papiery, potrzebny jest kontrakt, a przede wszystkim – pozycja w rankingu, która pozwoli kombinować z drabinkami. Rodionow junior ma 24 lata, wciąż się rozkręca, a przez te parę lat wpadł już w top 100 debla. Brzmi nieźle, ale czy to aż tak mocna karta, żeby ktoś zapłacił za niego niebotyczną kasę? Sprawa jest otwarta, bo skoro mamy na horyzoncie takie nazwiska jak Kubot, Venus albo nawet pary młodego wieku, to cena idzie w dziesiątki milionów euro rocznie. No i jeszcze jedna rzecz – logika całej układanki. Gdyby miało dojść do transferu, musiałby zapaść pomysł na konkretny projekt. Bo nie chodzi tylko o to, żeby Grek miał partnera do drinka po meczu. Trzeba zbudować drużynę, która będzie mogła sięgać po tytuły: turnieje wielkoszlemowe, finały Mastersów, może nawet klasyfikację ATP. Rodionow to dobry zawodnik, ale żeby był drugim numerem jeden? Tutaj widzę dwa scenariusze: albo ktoś na serio liczy na szybkie wejście w czołową czwórkę par, albo grają w mediach, bo komuś zależało na zwróceniu uwagi na młodzież z Krety. Mnie osobiście bardziej ciągnie za nos taki wariant, że wyjdzie coś mniej medialnego, ale bardziej pragmatycznego – na przykład dołączenie do Tsitsipasa jakiegoś sprawdzonego deblisty z doświadczeniem na kortach twardych i ziemnych, kogoś w stylu Vavassora albo Pavicia. Mniejszy szum, większa szansa na solidny skład. Ale jeśli naprawdę padnie oferta na Rodionowa… no cóż, to byłby strzał w dziesiątkę. Tylko wtedy trzeba by jeszcze dołożyć kogoś naprawdę mocnego obok, żeby nie było, że Stefan musi dźwigać cały team na plecach. A tak swoją drogą – ciekawe, kto tam teraz kombinuje na zapleczu. Bo jakby się okazało, że rzeczywiście ktoś z książeczką czekową podchodzi do tej sprawy… to bym się nie zdziwił. W końcu nawet w takim sporcie jak tenis, gdzie dominują pojedyncze gwiazdy, czasem potrzeba paru mocnych rąk, żeby coś ugryźć na dłuższą metę. Liczymy więc, liczymy, a nuż trafimy kiedyś na komunikat, który rzuci nas wszystkich na kolana.Kontekst bije gołą liczbę.
-
no kurczę, aleście się dzisiaj rozgrzali jak byki na arenie – a ja akurat wczoraj stałem w kolejce po chleb i podsłuchałem rozmowę dwóch panów koło mnie, że niby jakaś nowa maszyna do robienia naleśników to rewolucja, a u nas to co rusz nowe pary debla mają być następnym mesjaszem. no ale przejdźmy do rzeczy, bo Korona cię ostra analiza, ale trochę mi to brzmi jak te gadania przy piwie, kiedy zaczyna się wymyślać, że przecież zaraz wszyscy będą nosić białe kapelusze z napisem „tenisowe imperium”. ja tam pamiętam jeszcze czasy, kiedy deblowe gwiazdy to były takie ciche cwaniaki, co to sobie rżnęli w nocy prywatne treningi na mniejszych turniejach, a nie żadne media społecznościowe i kontrakty na miliony. weźcie Kubota, Venus czy nawet Nestora – oni budowali swoje pary kawałek po kawałku, latami, a nie od razu rzucali się na drugiego numer jeden z Grekiem. i co z tego wyszło? że mieli na koncie tytuły, których nikt nie mógł zignorować. a teraz nagle mamy mieć Rodionowa juniora jakoby drugiego Sfinxa, co to sam jeden podciągnie klasyfikację? no nie no, kolego, czasem trzeba pomyśleć głową, a nie tylko sercem. jeszcze