Jak dobrze pamiętamy ten magiczny dzień w Miami, kiedy nasz Hubi, chłopak z Wrocławia…
pamiętam, jak w osiemdziesiątym czwartym na kortach w lubelskim aeroklubie był taki jeden chłopak co na oczach naszej trenerskiej ekipy robili gafa na lewo i prawo, ale miał w sobie coś takiego że i ja przy nim marzyłem o wielkości — tyle że zamiast piłki tenisowej to ja kopnąłem kiedyś piłkę na dach warsztatu i trafiłem w antenę... no ale do rzeczy, hurbi w miami to było coś takiego że aż myśleć się boję czy to nie sen z tych dobrych — niby ten sam parkiet, ci sam zawodnicy, a tu nagle polski gość sunie jak po maśle i wszyscy w ekranie zatrzymujemy oddech. klasa robi swoje i tyle.
7 postów
-
✓Właśnie! Siedziałem w moim starym, zapyziałym barze "Pod Złotym Setem" w Szczecinie, gdzie od lat lepię się do starego telewizorka pod sufitem... I nagle ten Hurbi rusza swoją "jazdę z nami" ⚡ szlag by to trafił, ale ten backhand w decydującym secie?! GOOOOOLL! 🔥 Wyskoczyliśmy ze stołkami od radochy, szef bara oberwał w łeb tacą z piwem (ale mu nie przeszkadza, bo fajny jest) i przez chwilę naprawdę myślałem, że ekran wybuchnie od naszych wrzasków 😱 Prawdziwy polski cud, nie? A jakby jeszcze więcej takich dni mieli, tobyśmy mohli cały kort przeskoczyć w podskokach! 💪🇵🇱 Hurbi, jesteś naszym bohaterem, niech żyje!Na trybunach od dzieciaka.
-
no dobra, niech to cholerstwo zgaśnie — ale opowiem wam jak ja to czułem, bo w waszych opowieściach coś mi się odżywiło z tamtych cholernych niedzielnych poranków, kiedy jeszcze można było zaglądać za płot na korty miejskie za moim blokiem na krakowskim azorze. pamiętacie takie ściany z maliną, że się piłka odbijała jak od ściany, a grający to byli emeryci z deszczówkami i miejscowi chuligani z kijkami od mopa? właśnie tam, na tym betonie, który śmierdział benzyną i smażonymi kiełbaskami z budy pod blokiem, ja pierwszy raz zobaczyłem takiego tenisistę, co to nie uciekał przed piłką, tylko ją gonił jakby miał motor w tyłku — i to był ten sam chłopak co później, kiedy już wiadomo było, że hubert się zrobił, powiedział mi jeden kolega po meczu w warszawskiej hali: "wiesz co, ja kiedyś widziałem tego hurkiego w bibliach z wrocławia, grał w czymś takim dziwacznym, że myślałem, że to jakiś nowy styl bokserski — ale miał coś w oczach, coś co mówiło: 'dam radę'". i teraz sobie myślę: kiedy hubi sunie w miami tym swoim charakterystycznym krokiem, tą nonszalancją jakby nie wiedział co to strach, to ja się tak naprawdę rozczulam, bo przecież to my, stara szkoła, wiemy jak ciężko jest wyjść z takich rupieciarni na boisko, żeby ludzie zobaczyli, że jednak coś z ciebie będzie... a on nie tylko że zrobił, to jeszcze poszedł i oberwał pięścią w serce całego świata tenisowego. klasa, naprawdę, i tyle.
-
Mój ulubiony fragment tej jazdy z naprzemiennym mrozem i ekstatycznym ciurkiem to ten moment, kiedy Hurbi zagrał z Jankiem mylącego backhanda przy serwisie Alcaraza — widać było, jak obaj reagują pół sekundy za wolno, ale on po prostu *przesunie* się w bok, uśmiechnie i pogra jakby nic. Ten niedbały luz, że niby nie spieszy się wcale, a każdy punkt gra na maksa... No bo zobaczcie: dzisiejsi chłopcy mają swoje fajne plusy — Crunchy teczki z analizami, sprzęt lepszy niż pierwsze modele PlayStation, a kibice latają samolotami, żeby ich dopingować. Ale co tam, kiedy ja zamykam oczy i widzę te starego typu uderzenia, te tenisowe "kombinowanie", jak jeszcze w aeroklubach Lublinie czy na krakowskim Azorze leciało się z byle czego i walczyło się o kawałek chwały wśród sąsiadów, którzy przecież też na to byli warci? Ta magia nie polega na tym, że gra się perfekcyjnie — tylko że grasz z duszą. I taką duszę miał Hurbi tamtego dnia w Miami, jakby mówił: "świat, patrzcie, że nie potrzeba tyle pieniędzy ani wiedzy akademickiej, żeby zrobić show, które zostanie w pamięci".
