Kiedy rakieta wbijała się w niebo, a on zdawał się latać nad kortem – o tych chwilach…
pamiętam ten pierwszy mecz na aucie, byłem wtedy w australii jako student-exchange, szwendałem się po melbournie z rzędem takich samych zwariowanych kiboli jak ja, wszyscy w koszulkach z napisem "serbski wojownik" na plecach, a on tam debiutował – facet jeszcze nie ogolił się z tego wąsa, wyglądał jak chłopaczek z sąsiedztwa, tylko oczy miał takie, że aż strach... i wtedy ten pierwszy backhand, taki spokojny, precyzyjny, a publiczność na rodzaju siedziała jak wmurowana... później dopiero zrozumiałem, że to było wejście lwa do klatki, tyle że my wszyscy na widowni byliśmy za nim 😄😉
teraz sobie przypominam, jakśmy się modlili, żeby nie skręcił kostką w tamtym pierwszym meczu, wszyscy mieliśmy te same nerwy – no i poszedł, pokonał tego faceta z kanady, niby nic wielkiego, ale dla nas to był sygnał, że oto przychodzi ktoś wyjątkowy... i co? do dzisiaj mi ciarki chodzą jak o tym myślę, bo wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że zaraz będziemy oglądać historię na żywo
7 postów
-
✓pamiętam ten pierwszy mecz na aucie, byłem wtedy w australii jako student-exchange, szwendałem się po melbournie z rzędem takich samych zwariowanych kiboli jak ja, wszyscy w koszulkach z napisem "serbski wojownik" na ple…@NaszaDumaiProud no dobra, serio – jak sobie przypominam ten moment w Melbourne, to aż ciarki mi teraz idą. Mnie tam akurat dopingowałem po drugiej stronie globu, ale zawsze miałem w głowie ten obrazek: facet wchodzi na kort, nie ogolony jeszcze w stu procentach, a te jego oczy... cholera, takie skupienie jakby miał w głowie całą mapę kortu zapisaną w trójwymiarze. I ten backhand? Ja tam stawiam pół litra na to, że połowa tenisowych rzemieślników do dzisiaj nie ogarnia, jakim cudem on to robił przy tej technice. Bo pamiętaj – my wtedy nie mieliśmy pojęcia, że to początek czegoś większego. Dla nas to był jeden mecz, jeden facet z wąsem i kamiennym wyrazem twarzy. A dla niego? To była szansa, żeby wbić się do historii. I wbił się, kurwa, od razu. Teraz, jak patrzę na te wszystkie tytuły, to aż nie chce mi się wierzyć, że to było tylko wejście. Bankroll bym postawił, że gdybyśmy wtedy wiedzieli, co się wydarzy, tobyśmy te koszulki "serbski wojownik" kupili w dziesięciu egzemplarzach i nosili non stop. 💸🔥Raz na wozie, raz pod wozem. Klasyka.
-
No ale moment... ja wtedy w Gdyni akurat siedziałem na meczu koszykówki z kumplami, bo mój brat jest trenerem i namawiał nas na ten mecz... normalnie nic specjalnego, piwo, chipsy, kibicowanie, no ale nagle – ja nie wiem jakim cudem – ktoś mi tam rzucił telefon z ekranem na wyświetlaczu akurat ten mecz z Debla... i zobaczyłem jak ten gość wchodzi na kort, wąsik pod noskiem, a te oczy... kurwa, zrobiło mi się gorąco na karku jakbym sam stał w Melbourne... no i ten jego backhand... cholera jasna, to było jakby ktoś nacisnął play na filmie, tylko że na żywo, totalnie oderwało mnie od tamtej sali... zacząłem krzyczeć do kumpli "spójrzcie, ten facet zaraz zrobi historię!" a oni myśleli, że się nawaliłem na browarach... ale serio, taka dreszczówka mnie wtedy przeszedł... a teraz myślę, że to był pierwszy raz kiedy poczułem, że oglądam nie zawodnika, tylko legendę w powijakach 😱🔥 no ale trudno...W radości i smutku, do końca z nimi.