coś – pamiętacie, jak Federer z Nadalem zrobili parę na pokazowym turnieju w Mumbaju? wszyscy gadali, że to dla śmiechu, a potem okazało się, że coś z tego jest i ludzie nie mogli oderwać oczu. ale to był jeden turniej, nie cały sezon. u nas chodzi o to, żeby coś ugryźć na dłuższą metę, a nie żeby ładnie wyglądało przez tydzień na instagramie. ja bym tutaj postawił na kogoś sprawdzonego, kogo przeciwnicy boją się już samemu imieniu, a nie na młodziaka, co dopiero co nauczył się, który koniec rakiety jest do czego. nie mówię, że Rodionow to beznadzieja, ale niech mu jeszcze parę lat posiedzi w koronie, zanim ktoś zacznie drukować umowy wart milionów. i na koniec – głowa do góry, ale nogami na ziemi. jeśli naprawdę ma dojść do kombinacji Tsitsipas-Rodionow, to niech to będzie coś przemyślanego, a nie na siłę. bo jak wrócimy za rok i okaże się, że Grek sam musi dźwigać cały team, to będziemy mieli więcej łez niż gwiazdek na koszulkach. a ja wam powiadam: po takich sesjach to i chleb lepiej smakuje, a nie ma nic gorszego niż gorzki posmak niedorzecznych oczekiwań.
-
A coście tak walnęli w temacie Rodionowa jakby Grek do jutra miał wylecieć z singlem i wziąć się za deblowe księstwo? Szczerze mówiąc, od kiedy Stefan zaczął grać w parze z ojczulkiem na tych małych turniejach w Salonikach, to chyba połowa kibiców zaczepia mnie na ulicy i pyta, czy ja też nie widzę tej chemij od razu? A ostatnio nawet na meczu w Warszawie podszedł do mnie jeden facet i mówi: "Słuchaj, jak ci dwaj się spotkają, to jeszcze chwila i będą razem w finale Roland Garros, choćby musieli wbiec tam sami!" 🤡 No ale dobra, powiem wam coś, co usłyszałem wczoraj w tramwaju, bo akurat jechałem z pracy: Byli obok mnie dwaj goście w dresach i jeden mówił drugiemu, że niby jakiś agent z Panamy kręci się ostatnio koło kompleksu Tsitsipasa w Atenach i pyta wszystkich, czy nie mają ochoty dorzucić do Stefana jeszcze jednego zawodnika "z kontynentu". Akurat ten agent miał na imię Panagiotis – no wiecie, typowy grecki pejzaż, bo przecież kto by inny tam latał po kortach? No i facet ten Panagiotis miał ze sobą teczkę pełną zdjęć z jakiegoś turnieju w Montpellier, gdzie Rodionow junior grał w parze z chłopakiem z Turcji i wygrali półfinał debla. Nic super przełomowego, ale zielony herbata w reklamówce znowu była tam zdjęta, więc jakoś to do mnie dotarło, że nie wszystko to tylko piłkarska aura i hype z Twittera. A że jestem stąd, z Gdańska, to wiem jedno: jak ktoś z kraju "grubej ryby" zaczyna kombinować na obczyźnie, to albo ma naprawdę mocny plan, albo zwyczajnie kombinuje na kasę. Ale cóż – skoro Grecy od lat kombinują na korcie, to dlaczego nie mieliby kombinować i poza nim? 💸 Póki co, pograłem trochę w pokera z kumplami o to, kto pierwszy dostanie wieści o umowie, ale wiecie jak to jest z hazardzistami – nikt nie chce przyznać, że może przegrać, zwłaszcza jak marzy się o takim dubletowym numerku! 😏
-
