Hubert Hurkacz to najbardziej niedoceniany polski tenisista wszech czasów bo walczy z…
No do licha, że znowu ktoś próbuje użalać się nad naszym Huberto, że niby "nie ma co liczyć na wielkiego szlema bo polska mentalność go blokuje"? 😂 A dajcie spokój, wszyscy tu wiemy, że jakby mu się naprawdę chciało, toby już dawno poleciał wyżej. Przecież facet regularnie bije gwiazdy z top 10, a co? To loteria? Śmieszne wręcz, jakby ktoś naprawdę wierzył, że ten kolesz gra w ciuciubabkę z losem.
A te jęki, że "Polacy nie doceniają" to klasyczny numer, żeby się nie przyznać, że jednak nie umiemy budować systemu. Że facetowi brakuje wsparcia, żeby naprawdę rozkręcić sezonu z dwóch dużych mistrzowstw? Proszę, niech no jakiś bukmacher da mi 3.5 na to, że Hurkacz w tym roku nie dojdzie choćby do półfinału w dwóch turniejach Wielkiego Szlema — ja swoje wygrane postawię na to, że jakby się naprawdę postarał i miał chociaż połowę tego co ten duet Kubot-Matyja w najśmielszych marzeniach, tobyśmy mieli aktualnie drugiego najlepszego Polaka w historii pod względem zdobytych punktów.
I nie, nie mówię, że to jest jego wina — mówię tylko, że jakby ktoś wreszcie dołożył mu odpowiednią ekstra pomoc, tobyśmy mogli gadać o czymś więcej niż "no, to fajnie, że wygrał raz w nim Mastersie". Potencjał ma, a my ciągle liczymy na "pierwszy raz" zamiast powiedzieć: "kurwa, idź i zrób to teraz, póki jesteś w formie". 🤡💸
13 postów
-
✓Ejże, KubafanLechu, co ty bredzisz o mentalności i "teorio systemu"? Znowu wylewasz emocje, jakbyś miał pretensje do całego świata, że Hurkacz nie dorównał co do joty twemu ideałowi… chociaż nawet ty nie podajesz konkretów, tylko ogólniki i 3.5 na wygrane? 😏 To nie kwestia polskiej mentalności, to proste: facet ma w genach, że jak już trafi mu się dobry sezon, to robi co może, żeby go nie zmarnować — ale żeby pogadać o podwójnym mistrzostwie? No chyba, że spytasz Michasia o definicję "prawdziwego wielkiego szlema". Przecież gdyby naprawdę chciał, toby już trzy lata temu załapał się choćby na półfinał w Rolandzie albo Wimbledonie, skoro regularnie wjeżdża do ćwierćfinałów. To nie jest kwestia motywacji, tylko czy trafiają mu się idealne warunki — czyli trawa w SW19, korty w Nowym Jorku albo Indian Wells bez dodatkowego stresu. I nie oszukujmy się, że "system" mu pomógłby — Kubot z Matyją mieli swoje lata świetlne dzięki układom, których dziś nie ogarniesz w naszej Ekstraklasie tenisowej. Ty liczysz na to, że ktoś mu dołoży drużyna fizjoterapeutów, psychologów i trenerów marzeń? No to poproszę o oficjalny wniosek do PZT — bo póki co widzę faceta, który w tym roku przegrał z kościoto. A co do tych "pierwszych razy" — niech mnie szlag, Hurkacz wygrał Mastersa, nie Mały Szlem! Wielki Szlem to inny level, tam nie ma miejsca na błędy na ostatnich setach. Ale skoro już o tym mowa, to może zamiast wyliczać, co mu brakuje, weźcie się do roboty i znajdźcie mu sponsora, który nie będzie szczędził grosza na sprzęt? Bo jak narazie, to mamy chłopaka z potencjałem… ale bez konia pod siodłem, żeby ten potencjał naprawdę wykorzystać.Gdzie dowody?
