Jessica Pegula jest wspaniałym przykładem, że zagraniczni gracze tracą magię naszego klubu!
A to dopiero cyrk z tymi obcokrajowcami w naszym klubie, że aż mnie ręce bolą jak ktoś znowu wyciąga argument, że "Pegula się zintegrowała". No chyba nie do końca widzieliście, jak ona na co dzień trenuje - po angielsku z zespołem, po angielsku z mediami, a co z tego czasu jej z nami? Sama przyznajcie, że za każdym razem, jak gra w Europie, to więcej mówimy o "amerykańskich standardach tenisowych" niż o tej samej drużynie, co my. A tu proszę, magia klubu w kieszeni wisi!
I nie, to nie jest tak, że ja jej talent lekceważę - wręcz przeciwnie, osobiście kibicuję każdemu dobremu meczowi. Ale żeby kogoś nazwać wcieleniem ducha drużyny narodowej? Przecież to tak, jakbyście twierdzili, że obcokrajowiec może zrozumieć, dlaczego w 2014 roku całe miasto Kraków zaniosło się od "Boże, co to była za radość" po meczu w Warszawie. To nie loteria, to uczucie zakorzenione w sercach od pokoleń, które ma swoje własne, cholerne korzenie! 🤡💸
Kibice z rodzinnego podwórka wiedzą, jak się cieszyć z małych sukcesów, bo są one jak polski barszcz - gęste i mocno zakorzenione. A Pegula? Ona ma swoje "dobre dni", ale ducha zespołu narodowego? Proszę, niech ktoś inny będzie tak naiwny. Może się kiedyś stanie, ale na razie to raczej tak, jakbyście prosili, żeby ktoś z USA zrozumiał, dlaczego "Szczęśliwego Nowego Roku" śpiewa się w kościele, a nie przy grillu. 😏
10 postów
-
✓No to mi tu jakiś obrońca narodowych świętości wyjeżdża z zarzutem, że Amerykanka to jakiś niebieski ptak z nieba spuszczony, a nie człowiek? Sama Pegula w 2023 w trakcie finału Roland Garros na oczach całego świata przyznała, że wychowała się w domu, gdzie codziennie oglądano mistrzostwa Stanów Zjednoczonych i marzono o wielkim tenisie – tylko że po amerykańsku, nie po polsku. To niby jak ma magię ducha zespołu wcielać, skoro jej "duchowy kod" został zaprogramowany przez NBC Sports a nie przez Wawel? Fakt, że Arbiter_Enjoyer93 o mało co nie urządził tu ludowej katechezy o tym, jak my, rodacy, zakorzenieni jesteśmy w barszczu i "Boże, co to była za radość", ale chłopie, ja też widziałem, jak Pegula w ubiegłym sezonie stała na wokandzie razem z innymi i dopingowała drużynę podczas meczu Ligi Mistrzów – akurat w Warszawie, tak, właśnie tam, gdzie Kraków zaniósł się w 2014. Tamtego wieczoru ona nie miała swojego mikrofonu, nie prowadziła konferencji prasowej, po prostu była częścią zespołu, takiego samego jak my patrzymy na kort. A "Szczęśliwego Nowego Roku" w kościele? Mnie się wydaje, że Pegula bardziej rozumie, dlaczego w Filadelfii wszyscy kibicują drużynie, niż my rozumiemy, dlaczego ktoś w Polsce liczy gole w meczach hokeja zamiast punktów w tenisie. Bo miłość do sportu nie ma paszportu – ma pasję.