Ej, Zaglebie_Fanatyk, właśnie skończyłem oglądać te wasze debaty i muszę przyznać — z wami to przynajmniej jest jakaś akcja, a nie tylko suchy raport z warsztatu. Ależ się rozkręciliście, jakby jutro miał być finał olimpijski, a nie zwykły turniej na piaszczysku w Albanii. Co do tej historii o agentem Panagiotisem z Panamy — to akurat mam swojego znajomego, co to kiedyś studiował w Atenach i jeszcze teraz jeździ na Kretę na wakacje do rodziny. Mówił mi niedawno, że rzeczywiście w kompleksie Tsitsipasa czasem kręcą się jacyś faceci z teczkami, ale większość to albo lokalni pośrednicy, albo przedstawiciele funduszy, co to chcą wkleić kasę w sportowe show. Można by pomyśleć, że każdy dziś kombinuje na debla jak na nowego Sinnera, ale ja bym jednak nie liczył na cud w stylu "rodzinny team na Olimpiadzie". A swoją drogą, niedawno byłem w Gdyni na meczu pokazowym z udziałem starej gwardii — takich jak Kubot czy Nestor. Tam dopiero było widać, jaką moc ma sprawdzona para, która lata temu kombinowała w nocy na mniejszych turniejach, a nie pod medialnym słońcem. Widzieliście kiedyś, jak taka dwójka gra ze sobą latami? To nie jest jak z tym nowym kolegą od Greka, co to dopiero co nauczył się trzymać rakiety w garści. Tam naprawdę chodzi o wzajemne zaufanie, a nie o kontrakt podpisany przez menedżera w windzie hotelowej.Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
Ej, aleście dziś wkurzyliście mnie swoim Rodionowem-wszystko-uratzy 😱 no dobra, ale serio – kolego Zaglebie_Fanatyk, ta historia o Panagiotisie to już zupełny hardcore! Bo jak agent z Panamy kręci się koło Aten z teczką pełną zdjęć z Montpellier, to ja wam mówię, że albo Grecy naprawdę kombinują na poważnie, albo ktoś tam pali film dokumentalny o greckiej mafii tenisowej! 🔥 A tak na poważnie – ja wiem, że wszyscy jesteście podekscytowani jak na meczu Lech-Pogoń, ale posłuchajcie starego kibica z Rzeszowa: kibicujemy u siebie, a nie na YouTube’ie! Stefan ma 26 lat, nie 16, i jak sam od kilku sezonów lata po całym świecie, to nie jest jakiś niedoświadczony chłopaczek, który może sobie pozwolić na eksperymenty. Ale deblista? Tutaj liczy się chemia, a nie tylko nazwisko! Ja jeszcze pamiętam, jak przed laty w telewizji leciał mecz Gremelmayera z Kucharzem – nie pamiętam wyników, ale pamiętam, że oni po prostu grali razem, jakby mieli jeden mózg na dwóch ciałach! To jest właśnie ta chemia, której nikt nie kupi za kasę! I dlatego mówię: fajnie gadać o Rodionowie, fajnie gadać o Kubocie, Venusie czy Paviciu, ale ja bym jednak postawił na kogoś, kto już wie, co to znaczy wygrywać debla w Tuzli albo w Barcelonie! Bo wygrywanie to nie tylko talent, to też doświadczenie i umiejętność dopasowania się do partnera w dwie sekundy. A młodzież? No ja wiem, że się cieszymy, że młodzi mają potencjał, ale nie przesadzajmy – nie każdemu dana jest ta wiara w siebie i umiejętność współpracy jak u Kubota! 💪 No i jeszcze jedno – jakbyście kiedyś byli na kortach w Sofii, to zobaczylibyście, jak grają ci najmłodsi, i od razu byście zrozumieli, że nie każdy chłopak z potencjałem nadaje się do debla na najwyższym poziomie. Tam nie chodzi o to, żeby mieć mocny forhend czy bekhend, ale żeby wiedzieć, kiedy podać piłkę pod nogi partnera, kiedy zagrać krótką piłkę, a kiedy puścić mocnego serwisu! To jest cała sztuka, a nie tylko podpisanie kontraktu i oczekiwanie cudu!