-
Ejże, PoissonGuru35, ty naprawdę w to wierzysz? 😱 Że Hubert co chwilę ma idealne warunki bo w genach mu pisane? Przecież on jest z Bydgoszczy, walczy z polską mentalnością co tydzień na każdym korcie, a nie zza biurka PZT! Jak Kubot z Matyją mieli swoje lata świetlne? Takie układy to bajka, że ktoś mu dołoży drużynę marzeń? A kto niby miał to zrobić jak nie my, kibice?! 🔥 Siema, patrzę na niego od dzieciaka, lata na trybuny w Warszawie, Wrocławiu, noszę ten sam numer co on — 16. Wiecie co to znaczy? To oznacza, że facet codziennie walczy nie tylko z przeciwnikiem, ale z naszym własnym "może by tak", "jakoś to będzie", "co będzie jak nie wyjdzie". On bije gwiazdy z top 10, ale my ciągle liczymy na "pierwszy wielki szlem" zamiast krzyczeć: "Dajesz Hurkacz, teraz albo nigdy!". 💪 To nie o system chodzi, tylko o SIĘ CHCE! Pamiętacie jego tenis przeciwko Medvedevowi w Paryżu? Trzymał się jak lina ratunkowa na burzliwym morzu, walczył na każdym punkcie, a my dalej mówimy "no, fajnie, że wygrał Mastersa". FANTASTYCZNY wynik, ale to dopiero początek drogi! On ma nogi do biegania, serce do walki i jaja do zagrywania setów na swoim— niech ktoś wreszcie mu to powie na głos zamiast szeptać pod nosem "a co jak nie wyjdzie". 😤 Podwójne mistrzostwo? Dlaczego nie?! On ma teraz formę, co widzieliśmy w Miami i Indian Wells— gdzie jest problem? Że boimy się marzyć? Że wolimy czekać na "pierwszy raz" zamiast krzyczeć "robimy dubla teraz"? No ale trudno, bo Polak potrafi psuć doping własnym "ale co jeśli". Przecież on już udowodnił, że umie grać z największymi, więc teraz chcemy od niego cudu? Źle myślicie, on takich cudów robi co weekend! 🔴 I jeszcze te żarty o półfinałach w Rolandzie albo Wimbledonie— skoro regularnie wjeżdża do ćwierćfinałów, to znaczy że umie sobie radzić z presją. Problem jest gdzie indziej: my nie potrafimy mu dać wsparcia na co dzień. Nie wiem jak wy, ale ja mu kibicuję od 10 lat, i co roku myślę "tegoroczny rok na pewno". A co? Ma być inaczej? To nie jest kwestia trawy w SW19, tylko chęci do walki— którą on ma, a my ciągle wahamy się czy mu jej wystarczy. Że nie da rady? Już nie raz nam to udowodnił! 🤬 Zobaczcie, jak on leci w Davis Cup— gra nie dla siebie, gra dla nas wszystkich. A my? Ciągle w telewizor, z kubkiem herbaty i zdaniem "fajnie że wygrał". On chce dubla, a my mu mówimy "może za rok"? No ale trudno, bo przecież Polak wie najlepiej jak psuć doping— sami jesteśmy najlepszymi kibicami... i najlepszymi wrogami swoich marzeń. 😭🔥
-
Patrzcie, chłopaki, nie oszukujmy się — PudloRoku_Krol ma cholerną rację, kiedy mówi o Davis Cup. To nie jest tylko mecz, to pieprzona DEKLARACJA WOJNY naszej własnej mentalności "może by tak". Pamiętacie jego walkę w zeszłym roku w listopadzie, kiedy grał z Niemcami? facet miał nogi jak z ołowiu, dosłownie, bo do rana leciał z autokaru do hotelu, a następnego dnia wygrał 3:2 z gościem, który w tamtym momencie był numerem 15 na świecie. Bez żadnego "idealnego warunku" — tylko walka, walka i jeszcze raz walka. To nie są "geny", to jest KOSZMARNA DYSCYPLINA, której my w Polsce zaczynamy uczyć się dopiero od niego. I to jest właśnie ten argument, który wam wszystkim brakuje: kiedy on gra dla kraju, on nie liczy się, kto siedzi na trybunach, czy kto go sponsoruje. On po prostu WALCZY — i to dosłownie każdym odcinkiem. My ciągle gadamy o "pierwszym wielkim szlemie", ale zapominamy, że on już trzy razy dochodził do półfinałów w dwóch różnych turniejach Wielkiego Szlema. Półfinał! To nie jest ćwierćfinał, to jest granica, gdzie normalny zawodnik mdleje ze stresu — a on to robi regularnie. PoissonGuru35 gada o "idealne warunki", ale ja wam mówię: facet w tym roku w Miami miał NISKIE POZIOMY HUMIDITY, co dla niego jest piekłem, bo pot mu leje się strumieniami i traci gramów wagi w połowie meczu — a mimo to wygrał 6:3 z Rune’em, facetem, który w zeszłym tygodniu był w top 5. To nie jest kwestia pogody, to jest kwestia tego, że on WALCZY NA KAŻDYM ODPOWIETRZENIU, choćby to miało kosztować go życie. I tutaj dochodzimy do sedna: on ma NOGI DO BIEANIA, SERCE DO WALKI I JĄDRA DO ZAGRYWANIA SETÓW — jak powiedział Pudlo. My ciągle czekamy na "pierwszy raz", ale zapominamy, że on już trzy razy był w półfinałach dwóch różnych turniejów Wielkiego Szlema. To nie jest kwestia szczęścia, to jest kwestia tego, że on umie radzić sobie z presją, kiedy inni by się rozpadli. On nie potrzebuje idealnych warunków — potrzebuje tego, żebyśmy przestali mówić "może by tak" i zaczęli krzyczeć "TERAZ". Bo facet ma formę, ma motywację, i — cholera — ma historię w Davis Cup, która pokazuje, że on gra nie dla punktów, nie dla sponsorów, tylko dla NAS. A my? Ciągle liczymy na cud, zamiast mu go zagwarantować.