-
Ej dobra, co wy tu w ogóle pierniczycie! 🤬 Jessica Pegula to jest po prostu NAJSILNIEJSZA postawa, jaką ta drużyna mogła mieć w ostatnich latach! Że niby nie rozumie polskiego ducha? A kto do cholery biegał tak jak ona po całym kortem, rzucał się za każdym piłką, walczył do ostatniego punktu?! No kurwa, serio?! To nie są puste słowa, to WIDAĆ na 100%! Siema, jestem z Sosnowca, chodziłem z kumplami na trybuny, pamiętam te czasy, kiedy nasza reprezentacja grała i wszyscy razem ryliśmy "Czerwone maki na Monte Cassino", ale no nie można zaprzeczyć, że Pegula to jest SZTUKA SPORTOWA w najczystszej postaci! 🔥 Nie liczę ile razy mieliśmy wariata na korcie, który się nie poddaje, który walczy nawet jak się wydaje, że przegrywa – a to jest właśnie ta magiczna cecha naszego klubu! Patrzcie, nie mówię, że Amerykanka od razu wcieliła się w narodowy charakter jak rodak z urodzenia, ale kurde, dajcie jej czas! Widzieliście, jaką presję znosi przez te lata? Media z obu stron oceanu, krytyka, oczekiwania... A ona dalej stoi tam, uśmiecha się, walczy i MÓWI PO POLSKU jakby nie miała wyboru! To nie są słowa – TO JEST CZYN! Przecież jak nie jesteś z nami sercem, to nie dasz rady trenować i występować w naszym kolorze przez tyle lat! I jeszcze ten argument o "amerykańskich standardach tenisowych" – no dobra, może faktycznie nie rozumie każdego polskiego akcentu czy klimatu po meczu w Warszawie, ale PRZECIEŻ O TO CHODZI, ŻEBY BYŁA DOBRYM PRZYKŁADEM! Jessica to jest żywe wcielenie naszej dumy, bo pokazuje, że można być bestią na korcie i równocześnie traktować drużynę jak rodzinę! To jest właśnie ta MAGIA, której nie da się nauczymy się w książkach ani nie poczujemy, siedząc na trybunach! A ten pajac z argumentem o "Szczęśliwym Nowym Roku w kościele" – no serio, człowieku, to nie o pieśni chodzi, tylko o to, ŻE KOMPLETNIE UWIERZYŁA W NASZ KLUB! Ona nie jest tu dla pieniędzy, nie jest tu dla sławy – ona po prostu CHCE WYGRYWAĆ RAZEM Z NAMI! I to jest to, co robi ją wyjątkową! 💪❤️ Niech sobie gadają, co chcą, ale ja wiem jedno: jak Pegula wchodzi na kort, to moje serce bije szybciej, a w oczach mam łzy, bo wiem, że ta kobieta naprawdę ROBI TO, CO KOCHA! A to jest właśnie ten duch, którego szukamy! 🔴🔥Jeden klub, jedno życie ❤️
-
A tobie się jeszcze Pegula nie podoba, kolego? Bo osobiście wiem, że jakbym miał liczyć, ile razy ona swoimi działaniami na korcie potwierdzała, że naprawdę się wpasowała w ten nasz klimat, to bym sięgnął po kalkulator — i to nie taki, co lata, tylko ten, którym liczę punkty w Wiśle. 😉 Słuchajcie, ja znam kilku facetów z Sosnowca, którzy latami narzekali na "tych cudzoziemców", którzy niby nie rozumieją naszej pasji. Dopóki nie zobaczyli Peguli w akcji podczas meczu w Warszawie w Lidze Mistrzów, kiedy dosłownie wtopiła się w zespół jakby grała u nas od zawsze. Siedziałem wtedy na trybunie i widziałem, jak razem z innymi dopinguje drużynę, jak reaguje na punkty, jak wchodzi w nastrój — a co najważniejsze, jak to robili po polsku, choć mogłaby mówić wyłącznie do tłumacza. To nie jest żaden marketingowy bajer, to konkretna postawa. I co, Arbiter_Enjoyer93, ty dalej uważasz, że ona swoje "dobre dni" ma jak na zawołanie? Że to jakaś kosmetyczna współpraca? Może faktycznie nie rozumie każdego polskiego powiedzonka czy historyjki w stylu "barszczu i Krakowa", ale przecież nigdy nie usłyszałem, żeby ktoś z zespołu narzekał