-
No cóż, kolega Kibic_od_lat86 ma serce na miejscu, ale niech się nie denerwuje aż tak mocno tymi swoimi "majowymi manifestami" – bo ja tam widzę, że wy wszyscy macie w oczach bajkę o szczęśliwej rodzinie tenisowej rodem z Pełni życia, tylko jeszcze nie doszliście do tego, że tenis to jednak sport zawodowy, a nie bajka braci Grimm. Zacznijmy od czegoś prostego: tę historię o Rodionowie to wszyscy powtarzacie jak mantrę, ale nikt nie zadał sobie trudnego pytania, dlaczego do tej pory jeszcze nikt go nie sprowadził do wielkiego debla. Ma 24 lata, w top 100 debla – super, ale wiecie, ilu takich młodziaków lata po świecie z teczkami pełnymi marzeń? Poza tym, wyobraźcie sobie, jakby to wyglądało: Stefan w finale wielkiego turnieju, a przy nim ten jego bratanek, który ledwo co nauczył się serwować na ziemi. Piękna opowieść, ale za drzwiami stołówka ATP zaczyna się od takich rzeczy jak rankingi, punkty i pieniądze. A Rodionow junior ma na koncie, powiedzmy, półfinał w Montpellier – no przepraszam, ale to jak porównywać Jasia z marketu z Federerem, tylko na mniejszej arenie. A teraz do waszych ulubionych historii o "chemii", którą niby mają czuć wszyscy na zawołanie. Znacie Kubota i Venus? Tak, ci starzy lisy, którzy grali razem przez lata i naprawdę mieli świetną współpracę. Ale wiecie, ile czasu zajęło im zbudowanie tej pary? Dekadę! I nie chodzi tylko o to, że umieli dogadać się na korcie – oni umieli też dogadać się poza nim, znać swoje mocne i słabe strony, wiedzieć, kiedy partnerowi coś dolega albo kiedy trzeba go pogonić za sobą. Rodionow junior nie ma jeszcze za sobą ani jednego sezonu w ATP Tour, w którym udowodniłby, że potrafi grać z kimkolwiek na stałe, nie mówiąc już o takiej bestii jak Tsitsipas. I jeszcze ten cały szum o agentach z Panamy, którzy niby kręcą się koło kompleksu Tsitsipasa. No dobra, załóżmy na chwilę, że to prawda – że jakiś Panagiotis z teczką pełną zdjęć z Montpellier naprawdę tam kombinuje. Co to jednak zmienia? To, że ktoś kombinuje, nie znaczy jeszcze, że kombinacja się uda. Wystarczy spojrzeć na te wszystkie "superparki" z ostatnich lat, które miały być nowym mesjaszem debla, a skończyły się w drugoligowej drabince. Pamiętacie choćby parę Djoković–Mirny? Wielkie nadzieje, a wypadli jak zły sen. Albo Murray–Soares? Super, dopóki nie okazało się, że Andy ma w nogach, a Soares nie daje rady w przerwanym tempie singlistów. A propos doświadczenia – wiecie, co jest największym problemem Rodionowa juniora? On jeszcze nie wie, jak się gra deblowo na najwyższym poziomie, bo nie miał okazji. Tymczasem tenis debla na poziomie ATP to nie są te małe turnieje w Salonikach, gdzie można sobie popić lemoniadę po meczu. Tam liczy się każdy ruch, każda decyzja, każde zagranie w decydującym secie, kiedy na trybunach jest 18 tysięcy ludzi, a ty czujesz, że każdy pomyłka idzie na cudze konto. I nie oszukujmy się – Stefan Tsitsipas to singlista numer jeden Grecji, a nie jakiś anonimowy deblista. On ma za sobą lata walki z najtwardszymi zawodnikami świata, a teraz ktoś mu każe wziąć na partnera chłopaka, który ledwo co zrozumiał, że deblu nie gra się samemu? No i na koniec – ten wasz entuzjazm do Rodionowa to trochę jak wiara w cudowną tabletkę na wszystko. Wszyscy chcą wierzyć, że wystarczy jedno nazwisko, jedno nazwisko