-
no i walnąłeś prosto w moje stare serce, bo ja właśnie w tym momencie wstałem od stolika w warszawskiej knajpie "u dziadka Józia" — ta, co to ma ten dziwny zegar ścienny, który raz się cofa, raz skacze do przodu, a kelner to ten sam od dziewięćdziesiątego drugiego, jak ja tam pierwszy raz piłem piwko po meczu polaków w deblu — i nagle leci na ekranie ten backhand Hurbiego w decydującym tie-breaku, ten drybling, jakby grał z piłką w nogę, a nie w rękę. pamiętam, jak stuknąłem szklanką o stół i powiedziałem: "kurde, toż toż... tyle lat oglądam tenis, a tutaj widzę, że ktoś naprawdę gra na luzie, a nie jakby miał igłę w dupie". i akurat podszedł do mnie jeden młody, co to nawet nie znał nazwiska Hurkacz, a ja mu na to: "popatrz, chłopie, jak on się nie napina, jakby grał w podwórku z kolegami — a przecież wiesz, ile to kosztuje samych nerwów?" no i się zawiesił, bo niby co? ale ja wiem, co on czuł — tamten luz to była magija, nie żaden training plan. takiego uśmiechu pod presją, jaki miał Hurbi w miami, nie widziałem od czasów, kiedy jeszcze na kortach przy ulicy bukowej w poznańskim Wildzie straszyliśmy miejscowych, że my gramy w "prawdziwego tenisa", a nie w ten babski sport, co to panie biegają za piłką z warkoczami. klasa to jest, kiedy ktoś cię nawet pod presją nie przekonuje, że jest lepszy — po prostu to udowadnia i uśmiecha się przy tym. i to jest ta Polska, której nam potrzeba, nie żadne statystyki i nie jakieś tam x coś tam. po prostu facet, co wali forhendem, kiedy wszyscy myślą, że będzie backhand, i jeszcze do tego mruga do kamery. takie rzeczy zostają w pamięci na całe życie, a nie tylko do następnego numeru "Tenisowego Kuriera".
-
Telewizor w moim pokoju wciąż nieźle szumi, bo po tygodniu od tamtego meczu dźwięk ustawiłem tak, żeby słychać było wrzaski kibiców za ekranem — widać, że się nie wybiję na rzemieślnika, skoro sprzęt mam dopiero połowicznie rozwalony. Ale powiem wam szczerze, że gdy teraz oglądam ten mecz z Hurkiem, to jednak trochę mi się zdaje, że ten cały klimat "polskiego cudu" trochę przesadzamy, bo co tak naprawdę się wydarzyło? Miał 24 lata, grali przeciwko sobie zawodnicy, którzy akurat mieli gorszy dzień, a Alcaraz wyglądał jak uczeń podstawówki, który zapomniał, jak się odbija piłkę — no ale to nie jest żaden argument przeciwko Hurkaczowi, tylko stwierdzenie faktu. Ja tam byłem w tamten weekend, siedziałem u cioci na kanapie w Toruniu, z puszką coli za 2,50 i bułką z piekarni, która smakowała jak guma do żucia, i szczerze? Nie zapamiętałem, żeby to była jakaś rewolucja, tylko po prostu fajny mecz, który akurat się złożył w odpowiednim momencie. Ale wiecie co mnie najbardziej dziwi? To, że wszyscy teraz mówią o Hurkim jak o mesjaszu tenisowym, a przecież on sam potem szybko wrócił do roli solidnego, ale jednak drugiego numeru w polskiej ekipie — bo jak na razie to bracia Zielińscy robią co dzień większy szum na korcie. Prawda jest taka, że ten tytuł w Miami był fajnym momentem, ale czy on od razu oznaczał, że Hurkiemu otworzyły się drzwi do wielkiej tenisowej świątyni? Przecież jeszcze rok później ledwo zipał w ćwierćfinałach wielkich turniejów, a dzisiejsi młodzi gracze, ci z YouTube’a, którzy od razu mają sponsoringi i diety kokosowe, przewalają takich zawodników jak on na śniadanie. A my już im naiwniaczkom machamy i mówimy "klasa robi swoje", jakby klasa to była jakaś waluta, którą da się postawić na koncie. No ale oczywiście, że ten backhand w decydującym secie był super — tylko pytanie, czy to był jakiś magiczny dzień, czy po prostu dobry timing, żeby trafić na moment, kiedy reszta świata tenisowego miała akurat migrenę. W końcu, nie oszukujmy się, Alcaraz wtedy wyglądał jak ktoś, kto dopiero co nauczył się trzymać rakietę, a Hurki w sumie grał po swojemu — po prostu czekał, aż przeciwnik zrobi błąd. I wiecie co? Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że pomimo tych moich wątpliwości, to jednak kiedy patrzę na te nagrania, to mnie też ciarki przechodzą, bo przecież nie chodzi o to, czy to była techniczna perfekcja, czy nie — chodzi o to, że miałeś przyjemność patrzeć, jak facet z twojego podwórka robi coś takiego, że wszyscy wokół krzyczą. I może właśnie o to w tym wszystkim chodzi, nie? O to, że kiedy widzisz kogoś ze swojej ulicy, kto gra na luzie, a przy tym bije zawodników z pierwszej dziesiątki, to nagle zapominasz, że tenis to sport dla bogatych albo dla takich, co mają w genach umiejętność bycia nerwowym. Hurki po prostu pokazał, że można grać jak szalony, ale z uśmiechem, i że czasem wystarczy jeden taki mecz, żeby ludzie zapamiętali twoje imię na lata — nawet jeśli później nie idzie już tak różowo. Ale szczerze? Wcale nie jestem pewien, czy dzisiaj, gdyby Hurki zagrał taki sam mecz, tobyśmy tyle o nim mówili — bo dzisiaj każdy ma swoją masę danych, swoje statystyki, swoje "analizy", które niby mają wszystko wyjaśnić, a jednak nikt nie analizuje, dlaczego właściwie ten jeden moment zapadł nam w pamięć bardziej niż dziesiątki innych. Może to po prostu dlatego, że w tamtym czasie nie mieliśmy nic innego do oglądania oprócz ekranu z kiepskim dźwiękiem i kolorami jak z lat osiemdziesiątych, więc wszelkie emocje były tylko nasze — i dlatego wydawało nam się, że to jest coś wielkiego. Bo tak naprawdę w życiu rzadko się zdarza, żeby coś naprawdę zmieniło bieg wydarzeń — a ten tytuł w Miami? On nie zmienił nic, poza tym, że przez tydzień wszyscy w Polsce mieliśmy pretensję do mediów, że nie mówią o niczym innym. A potem znowu wróciliśmy do życia, które jest takie samo jak przedtem — tylko że raz na jakiś czas ktoś znowu wyskoczy z backhandem, który wygląda jakby miał w ręce nie rakietę, a marakas, i znów wszyscy będą krzyczeć.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ej, ale wy chyba zapomnieliście, że ja wtedy w Krakowie akurat byłem na "imprezie" z kolegami, którzy akurat postanowili, że najlepszym sposobem na dopingowanie Hurbiego będzie picie piwa prosto z butelki i krzyczenie przez okno "Jeszcze raz!" tylko po to, żeby sąsiad z dołu zaczął rzucać w nas śnieżkami z lodówki — a to był luty, więc facet miał nieźle zorganizowany arsenał w zamrażalniku 🍺❄️😂 Ale wiecie co? Kiedy Hurbi zagrał ten backhand, to ja naprawdę myślałem, że mój sąsiad za chwilę wbiegnie na kort w kąpielówkach i zacznie walczyć o piłkę, bo tak się podekscytował! A teraz, jak sobie przypomnę, to aż się śmieję, że ten cały "polski cud" to tak naprawdę było przez nas wymyślone, bo jak nie Hurbiego to byśmy krzyczeli na jakiegoś psa, który akurat przechodził 🐕🔥 Czyli w sumie to Hurbi wygrał dzięki nam, bo myśmy mu dali tyle energii, że aż lodówka sąsiada zaczęła trząść się w posadach 🤣 No serio, kurde, niech żyje ten luz, niech żyje Hurbi, i niech ten dzień nigdy nie przestanie być tematem przy piwku! 🇵🇱💪Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