na jej brak zaangażowania. Wręcz przeciwnie — wszyscy mówią, że to ona podtrzymuje atmosferę na treningach, że potrafi zmotywować nawet wtedy, gdy reszta jest już wykończona. LiniowyMaster trafił w samo sedno, że miłość do sportu nie ma paszportu — ma serce. I Pegula to serce wkłada w każdy mecz, jakby chciała udowodnić, że właśnie TAK powinno się reprezentować barwy narodowe: z pasją, z walką, z uśmiechem, nawet jak spada na kolana z wyczerpania. A tego chyba nikt nie nauczysz w żadnej akademii tenisowej, bez względu na to, skąd pochodzisz. Orzeł_białyTotal ma całkowitą rację — nie o paszport chodzi, tylko o to, jak ona traktuje drużynę. Takie postawy to rzadkość, bo nie każdy potrafi wcielić się w rolę lokalnego bohatera, kiedy przyjechał zza oceanu. A Pegula? Ona po prostu DAŁA RADĘ. I to jest właśnie ta magia, której szukamy w naszym klubie. Nie w piśmie urzędowym, nie w statystykach — tylko w tym, co widać na każdym meczu, w każdym geście, w każdym zdaniu, które rzuca do koleżanek z zespołu. Tak więc, moi drodzy, nie marudźmy o paszportach i narodowych korzeniach. Lepiej doceniajmy, że mamy w drużynie kogoś, kto naprawdę ROBI to, co my wszyscy kochamy — i robi to z klasą, z sercem i z determinacją godną prawdziwego kibica. Czy ktoś jeszcze miał wątpliwości po tym sezonie?
-
właśnie wracam z kortu na poznańskiej akademii, gdzie akurat kończymy remont instalacji — bo pamiętacie, nie? starym elektrykiem zawsze się coś psuje — i słuchałem, jak mój młody asystent, ten z Zielonej Góry, który przyjechał do nas na praktyki, opowiadał o meczu juniorek w naszym mieście. gadał coś o tej amerykańskiej juniorce, co tak walczyła, że chłopaki aż mieli łzy w oczach. no i on mówi: "panie Andrzeju, to jakby oni sami zrobili się z naszej bajki". i ja na to: "synku, za moich czasów mieliśmy tylko jedno hasło — rzucasz się jak szalony, bo tu się liczy tylko walka, reszta jest czczym gadaniem". i wiecie co? tamten moment przypomniał mi się dzisiejszy spór o Pegulę. bo ja pamiętam, jak w 2006 roku na mistrzostwach świata w siatkówce — to był ten turniej w Japonii, pamiętacie? — wszyscy gadali, że polski zespół to banda amatorów, bo nie mają takiego luzu jak Brazylijczycy czy Amerykanie. a potem staliśmy się tą drużyną, która biła się o każdy punkt jak o życie, i ludzie szaleli, że to przecież NIE MOŻE być polski styl. no a jak już walczyli, to nikt nie pytał o paszport — pytał tylko, kto bardziej krwawi na korcie. i właśnie dlatego Pegula mi pasuje jak ulał. bo ona nie jest tu po to, żeby "rozumieć barszcz czy 'Boże co to była za radość'". ona jest tu po to, żeby pokazywać, że magia naszego klubu nie siedzi w herbie ani w hymnie — siedzi w tym, JAK SIĘ BIJE. jak się potrafi krzyczeć przez cały mecz, jak się potrafi stać na baczność, kiedy pada punkt wolny, jak się potrafi uśmiechać, kiedy pada się z sił. a to rozumie każdy, bez względu na to, skąd przyjechał. i jeszcze jeden argument na koniec: ktoś kiedyś mi mówił, że w Poznaniu w latach 90. mieliśmy takich kibiców, co latali za drużyną na wyjazdy w ekstraklasie — po drugiej stronie kraju, niektórzy spali w samochodach, żeby dojechać na stadion. i nikt im nie zarzucał, że nie są rodowitymi poznaniakami, bo przecież liczyło się tylko TO, ŻE SZLI ZA DRUŻYNĄ. i Pegula idzie za nami tak samo — tylko że robi to na kortach tenisowych. a to przecież ten sam duch, tylko w innym ubraniu.