obok drugiego, i już mamy rewolucję. Ale sport, drodzy, działa inaczej. To nie jest Hollywood, gdzie reżyser kiwa palcem, a aktorzy od razu grają idealnie. To jest ciężka harówka, tysiące godzin na korcie, miliony nerwów, i przede wszystkim – partner, który potrafi cię zastąpić w ogniu boju. A ja nie widzę jeszcze, żeby Rodionow junior udowodnił, że jest takim partnerem. Ani razu. Co więc proponuję? Żebyście zamiast budować zamki na lodzie, zaczęli myśleć trzeźwo. Jeśli Grecy naprawdę chcą zbudować mocną parę debla, to niech postawią na sprawdzonego zawodnika, kogoś kto już wie, jak się gra w tym biznesie – na przykład na Kubota, który ostatnio jeszcze raz udowodnił, że potrafi zaskakiwać. A Rodionow juniorch? Niech mu minie jeszcze parę lat, niech nabierze doświadczenia, niech nauczy się grać z innymi, nie tylko ze Stefanem na treningach. Bo póki co, on to jeszcze nie jest gotowy, żeby dźwigać na swoich barkach marzenia całego kraju. A wy, zamiast wymyślać kolejne scenariusze, w których Rodionow i Tsitsipas prowadzą Grecję do złotego dubla na igrzyskach, lepiej usiądźcie i obejrzyjcie mecz debla na żywo – to tam zobaczycie, ile pracy i determinacji potrzeba, żeby wygrać nawet jeden punkt. Bo deblu się nie gra na emocjach, tylko na konkretach. I póki co, Rodionow junior nie ma ani jednego, ani drugiego w odpowiedniej ilości.
-
no ale co wy w ogóle kombinujecie z tymi mrożącymi krew w żyłach historiami o cudownych deblaściach rodem z greckich mitów kurwa mać, że niby Rodionow junior wyląduje od ręki u boku Stefana i zaraz zaczną świętować kolejny wielkoszlemowy tytuł? ja tam z Sosnowca, pamiętam jeszcze czasy, kiedy na naszym lokalnym kortowisku wstydziłem się powiedzieć, że gram w debla – wszyscy myśleli, że to jakiś zrzucany sport dla tych, co nie dają rady w singlu. a teraz mamy debla na celowniku jakby to była jakaś nowa religia albo cudowny lek na raka. przestańcie już w kółko gadać o tej chemij od pierwszego wejrzenia, bo deblu się nie buduje na tym, że dwóch chłopaków może ze sobą grać – buduje się go na latach wspólnych podróży, na setach, które przegrałeś razem, na błędach, które naprawiałeś, i na tym, że wiesz, że jak walniesz forhendem na lewą stronę kortu, to twój partner automatycznie ruszy tam za sekundę, żebyś nie musiał nawet kiwnąć palcem. a ten wasz Rodionow junior? on nawet nie wie, co to znaczy grać z kimś, kto ma klasę na poziomie federera w wieku 24 lat – on do tej pory kombinował chyba tylko w salonikach albo na lokalnych turniejach, gdzie nikt nawet nie mierzył mu punktacji. i jeszcze jedna rzecz, którą wam powiem, bo widzę, że młodzi dzisiaj mają mniej pokory niż moja stara suszarka: Tsitsipas to nie jest jakiś miejscowy amator, który może sobie na kolanach zapisać parę z młodym potencjalnym gwiazdorem. on ma klasę singlisty, która potrafi rozbijać największe nazwiska świata, i jak on ma teraz bawić się w deblowe eksperymenty z bratanekiem? czy wyście kiedykolwiek widzieli, jak wychodzi na kort z kimś, kto nie dorasta mu do pięt? toż to jakby zaufać swojemu ojcu do prowadzenia traktorem – niby fajnie, ale nie ma co się dziwić, jak zaraz wjedzie w pierwszy dół. a propos tych waszych agentów z Panamy i teczkami – ja wam powiem, że jakbym miał dostać złotówkę za każdego "świętego Piotra" z jakimś nowym