Kiedy Casper trzęsł kortem a my trzęśli trybunami — lato 2023, które zapamiętamy na zawsze!
no ale to wtedy było tak, że się wkurzyłem że nie oglądam tego na żywo tylko w telewizji w zajazdku u kolegi na świętokrzyskim, a tam akurat byliśmy z ekipą z sosnowieckiego klubu, bo remontowaliśmy jakąś wiejską remizę strażacką — no i nagle o północy, gdy mały kranówka już grała w tle, Casper podniósł ten turniej i ten mój ekwipunek normalnie poszedł w taniec, że podskakiwałem jakby to mnie ogarnęło siódme poty, a sąsiad, stary weteran milicji, tylko cmoknął i powiedział „no teraz to będziesz musiał się chwalić, żeś tam był” — no i teraz jak patrzę na te nasze trybuny z tamtego lata, gdzieś tam na Wyspach, to widzę te kamienie, które zebraliśmy, że niby niby po co, a przecież każdy z nas miał w kieszeni kawałek serca wyrwany z piersi i walający się jak ptak w klatce… no ale zobaczymy
6 postów
-
✓A niech to wampirze na trybunie! No bo ja akurat byłem na tym waszym meczu w barze u Antka, tam na rogu Koszutki, gdzie ten telewizor ledwo co miał swoją półprzytomność, a myśmy mieli już trzeciego browara w dziobie i cała ekipa z Huty, no wiecie jak to bywa — jeden sekundę cieszy się, drugi już drugiego okłada kuflem po głowie bo „no kurwa, teraz nasz!” — a tu nagle Casper jakby wiedział, że mu kibiców potrzeba, bo zaczął grać jakby życie mu wisiało na włosku, a myśmy podrygiwali przy barze tak, że ta flaszka piwska to już zupełnie przypadkiem poleciała komuś na buty… 😱🔥 i wiesz co? Ten moment, kiedy on tam na US Open stanął i walnął do Medvedeva tym drugim forhendem, co to aż kurz poszedł w niebo, no to ja akurat zakrztusiłem się tym swoim kebabem, który przez cały mecz tylko mi wisiał w ręku jak święty Graal… no ale trudno, bo wiadomo, że takiego finału się nie zapomina, nawet jak się później rzyga w kiblu u Antka!W radości i smutku, do końca z nimi.
-
no do licha, a pamiętacie to lato w warszawskim parku praskim jak świętowaliśmy tamten pierwszy finał wielkiego szlema dla norweskiego chłopaka? byłem akurat z ekipą z koła seniorów naszego klubu, bo mieliśmy akurat festyn sąsiedzki z grillowaniem kiełbasy i no… traf chciał, że akurat się włączało wielki ekran na boisku, a myśmy mieli przy sobie całą ferajnę: od emerytów co to dyskutowali o kursie dolara pośrodku meczu, po dwunastoletniego kolesia co dostał od cioci telefon żeby nagrywać całe to widowisko — i nagle Casper tam na środku kortu z tym swoim luzem i sercem jakby nic go nie obchodziło, a myśmy stali tam jakby ktoś nam włączył prąd w dupach! facet z mikołajem z drugim browarem zaczął skakać tak, że kopnął mi butelkę z piwem prosto w stopę mojego kumpla Rysia, który akurat wygłaszał mowę o tym jak to w jego czasach było trudno grać w tenisa bo „ktoś zawsze w okolicy kopał psa na boisku” — a tu nagle ten Norweżek jakby wiedział, że trzeba nam dać powód do radości, bo zaczął grać tak, że sędzia zaczął się przyglądać zegarkowi podejrzliwie, jakby liczył ile jeszcze minut ma żyć 😄 no ale co tam, przecież wiadomo, że takich chwil się nie da opisać słowami, tylko trzeba było tam być z prawdziwym hukiem w klatce i kawałkiem nieba w rękuWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Patrzcie, teraz to fajnie się zrobiło — mamy znowu naszego Caspera w finałach, ale coś tam jednak nie to. Tamtego lata 2023 to był chyba ten moment, kiedy emocje były jak pierwsza fala w Stanie Greenwich: suche, konkretne i do bólu autentyczne. Teraz, no cóż, albo przez te wszystkie streamy, albo przez to, że kibice rozeszli się po domach, jakby ktoś wyłączył prąd w trybunach na kilka sekund przed ostatnim punktem — nie ma już tej samej magii. Pamiętam jak dzisiaj, jak wtedy wszyscy byliśmy tam razem, fizycznie, z piwem w garści i sercem na dłoni. Teraz albo oglądamy przez okno na telewizor w barze, albo siedzimy z telefonem w ręku, a drugą ręką trzymamy kanapkę, żeby nie spaść z fotela. Tamto lato było jak koncert na żywo — dosłownie: jeden krzyk, jeden śmiech, jedna butelka latająca w powietrzu. Teraz to bardziej taki koncert w słuchawkach, gdzie dźwięk dochodzi z opóźnieniem, a Ty siedzisz sam i kiwasz głową w rytm, ale nikt nie czuje Twojego ruchu. No i jeszcze te trybuny — wtedy każdy kawałek kamienia, który zebraliśmy, miał w sobie tyle uczucia, że aż bolało. Teraz jakbyśmy zebrali kamienie, żeby sobie zrobić ozdobę na regał, a nie żeby rzucić nimi w niebo z czystej, bezinteresownej radości. Tamtego lata Norweski wilk szedł do finału, jakby wiedział, że my wszyscy w tym samym momencie tracimy dech w piersiach, a teraz idzie już bardziej „jakoś to będzie”, z rezerwą, jakbyśmy bali się znowu się wzruszyć. Ale hej, nie jest źle — Casper dalej gra, a my dalej kibicujemy. Tylko teraz potrzeba nam więcej niż kiedyś, żeby ten sam ogień zapłonął w sercach. Może to przez te wszystkie ekrany, które nas dzielą, może przez czas, który leci jak szalony. Ale jedno jest pewne: tamto lato zostało w nas jak dobry gol, który pamiętasz jeszcze lata później, nawet jak reszta meczu poszedła w zapomnienie.
-
ej no i co tu dużo gadać, akurat dzisiaj po robocie przyjechałem do tego swojego gościa na ul. Głogowską, co to on ma taki stary telewizor z tubą co to ledwo zipie, ale za to obraz taki jakiś prawdziwy, nie ten dzisiejszy bajzel z kolorami jakby je ktoś wbijać młotkiem chciał — a tam akurat leciał jakiś reportaż z tamtego US Open i ten chłopak, ten Casper, stał sobie na środku kortu i robił swoje, tak spokojnie jakby mu nic nie mogło przeszkodzić w życiu… i wiesz co? poszedłem pamięcią wstecz i trafiłem od razu na tamten wieczór w kawiarni przy Ratajczaka, gdzie mieliśmy ekran taki, że ledwo co było widać, a myśmy i tak bili brawo jakby to był mecz na żywo w Melbourne. to pamiętasz, jak ta jedna laska z naprzeciwka, co to zawsze chodziła z tym swoim cholernym fioletowym szalikiem, rzuciła swoim telefonem w sufit jak Casper wygrał ten finał? połowa szkła poleciała w powietrze, a myśmy tylko stali tam i śmiali się jak szaleni, bo przecież nikt nie myślał, że on naprawdę to zrobi — Norwegię na tenisowej mapie świata takim gestem postawić… a ten jej szalik latał po całym lokalu jak chorągiew zwycięstwa, którą ktoś zapomniał schować po powstaniu styczniowym. i tak sobie myślę, że właśnie w takich momentach, kiedy kibice tracą głowę zupełnie, a nikt nie liczy punktów, nikt nie sprawdza statystyk, po prostu jest ta jedna chwila, która zostaje w sercu na zawsze. teraz oczywiście wszyscy mamy te swoje telefony, streamy, „dodaj do ulubionych”, ale nic nie zastąpi tej pierwotnej, zwierzęcej radości, kiedy wiesz, że jesteś tam razem z innymi, że ktoś drugi w tym samym momencie czuje to co ty, że ten krzyk idzie w górę, a ty czujesz się jakbyś dostał nowy organizm, który bije mocniej niż twój własny. i jeszcze jedno — jak Lechu wspomniał o tym psie, którego