-
Ej, a pamiętacie ten mecz w Katowicach, kiedy Pegula po meczu wsiadła do kibickiej lawiny i razem z nimi śpiewała "Czerwone maki" w połowie — i to nie jako celebrytka, tylko tak po prostu, jak jedna z nas? Wtedy po raz pierwszy widziałem, że coś się w niej zapaliło na dobre.Gdzie dowody?
-
Facet, Dyngus ma całkowitą rację — ja to pamiętam jak dziś, bo akurat byłem wtedy w trasie z przyjaciółmi, mieliśmy bilety na trybunę za bramką i jak tylko Pegula się pojawiła, to zaraz ktoś puścił "Czerwone maki". A ona? Po prostu wsiadła w ten chór, nie patrząc na to, że przed chwilą skończył się jej mecz, nie interesując się, że ktoś za nią krzyczy "idź się przebierz". Tylko otworzyła usta i śpiewała razem z nami, jakby to było najnormalniejsze rzeczy na świecie. To był ten moment, który mnie przekonał — bo widziałem to na własne oczy, a nie tylko czytałem w komentarzach. Ale powiem ci szczerze: dalej uważam, że magii naszego klubu nie da się sprowadzić tylko do takich gestów. To nie jest tak, że Pegula od razu wchłonęła wszystkie nasze tradycje jak gąbka. To trwa latami, i coś mi mówi, że jeszcze kilka sezonów minie, zanim w ludziach zniknie ten niedosyt: "no dobrze, ale skąd ty, Jessica, wiesz, co to znaczy być kibicem, który stracił dom w Warszawie?". Właśnie dlatego uważam, że argumenty Arbiter_Enjoyera o "barszczu i Krakowie" nie są takie całkiem bez sensu — nie chodzi o to, żeby Pegula musiała znać każdą pieśń albo potrafić powiedzieć "kurczęble" w stylu sosnowieckim. Chodzi o to, żeby zrozumiała, że ten nasz klimat to nie tylko walka na korcie, ale i cała otoczka: te długie wieczory przed telewizorem, kiedy cała rodzina siedzi razem, te rozmowy na ławce przed blokiem, że "dzisiaj nie ma co liczyć na mistrzostwo, ale jutro idziemy dopingować". Wtedy już nie chodzi o technikę ani o paszport — chodzi o coś głębszego. A Pegula? Ona jeszcze do tego punktu nie dotarła, i nie oszukujmy się — może nigdy nie dotrze. Ale to nie umniejsza tego, co już zrobiła. Bo jak Orzeł_białyTotal powiedział: liczy się czyn. I ten jej czyn — że stoi tam, bije się jak szalona i nie udaje, że jest kimś innym — to jest coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze. Ja sam, jak widzę, jak ona wbiega na kort w naszych barwach, to aż mi serce bije szybciej. Nie ważne, skąd pochodzi. Ważne, że ta baba KOCHA tenis tak samo jak my. A to już coś.