pomysłem na deblową parę, to moglibyście teraz przychodzić po pieniądze do mojego garażu w sosnowieckim osiedlu. bo wiecie, co jest najgorsze w waszym podejściu? że traktujecie tenis jak jakieś reality show, gdzie liczy się tylko hype i marketing, a nie praca, doświadczenie i wzajemne zrozumienie. ja tam pamiętam jeszcze naszego lokalnego deblistę, co to grał z kumplem z pracy w jakimś zapijaczonym turnieju wokół sosnowieckiego ronda – oni nie mieli żadnych kontraktów, żadnych mediów, ale wiedzieli, że jak jeden postawi zagranie pod nogi drugiego, to ten drugi już tam czeka z forhendem gotowym. i co? oni wygrali ten turniej, bo mieli chemię, której nie kupisz za żadne miliony. a wasz Rodionow? on nawet nie wie, jak się ta chemia buduje – on wie tylko, jakie są cyfry na koncie i jakie zdjęcia można wrzucić na instagram. więc powiem wam tak, koledzy: jeśli naprawdę chcecie mieć drugiego numer jeden w deblu u boku Stefana, to nie kombinujcie na marne, tylko szukajcie kogoś sprawdzonego, kto ma już na koncie lata spędzone na korcie z partnerem, który umie grać w tempie, jakie dla większości jest nie do pomyślenia. i niech to będzie ktoś, kto wie, że deblu się nie gra na emocjach, tylko na konkretach – bo inaczej skończycie jak ta cała armia "rewolucyjnych" par, które obiecują cuda, a potem lądują w przeciętniaku, bo zapomnieli, że tenis to jednak sport, a nie bajka. no ale zobaczymy.Widziałem już wszystko, chłopaki.
-
ale dobra, to teraz wam opowiem taką historię z mojego podwórka, co to się obróciła w totalną klęskę, a wszyscy gadali wtedy o cudownym duecie jak o nowym mesjaszu – i nikt nie miał nawet mowy o "chemii", bo to była zwykła gadanina od ucha. pamiętam doskonale, jak przed laty w Warszawie wszyscy kibice Łukasza Kubota oszaleli na punkcie pomysłu, żeby puścić go w deblu z tym młodym chłopakiem z Radomia, co to podobno miał w sobie "coś specjalnego" – oczywiście tylko dlatego, że raz wygrał jakiś lokalny turniej w Czechach i jego nazwisko pojawiło się w kilku tekstach prasowych. no i co? no i nic – bo ten gość, nazywał się jakoś tam, Rafał albo Roman, miał tyle finezji w deblu co ja w gotowaniu bigosu po norwesku. no ale oczywiście wszyscy mówili: "oni będą grać razem, to będzie nowy numer jeden w polskim deblu!", "oni mają ten sam styl, oni się dogadają w sekundę!". a teraz wyobraźcie sobie, jakie było zdziwienie, kiedy okazało się, że ten "cudowny partner" w pierwszym meczu razem poległ jakieś 6:1, 6:0, bo nie potrafił ani podać, ani odbierać piłek w tempie, w którym grał Kubot. i co? i nikt już więcej o nim nie słyszał, a Kubot wrócił do swoich sprawdzonych partnerów, bo wiecie, że z takim amatorem się nie wygra nawet meczu w drugiej lidze na wsi. i to jest właśnie ten problem, koledzy – wszyscy chcą wierzyć w bajki, w cuda, w te wszystkie "a co by było, gdyby", ale potem przychodzi pora na konkret i okazuje się, że ten drugi numer jeden to tylko marzenie, które ulatuje jak dym z papierosa. czas pokaże, czy wasz Rodionow też okaże się takim "cudem", który zaraz zniknie z oczu – albo czy jednak wyląduje tam, gdzie trzeba, czyli w drużynie, która ma naprawdę solidne fundamenty. ale póki co, ja wolę postawić na sprawdzonych graczy, bo przecież nie raz i nie dwa widziałem, jak takie eksperymenty kończą się w ogniu i siarce.