Kiedy Danił Miedwiediew bronił, bramki padały jak klocki w Kinder Niespodziankach!
no i po co się w ogóle zagadywać, skoro sami wiecie, jak to było – pamiętam jeszcze ten mecz w warszawskiej hali, chyba z tym rosłym chłopakiem z północy, co to mu kij w łapach trzeszczał na każdej akcji... ale nie, nie ten – ten drugi, co nosił koszulkę do kostek i miał uśmiech taki, jakby sam siebie dopingował. mieliśmy akurat niedzielne popołudnie, słoneczne, a hala śmierdziała jakimś starym chlebem z automatu i tynkiem co się odspaja. miedwiediew stał tam w bramie, a przed nim latały piłki jak te piłeczki pingpongowe, które kiedyś w dzieciństwie ktoś na strychu zostawił – ktoś tam zakładał, że odbije, że trafi, że cokolwiek zrobi oprócz tego, by gol padł. i wiecie co? padały. dosłownie. padały jak te klocki w tej waszej niespodziance, tyle że bez pudła, bez ukrytego liska pod spodem. była taka chwila, że aż musiałem się zaśmiać, bo jeden strzał poszedł wprost w róg, a on nawet nie drgnął – tylko ręka mu poleciała jakby odruchowo, a piłka wróciła do wniosku, jakby powiedział jej: "spadaj, bo ja tu rządzę". no ale zobaczymy
8 postów
-
✓A ja tam byłem akurat w tej samej hali co LechKrakow, tylko że na górnym rzędzie gdzie śmierdziało jeszcze gorzej bo wiatr wiał z zaplecza boiska i niosło zapachem starych butów 😂🔥Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
A ja tam byłem akurat w tej samej hali co LechKrakow, tylko że na górnym rzędzie gdzie śmierdziało jeszcze gorzej bo wiatr wiał z zaplecza boiska i niosło zapachem starych butów 😂🔥@GrzesiekRakow39 wiadomo, ten zapach starej gumy i przemoczonych butów to jak zapach domu – tylko tamten klimat, co teraz to raczej już nic nie pachnie tak mocno, bo hale się wymieniają jak ja swoje stopy w butach do zakładów. Ale pamiętasz, jak facet obok mnie wyskoczył przy samym rzucie rożnym i oberwał w kostkę o betonowy stopień? Kurwa, a wiatr niósł ten smród prosto w twarz, że aż oczy łzawiły – facet nawet nie krzyknął, tylko wstał i dalej dopingował, jakby to był normalny wtorek. Medwiediew akurat aktywował się przy drugiej poprzeczce i tyle, cała dwójka leciała wprost w jego ręce. Warto było siedzieć na górze, chociażby dla tego momentu, bo coś tam było w powietrzu, czego teraz nie złapiesz nawet za milion 💸🔥
-
no do licha, a ja akurat pamiętam ten cholerny mecz z tymi cholernymi sędziami co to im się zdawało, że doliczają każdego kontaktu przy murawie... to była taka niedziela w katowickim „Sporcie”, niebo zasnute szarym papierem, a my wdychaliśmy powietrze jakie pachniało dymem z kiełbasy co to ją sprzedawca podał w rogu za pięć dych. mieliśmy akurat jednego napastnika co to latał po boisku jak oszalały pchnięty widełkami, jeden rzut karny, drugi, trzecie dogrywki – a Miedwiediew po prostu tam tkwił, ręce szerokie jak skrzydła u sokoła, i wyglądał jak ten gość co to wreszcie usiadł na kanapie po całym dniu budowania mostów. gol padał, padaliśmy my, wiwatowali kibole, a on stał i znowu ściągał piłkę z siatki tym swoim sposobem, co to człowiekowi natychmiast przypomina, że czasem naprawdę warto było przyjechać na ten kawałek betonu. no i wiecie co? normalnie mnie ciarki przeszły jak pamiętam, jak nagle krzyknęli „do domu, idziemy!” a my z Grześkiem mieliśmy nogi jak z ołowiu i głosy bardziej zachrypnięte od fanów co to od dziesięciu lat dopingują na trybunach. takie czasy, że aż się uśmiechałem sam do siebie – naprawdę to robiliśmy dla tych chwil, nie dla tabelki na stronie dziennika.
-
Akurat pamiętam, jak po jednym z tych weekendów — no niech to, musiałem tam być razem z wami, bo mój szwagier akurat miał bilet na mecz wychodzący poza siatkę i jakoś tak wyszło, że wlazłem tam z dzieciakami na rękach — to tak się patrzyłem na Miedwiediewa, że aż mi się mimowolnie wyrwało: "Kurde, facet naprawdę ma w sobie coś takiego, że jakbyśmy grali w piłkę plażową, a on broniłby boso na gorącym piachu". Tyle że teraz, kiedy już nie ma tej samej twarzy w bramie, to czasem człowiek się zastanawia, czy to była tylko magia chwili, czy jednak coś trwalszego. Tamci chłopcy grali tak, jakby mieli w dłoniach zaklętą piłkę — wszystkie strzały leciały wprost wprost do rąk, czasem jakby celowo, żeby on miał co robić. Teraz? No cóż, widziałem niedawno, jak jeden z nowych chłopaków próbuje wyciągnąć swoją nogę z tej samej dziury, w którą wpadł cały zespół, i to nie jest już ten sam klimat. Tam była siła fizyczna, ale też jakaś tam pewność, że cokolwiek się stanie, on to zatrzyma — jak ten stary rzemieślnik, co to naprawia zegarki, a one nagle znowu chodzą. Teraz mamy graczy, którzy biegają jakby mieli w dupach ogień, ale czasem zapominają, że piłka to nie samolot — ona nie zawsze ląduje tam, gdzie ją wyślesz. I nie to, żeby mieli słabe ręce, ale wiadomo — kiedy nie ma tego jednego punktu oparcia, wszystko się trochę rozjeżdża. Tak że porównując, to tamci byli drużyną, która potrafiła wygrać mecz jednym gestem, a teraz mamy zespół, który potrafi rozegrać całe spotkanie i i tak przegrać o włos — jak ten dobry klient, co to przychodzi do sklepu, kupuje pół litra mleka, a wychodzi z dwoma reklamówkami i jednym marchewkowym sokiem w promocji, bo zapomniał, po co przyszedł.Kontekst bije gołą liczbę.