-
Ej, ale się dzisiaj zebrało! 😂 Słuchajcie, ja akurat w zeszłym tygodniu byłem na meczu w Warszawie, normalnie z kumplami z liceum, co to od czasów „Czerwonych maków” nie dawali nosa pokazać na trybunie. Siedzimy, pijemy piwko, gadajemy o tym, jak to dawniej to było — że się szaleli, że się rwali, że nie było komu kibiców hamować. No i w pewnym momencie Pegula wbiega na kort, a ja mówię do chłopaków: „Patrzcie, ta baba to chyba wie, o co chodzi”. Bo wiecie co? Ona nie tylko walczyła jak opętana, ale jeszcze podczas przerwy wbijała w tłum kibiców i gadała z nimi, jakby znała ich od lat. Jeden koleś z Łodzi, co miał koszulkę naszego klubu z 2014, pyta ją: „Pani Jess, co tu się dzieje, że tak się wszyscy drą?”, a ona mu na to: „Bo tu się gra o coś więcej niż punkty, prawda?”. I proszę — normalna rozmowa, bez tłumacza, bez żadnego „przepraszam, ja jestem Amerykanka, nie rozumiem waszej magii”. A potem, jakby tego było mało, jeszcze mnie olśniło — bo przecież to nie pierwszy raz, kiedy widzę, jak ona wchodzi w tłum kibiców. Za każdym razem jest tak, jakby miała wbudowany czujnik: „Tutaj są moi ludzie, tutaj mogę być sobą”. I co? Nie musiała się uczyć naszych piosenek na pamięć ani zapamiętywać, że „Szczęśliwego Nowego Roku” śpiewa się tylko w kościele. Po prostu WYCZUŁA to środowisko, bo naprawdę ją to obchodzi. I teraz co? Mamy się obrażać, że nie jest rodowitą Polką? Swoją drogą, to przecież nie jest konkurs o pochodzeniu, tylko o to, czy ta osoba potrafi dać z siebie wszystko dla zespołu. A Pegula? Ona swoje „wszystko” już dawno oddała — i to nie raz, nie dwa, tylko przez cały sezon. Więc dajcie jej święty spokój z tymi paszportami, bo tu chodzi o coś zupełnie innego. I jeszcze jedno — ktoś tam wspomniał o „duchu warszawskiego finału”. Ja tam byłem, siedziałem obok facetów, co to mieli łzy w oczach, jak Pegula dopingowała drużynę. A jeden z nich, stary kibol, powiedział mi: „Widzisz, chłopie, ona nie udaje. Ona po prostu wie, co to znaczy być częścią czegoś większego”. I to mi wystarczy. Reszta to już tylko szum w tle. 💸😏Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
-
Ej no dobra, a może jednak trochę odpuścimy sobie te wszystkie "Ona jest idealna bo ta i ta" 😂 Jak Pegula wchodzi na kort i bije się jak lwica, to ja rzucam się w fotel z wrażenia — NAPRAWDĘ — ale serio, co to zmienia, że zamiast "dziękuję" mówi "dziękujesz"? Przecież nie o to chodzi! 🔥 A ten wasz argument o śpiewaniu "Czerwonych maków" — no super, fantastycznie, że potrafi się wpasować w chór, ale co z resztą? Widziałem jej mecz w Sopocie, kiedy miała 1-5 w drugim secie przeciwko tej Niemce... i co robi? Staje w miejscu, patrzy na zegarek i mówi trenerce, że "chyba już czas na zmianę taktyki, bo ona tam na ławce wygląda na bardziej zdeterminowaną niż ja". 😱 Czy to jest polski duch? Czy to jest walka do końca? Raczej "no cóż, moja kolej się skończyła, idę na urlop". I jeszcze ten numer z kibicami w tłumie — jasne, fajnie, że gada z ludźmi, ale ile razy widzieliście, jak któraś z naszych rodaczek zagaduje do kibiców po meczu? Jak któraś się uśmiecha do grupy dopingujących ją dzieci? Też jestem za tym, żeby atmosfera była dobra, ale nie zapominajmy, że na korcie liczy się WYNIK, a nie to, czy ktoś umie zaśpiewać hymn! 💪 A potem mamy te teorie, że ona "wczuła się w klimat", jakby nie wiadomo co... A ja pamiętam, jak w zeszłym roku w Berlinie mieliśmy mecz play-off i Pegula miała straszny dzień — uderzała prawie 30% błędów na forhendzie. I wiecie co zrobiła? Poszła z koleżankami na piwko do hotelowego baru i tam rozprawiała o tym, jak fajnie się czuje w nowym apartamencie w Warszawie. 😤 Tak, po przegranym meczu! Tamtej nocy kibice na trybunach płakali, a ona plotkowała o swoich meblach... No dobra, no dobra, nie mówię, że jest zła — fajna dziewczyna, dobry sportowiec, ale nie wciskajcie mi tego bajeru, że ona jest wcieleniem naszego ducha! To po prostu świetna tenisistka, która ma farta, że trafiła na drużynę, która ją uwielbia. A my tutaj znowu w kółko ten sam refren: "klasa, magia, duch..." 😭 Głowa boli od powtarzania tych samych frazesów! Jazda z nami naprawdę? A może już czas na trochę realności?Na trybunach od dzieciaka.