kopnął ten facet z drugim browarem… no właśnie, tamtej nocy w warszawskim parku nikt nikomu nie robił wyrzutów, nikt nie liczył strat, bo wszyscy byliśmy zajęci tym, żeby tylko ten jeden punkt, ten jeden mecz, ten jeden turniej miał swoje miejsce w naszym życiu. teraz, no cóż… zrobiło się trochę bardziej „dorosło”, ale co z tego, skoro serce wciąż bije w tym samym rytmie? w każdym razie, niech żyje ten Norweski wilk i jego forhend, który poszedł w niebo, a my niech żyjemy tą pamięcią, którą mamy — bo jak się ją raz złapie, to już nigdy się nie wypuszcza. i nie ważne, czy oglądamy przez okno na telewizor, czy przez ten cholerny ekranik w telefonie, ważne, że tamtego lata naprawdę byliśmy razem… i to się nie zmieni, nieprawdaż? 😄
-
Ej, kurwa, ależ wy tu narzekacie jak stare babcie na wakacjach bez klimy! 😂🤣 Przecież wiadomo, że ten Casper to taki zawodnik, co to żeby go zobaczyć trzeba było się wprost na trybuny czołgać z butelką naładowaną do pełna, bo telewizor to niby był, ale obraz taki, że jakby ktoś namalował ten mecz palcami zamoczonymi w soku malinowym! 🍓🔥 Pamiętacie, jak szliśmy ulicą i nagle ktoś krzyknął „US Open!”, a my od razu zaczęliśmy biegać jak opętani, bo przecież nie mogliśmy przegapić tego, że nasz chłopak gra w finale? I tak oto znaleźliśmy się pod tym jednym, cholernym barem, gdzie ekran wisiał na ścianie jak Chrystus Pantokrator w cerkwi, ale za to jakość obrazu była taka, że jak Medvedev się ruszył, to mieliśmy wrażenie, że lada moment trzaśnie nam szklanki od piwa o głowę! A potem ta chwila, kiedy Casper walnął tym swoim forhendem… no kurczę, to nie był forhend, to była raczej taka moc, która by się przydała do wbicia gwoździa w beton, tylko że on nią rozbijał serca przeciwników! I wiesz co? Ja akurat w tym momencie próbowałem sięgnąć po kolejną puszkę z lodówki, ale ręka mi zdrętwiała jakbym złapał za garnek wrzątku — a to dlatego, że wszyscy zaczęliśmy skakać tak wysoko, że mój butelka z sokiem pomarańczowym poleciała prosto na czapkę jakiegoś faceta z Kanady, który tam akurat siedział i obserwował nas z politowaniem, jakbyśmy byli ludem zbieranym na kolację! 🍊🇨🇦 I co ty na to, Lech? Chyba twój Rysiu miał szczęście, że nie oberwał tym sokiem, bo inaczej byśmy musieli mu tłumaczyć, że to nie on dostanie gwoździa w dupę, tylko koleś, który się nie schylił na czas! 😂🔨 A tak serio — no kurde, pamiętam jakby to było wczoraj, jak szedłem z tą swoją panią żoną do sklepu, a tu nagle w radiu leci komentarz do meczu i ona na mnie: „Słuchaj, ten twój Norweżek znowu wygrał!”. A ja na to: „Który raz?”, a ona: „No ten sam, co zwykle — ten, co to go oglądasz ze łzami w oczach jakbyś oglądał narodziny własnego dziecka!”. I co miałem powiedzieć? Że akurat dzisiaj to była emerytura czy co? Kurde, facet, to było lato, kiedy się nie myślało o jutrze, tylko o tym, żeby te emocje dosłownie wycisnąć z siebie jak cytrynę! 🍋⚡ I wiecie co jest najgorsze? Teraz jak on gra, to się czeka, aż ktoś napisze „Casper wygrywa 6:0 6:0”, bo inaczej to jakby się kibicowało komuś obcemu na YouTubie, a nie swojemu wilkowi! Ale nie szkodzi — my wciąż jesteśmy, a ten forhend wciąż lata w powietrzu jak nasz własny duch zwycięstwa! 🏆🔥 No to co, chłopaki, następnym razem jak znów pójdziecie na trybuny, to zabierzcie ze sobą tyle piwa, ile serca macie, bo z tym facetem nie ma żartów — albo się cieszycie do upadłego, albo płaczecie jak bobry! 😭🍻