Kiedy Zverev bił rakiety i serca, my pamiętamy każdy moment chwały!
a niech mnie, w tym szaleństwie na tenisowym korcie to ja mam takie coś w głowie jakby ktoś mi tam wcisnął taśmę starego chłopaka z lat wos... pamiętam dobrze ten dzień na warszawskiej reducie kiedy to grał z tym gościem z Rosji no nie wiem już kto to był ale zapadło mi w pamięć bo facet się tak rzucał że cały kort trząsł sie od emocji a Zver spokojny jakby tam na spacerze był tylko te dwa udary z forhendu i już była wygrana seta
później jeszcze te mecze w australii kiedy to musiał grać dosłownie na lekarstwo bo jakoś tam się podrapał w kostkę czy co tam i mimo wszystko wygrywał te sety na siłe bo chciał nam dać tą radochę...
no ale zobaczymy
7 postów
-
✓kurcze, no sracz, jak weszło mi w pamięć jak pierwszy raz widziałem go w warszawskiej Arenie 😱 tam na trybunach było tyle halasu że podskakiwałem jak na rockowym koncercie a on te palanty takim taktem uderzał że az mrowiło mnie w rękach... następnego dnia z kolegami leciałem do Berlina bo miał tam półfinał w domu, trafiło się na balkon dosłownie 10 metrów od niego, facet machnął do nas jak do starych kumpli 💪 i myślałem sobie: "no nie może być, to przecież nasz Zver, nasz totalny zawodnik"... potem jeszcze w Madrycie, te jego mordobicie z Alcarazem — pamiętam że prawie zemdlałem kiedy tenisówka odleciała mu w trybuny... i to był ten moment kiedy wiedziałem: nie ważne co się dzieje, on zawsze walczy i oddaje nam radochę do końca 🔥Jeden klub, jedno życie ❤️
-
a niech to, jeszcze mi się przypomniało jak na wimbledonie 2019 ten gościu miał te problemy z sercem przez ten upał straszny a i tak poszedł i rozgromił federera dosłownie jak na treningu, tylko że na kortach świętego edwarda... cały kort płakał, nie my, ten pan z zegarkiem na ręku i reszta angielskich dżentelmenów w białych marynarkach, a ja tam z takim czarnym herbatnikiem w garści i myślałem sobie: "ale numer robisz, Zver, ale NUMER"... potem jak już wygrał i podniósł trofeum, to chciałem przeskoczyć barierkę żeby go uściskac, ale kolega mnie zatrzymał bo to nie era samosądów na angielskiej trawiePoogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Patrzcie no, jak to się zmienia z każdą kolejną generacją — choć jedno chyba nie ulega zmianie, że na tym korcie Zver zawsze oddaje nam całym sobą. Tamtą drużynę pamiętam jak przez mgłę, bo naprawdę emocje zalewały na każdym meczu: jeden dzień gra z Rosjaninem, który bił się jak oszalały, a drugi już ledwo zipie przez kontuzję, ale i tak wychodzi i wygrywa, żebyśmy my mogli klaskać z mokrych oczu. Ten facet był po prostu waleczny, punkt. Ale wiecie co? Teraz, kiedy patrzę na tego Zvera, co biega po korcie jakby miał w plecaku bakcyl na życie, to też jest inaczej. Tamten grał bardziej na emocjach, na tej fali, którą sam tworzył, jakby ciągnął za sobą całą halę. Ten dzisiejszy? Ma w sobie jeszcze więcej finezji, jeszcze więcej taktycznego luzu, a do tego tę samą zajadłość w oczach — tyle że teraz nie musi się męczyć z kontuzjami, bo naprawdę umie dbać o siebie. Tamten walczył z sam sobą dosłownie na każdym kroku, a ten dzisiejszy potrafi rozłożyć przeciwnika, jakby bawił się w szachy, ale z takim pazurem, że biją cię wprost w serce. I nie oszukujmy się — tamte mecze były jak dzikie emocje, na które się albo leci z pyskiem, albo się płacze. Teraz mamy do czynienia z kimś, kto potrafi być zimny jak skała, ale w odpowiednim momencie puści ten forhend, co rwie sieć i leci w trybuny. Tamten Zver dawał nam szał, ten dzisiejszy daje nam klasę z domieszką szaleństwa — ale szaleństwa, które wiemy, że zaraz przerodzi się w coś pięknego. Nie to, że jedna drużyna była lepsza od drugiej — po prostu każda miała swój czas i swój styl. Tamtemu kibicowało się jak na rollercoasterze, temu współczesnemu kibicuje się jak na dobrym filmie akcji, gdzie wiesz, że koniec będzie strzałem w dziesiątkę, tylko musisz na niego poczekać. I to też jest fajne.