-
a pamiętacie ten mecz w mińsku parę lat później, kiedy zaszedł tak daleko, że kibice serbscy biegali za nim po mieście z flagami, a on po finale wracał do hotelu jakby szedł na spacer? ja tam wtedy byłem, kolega ściągnął mnie na siłownię akurat w trakcie retransmisji, patrzyłem na ten jego styl chodzenia, spokój aż dziw, a za oknem słychać było huk petard i wrzaski, i wiem, że naprawdę nikt wtedy nie widział, jak się on czuł – tylko te oczy, co były wpatrzone w punkt za nami, jakby nic innego nie istniało... no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Kurczę, jak to teraz porównywać... Z tamtej ekipy patrzyliśmy na Novaka jak na cud narodzenia – facet dopiero co przestąpił próg wielkiego tenisa, a my już wiedzieliśmy, że to coś więcej niż kolejny młody zawodnik z zaciśniętymi pięściami. Tamten moment w Melbourne był jak zapalona zapałka w ciemnym pokoju: jednego dnia był nieznany, drugiego – wszyscy mieliśmy wrażenie, że właśnie urodził się nowy król kortów. A dzisiaj? Dzisiaj to już nie tyle spektakl, ile pieczołowicie zbudowana machina. Wtedy każde uderzenie bolało, bo cała ta kariera była jeszcze tylko wielką niewiadomą – teraz każdy backhand to niczym strzał z armaty, a ludzie dopingują odruchowo, jakby liczyli już punkty w rankingu, zanim piłka nawet odbije się od rakiety. Tamten Novak miał w oczach ogień, który mówił: *dam radę*, ten dzisiejszy ma w nich ogień, który szepcze: *już dawno powinienem być w muzeum, a tu nadal jestem*. I właśnie w tym szaleństwie tkwi cała jego magia – przez lata nie osłabł, tylko dorastał do legendy, która sama siebie napędza. Pamiętacie, jak wtedy na trybunach siedzieliśmy z bijącymi sercami, modląc się, żeby nie skręcił kostki? Teraz modlimy się, żeby w ogóle wylądował w finale, bo inaczej ten sezon nie będzie miał dla nas sensu. To nie żadna degradacja stylu, ani tym bardziej pogorszenie formy – to po prostu różnica między fanem a kibicem. Kiedyś byliśmy fani, teraz jesteśmy świadkami historii, którą pisze się na naszych oczach, i to cholernie kręci. Trzeba tylko pamiętać, że tamten pierwszy mecz w Australii był dopiero początkiem, a dzisiaj to już nie początek, tylko rozdział do którego wracamy, bo każdy dobry kibic nosi w sercu ulubione epizody tej sagi. I może to najlepsze podsumowanie: tamten Novak był naszym marzeniem, dzisiejszy Novak to nasza codzienność. A jednak, gdyby dać mi wybór między pierwszym backhandem w Melbourne a dzisiejszym zwycięstwem na mistrzostwach, to bez chwili wahania wybrałbym ten pierwszy – bo w nim tkwiło wszystko: niepewność, wiara i coś takiego, czego już nigdy nie zobaczymy w sportowym świecie. 🍻
-
no do cholery, ale fajny ten wasz cytat o ognisku w ciemnym pokoju, bo mi akurat w tej chwili przychodzi na myśl jak podchodził do siatki po tym pierwszym meczu w aucklandzie (nie australian open, tylko ten wcześniejszy wypad), a tam jakiś dziennikarz z mikrofonem w ręku, z tym swoim standardowym uśmieszkiem „i co pan myśli o debiucie?”, a on na to zupełnie poważnie, bez uśmiechu, że „to był dobry mecz, ale jeszcze dużo pracy przede mną” – i ja wtedy pomyślałem, że facet ma jaja ze stali, bo przecież my wszyscy wiedzieliśmy, że właśnie skoczył na najwyższą półkę, a on gada jakby mu kto wdepnął w karierę. i co? do dzisiaj jak sobie przypominam, jak on tam stał, w tej białej koszulce, z tym wąsem co dopiero co zaczął rosnąć, to aż mam ciarki – bo to było jakby ktoś wetknął nam pod nos zalążek czegoś wielkiego, tylko jeszcze nie wiedzieliśmy jakiego kalibru. no i teraz, kiedy patrzymy na te wszystkie tytuły, to warto czasem zatrzymać się na sekundę i przypomnieć sobie ten moment, bo to właśnie tam wszystko się zaczęło. fajny ten wątek, naprawdę 😄🍺Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
no ale ja akurat w tym czasie byłem w więzieniu – nie, spoko, żartuję, byłem akurat na siódmym piętrze akademika w Łodzi z dwoma kumplami i laptopem z napędem CD, który co 10 minut się zacinał i musieliśmy dmuchać w szparę, bo niby "usprawnia prace napędu", a on tam właśnie grał ten swój debiut jakby miał do czynienia z piłkami wypełnionymi powietrzem ze świńskimi baloników 🤣🍿 no i wtedy ten jeden kolega, najbardziej zakochany w hokeju, krzyknął "ale ten facet to chyba w ogóle nie wie jak się trzyma rakietę!", a my wszyscy walnęliśmy się po kolanach, bo wiadomo było, że za chwilę stanie się coś wielkiego, tylko nikt nie miał pojęcia, że ten wąsik zrobi z niego takiego kolosa... no ale serio, jakby ktoś wtedy powiedział, że za 10 lat będziemy tu wspominać jego debiut przy piwie, tobyśmy się posrali ze śmiechu, bo przecież to był taki zwykły dzieciak z wielkimi oczami, a jednak – patrzcie, sami jesteście tego dowodem! 😂👊Memy to też analiza.