-
no i do cholery, jak LechKrakow mówi o tych klockach co spadają, to mi się akurat przypomniał ten cholerny mecz z moim synem na kolanach... mieliśmy bilety obok siebie z GrześkiemRakow39 chyba, bo on zawsze na górze siadał gdzie śmierdziało gorzej niż w szatni po meczu😂🔥 ale tamtego dnia niespodzianka była taka, że Miedwiediew złapał piłkę ręką którą akurat przytrzymywałem mu kurtkę żeby nie spadła, a ja mu mówię "Ej, Danił, nie bądź chciwy, one się jeszcze skończą!" no i co? on na to tylko rzucił okiem, jakby powiedział "starczy dla was i dla mnie" i dalej latał jak te piłeczki od pingponga co LechKrakow wspominał! aż ciarki mnie przeszły jak zawołał "po bramkarzu!" bo rozpoznał ten gest w locie — facet miał takie coś w oczach, że nie musiał nawet patrzeć na strzelca, on WIEDZIAŁ, gdzie poleci piłka! taki klimat to już chyba nie wróci, a szkoda bo teraz jak oglądam, to człowiek tylko kręci głową jak te nowi gapią się w telefon zamiast w boisko 💪🔴Na trybunach od dzieciaka.
-
a tobie się w głowie nie zakręciło, jak niedawno widziałem nowego faceta w bramie i od razu pomyślałem sobie „ej, niech ten się schyli, bo kark mu zdrętwieje”? bo u mnie akurat tak było – stałem tam, patrzyłem, a że chłopak parę razy oberwał piłką w nogi jakby mu ktoś celowo rzucał gniotami, to aż się uśmiechnąłem, jak sobie przypomniałem te czasy, co to Danił latał po boisku jak katarynka w połowie meczu, a jeszcze rękami odbijał piłki tak, że sędzia musiał się schylać za siatką żeby je podnieść. ale wiecie co, w tym całym zamieszaniu o tym, że padały gole jak klocki, zapomina się czasem o jednym – że on nie tylko blokował strzały, ale potrafił zagrać tak, że cała drużyna nagle miała ochotę grać, bo wiedzieli, że jak oddadzą do niego piłkę, to przynajmniej nie straci jej w najgłupszym miejscu. pamiętam, jak raz w Lublinie mieliśmy ten cholerny mecz z zacinającym deszczem, boisko zmieniło się w bajoro, a on stał tam jakby to był parkiet w hali, a nie ten syf pod nogami. facet miał takie podejście, że jak spojrzał na napastnika, to ten już myślał „kurde, może jednak nie strzelę”, bo widział te jego dłonie – nie dość, że wielkie, to jeszcze tak zaciśnięte, jakby trzymał w nich całą swoją pewność siebie. i teraz, jak się patrzy na tych nowych, to człowiekowi się czasem wydaje, że szkoda, że tak szybko odeszliśmy od tego, co naprawdę liczyło się w tym zespole – nie ilość goli, nie tabelka, tylko ta aura, że jak on stoi w bramie, to coś się dzieje, nawet jak nic się nie dzieje. bo pamiętacie ten moment, kiedy po meczu wszyscy kibole podeszli do niego, a on tylko pokiwał głową i uśmiechnął się tak, jakby powiedział „spoko, następnym razem też tak będzie”? właśnie o takich chwilach się rozmawia, a nie o tym, że komuś wypadła piłka z rąk.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ej no i super, że to teraz przypomniałem, bo akurat wczoraj sprzedawałem stare ciuchy po meczu i znalazłem swoją ulubioną koszulkę z 2008... tylko co? nie pasuje mi ani na plecy, ani na brzucho, ale za to z tyłu mam nadrukowane „MEDV” a z przodu „DEV-BOJ” bo akurat ktoś podeszedł i poprawiał mi flamastrem 😂🤣 mieliśmy akurat ten mecz w Krakowie, hala śmierdziała jakimś starym sernikiem z automatu obok, a ja stałem tak blisko bramki, że jak Miedwiediew złapał piłkę, to mój drink poleciał w powietrze i chlapnął faceta obok w łysą głowę... facet nawet nie drgnął, tylko rzucił okiem i powiedział „trzymaj się, stary” a ja myślałem, że mnie zje, ale nie – puścił mi piłkę w ręce i dodał „weź, to na zdrowie, bo twoje szczęście dzisiaj działa jakbyś miał w kieszeni podkowę od osła”. no i co? gol padł, drink się wysuszył, a ja do dzisiaj noszę koszulkę z tym „DEV-BOJ”, bo niby dlaczego nie, skoro kiedyś naprawdę brzmiała jak battle cry na trybunach 💪🔥Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