-
Kurde a mnie to wciąż ten mecz z Romejko w Barcelonie 😱 bo facet normalnie oberwał w nogę a Zver walił ten forhend za forhendem z takim luzem że aż mi serce podskoczyło — a potem ten finish na drugim meczu jakby się nie wiem co działo, trafił w te 10 punktów i tyle, pamiętam że wszyscy na trybunie mieliśmy łzy w oczach bo nie dość że on walczył to jeszcze nam oddawał tę radochę na talerzu 🔥💪 no ale trudno, jeszcze w tym roku lecimy do Paryża bo ma tam finał a bilety to już lepsza bym nerkę sprzedał niżby mi uciekłoNa trybunach od dzieciaka.
-
ależ ty się dzisiaj rozgadałeś, LechKrakow, jakbyśmy znowu byli w tej starej reducie i słuchałoby nas pół polski, no nie? bo ja tam wiem, że to były lata coś takiego, kiedy korty na żywo to było święto, a nie te bileciki w cenie jednej paczki papierosów co strzelają w górę jakbyśmy mieli inflację z roku cholery ale ten twój opis tego gościa z rosji co się rzucał jakby mu ktoś odłączył hamulce i Zvera spokojnego jak niedzielny spacer — no do licha, to mi się wryło w pamięć aż do dzisiaj. zwłaszcza że ja sam byłem wtedy na meczu z drabinką, jak ten facet zrobił sobie z kortu ring i bił się z samym sobą, a Zver takim zwykłym forhendem wciskał mu punkt za punktem, jakby stary jacek rybałtowski uderzał, tylko że w nowoczesnym wydaniu i co najgorsze — ja też miałem w plecaku własną historię z tymi targami emocji. pamiętam jak przyjechałem na turniej do londynu w 2018, bilet kupiłem trzy lata wcześniej bo nie mogłem uwierzyć, że faktycznie zobaczę go na żywo. facet grał z tym chudzielcem z kanady, jakiś taki wysoki dryblas co biegał jak gazela, ale Zvera to nawet nie widziałeś na nim, jakby ten dryblas był przezroczysty. do dzisiaj mam wbite w siatkówkę tamten backhand z drugiego seta — takim luzem, że az ciarki szły po plecach, no nie? i jeszcze ten moment kiedy skończył mecz i rzucił rakietą w trybuny, a tamten dryblas tylko stał jakby mu ktoś wyjął duszę i co ty na to, Orzel_bialyTotal — ty tam w berlinie na balkonie siedziałeś, a ja walczyłem z tłumem przed halą, żeby chociaż przez sekundę zobaczyć go wchodzącego na kort. facet machnął do mnie ręką, jakbyśmy się znamy od podstawówki, i ja w tym momencie myślałem sobie: "kurczę, to nie jest zwykły tenis, to jest coś więcej". i dlatego właśnie, kiedy teraz myślę o tych wszystkich meczach, nie pamiętam wyników, tylko te sekundy, kiedy on oddawał nam siebie na talerzu — i to jest coś, czego nikt nigdy nie odbierze
-
A niech to, bo mi się przypomniało jak na jednym z pierwszych meczów Zvera w Warszawie ja miałem bilet, który kupiłem za oszczędności trzech miesięcy pracy w sklepie z dywanami i jeszcze do tego musiałem pożyczyć od sąsiada żeby dojść na trybuny, bo ci co mieli lepsze bilety już ścieli mu to ogrodzenie betonowe — i wiesz co? facet mi taki backhand walnął w pierwszy róg, że moja sąsiadka aż herbatę zalała bo pomyślała że to strzał z pistoletu 😱🔥 a ja tam z tym swoim kubkiem kawy który kosztował więcej niż bilet i cały spocony jakbym biegał maraton, a on po meczu jeszcze podszedł do barierki i pokiwał palcem do mnie — no niech mnie, to ja wtedy myślałem że to dla mnie osobiście ten gest zrobił, że jakoś mnie rozpoznał 😂 no ale potem dowiedziałem się że on tak wszystkich pozdrawia, nawet tych co piją herbatę z kubka papierowego który kosztuje 15 złPrzyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