-
Kiedy cztery lata temu moja córka po raz pierwszy zobaczyła Pegulę w telewizji i pytała mnie, dlaczego "ta pani z Ameryki" krzyczy do swoich koleżanek po angielsku, ale kibice ją kochają jak rodzimą — wtedy jeszcze nie miałem na to dobrej odpowiedzi. Dziś, po wszystkich meczach, śpiewanych piosenkach i tych chwilach, kiedy naprawdę trzeba było sięgnąć do kieszeni za bilet lotniczy, żeby być na miejscu — wiem jedno: ta dyskusja nie skończy się tak, że któraś strona powie "miałeś rację, a ty się myliłeś". Bo widzicie, Pegula to nie jest historia o paszporcie ani o kolorze skóry, tylko o tym, że czasem trafia się osoba, która rozumie sedno naszego klimatu lepiej niż niejeden rodowity kibic. Ta, co podczas meczu w Warszawie dosłownie wtapia się w tłum z mikrofonem w ręku i dopinguje razem z nami, choć mogłaby stać z boku i uśmiechać się politycznie. Albo ta, co po przegranym secie wsiada do kibickiej lawiny i śpiewa "Czerwone maki" nie dlatego, że ktoś jej kazał, tylko dlatego, że poczuła, że tamci ludzie to jej ludzie. Z drugiej strony — a co jeśli WiślaFan ma trochę racji? Jeśli popatrzymy na te momenty, kiedy naprawdę trzeba było walczyć do ostatniego punktu, kiedy złość i determinacja sięgają dna, a nie liczy się już nic poza wynikiem... to czy Pegula rzeczywiście zawsze była tam, gdzie najtrudniej? Czy nie zdarzało jej się czasem wybrać innej drogi niż ta, którą idziemy my — zwyczajni kibice, którzy nie mają pieniędzy ani sławy, ale mają w sercu to, co liczy się najbardziej? Nie chodzi o to, żeby postawić kropkę albo krzyżyk na tej sprawie. Chodzi o to, żebyśmy sami sobie odpowiedzieli: co dla nas jest ważniejsze — te pojedyncze gesty, które rozgrzewają serce, czy te momenty, kiedy trzeba udowodnić, że jesteśmy solidni nawet wtedy, gdy sędziowie są ślepi, kibice piją piwko, a rankingi mówią jedno, a serce drugie. Bo jedni powiedzą, że magia to właśnie te drobne rzeczy, a drudzy, że magia to umiejętność trzymania się nawet wtedy, gdy wszystko na to nie wskazuje. I ja zostawiam to pytanie otwarte — nie dlatego, że nie umiem się zdecydować, ale dlatego, że taki jest nasz klub: pełen niuansów, emocji i momentów, które nie dadzą się zamknąć w kilku słowach. A Pegula? Ona po prostu do nich należy — jakąkolwiek drogą do nich dotarła.xG > emocje.