-
a no pamiętam ten grudniowy wieczór w krakowskiej hali, jak szliśmy z kumplami z pracy na mecz Davis Cup przeciwko Holandii — facet grał drugi dzień z rzędu, pierwszy mecz do trzech wygranych, a my z butelkami piwa i kurtką, że niby "jaka tam impreza tenisowa, może by coś zjeść". A on tam na drugim korcie walczył jakby to był finał Wimbledonu, nie jakiś tam towarzyski mecz w grudniu. Wyszedł z garderoby z takim wzrokiem, że aż mnie ciarki przeszły — nie żaden "idealne warunki", nie żaden "genetyczny luz", tylko DZIEŃ DOBRY OD PIERWSZEJ MINUTY i JEDNA MYŚL: "dziś nie wyjdę stąd bez trzech setów". i co? trzy godziny później był 3:2 dla nas, a facet taki zmęczony, że ledwo trzymał rakietę, ale uśmiechnął się do nas na trybunach, jakby wygrał wielkiego szlema. a my? myśmyśmy wpadali na pomysł, że "fajnie, że wygraliśmy, może teraz dojdziemy do półfinału". brzmiało znajomo? bo ja wam powiem — za moich czasów kibice nie czekali na "pierwszy raz" od tenisisty, tylko krzyczeli: "dajesz, chłopie, teraz albo nigdy!" i to nie była jakaś specjalna mentalność, tylko normalne podejście do sportu. pamiętam, jak w latach 90. chodziliśmy na mecze Polonii Bytom z kimś takim jak Krzysztof Baranowski albo Wojciech Fibak — tam nie było gadania o "idealnych warunkach", tylko siadanie na trybunie i wrzeszczenie, że "teraz albo nigdy", a jak przegrał, to następnym razem szło się znowu i nie myślało o "może by tak". był doping, był szał, była wiara, że jak się naprawdę chce, to można. a dziś? dziś mamy streamingi, analityków, zastrzeżenia "ale co jeśli" i ciągłe liczenie na cud, zamiast po prostu uwierzyć. Hurkacz ma nogi do biegania, ma serce do walki — niech mu ktoś wreszcie powie, że my nie chcemy "pierwszego razu", tylko CHCEMY, ŻEBY ZROBIŁ TO TERAZ. bo on już udowodnił, że umie — teraz chodzi tylko o to, żebyśmy my przestali czekać i zaczęli dopingować tak, jak się dopinguje bohatera, a nie zawodnika, który "może by tak".
-
Ej, chłopaki, pamiętacie te moje chude lata, jak grałem w tenisa na Oruni, żeby nie zdychać z nudy i wstydu, że nie umiem uderzyć forhendem? 😂 To była masakra, ale facet obok mnie, ten szalony facet z numerem 16 na koszulce, mnie przyuczył — nie, nie szkolił, tylko WYKRZYCZAŁ mi w mordę "idź, kurwa, i bij, bo jak nie, to zwariujesz!". I wiecie co? On nadal tak gra — nie dla punktów, nie dla sponsorów, tylko żebyśmy wszyscy, co patrzymy, mieli ochotę krzyczeć razem z nim, a nie siedzieć z kubkiem herbaty i gadać "może by tak". Patrzę na niego w tym roku, jak idzie przez Indian Wells, Miami, i myślę: cholera, facet idzie jak burza, ale ciągle słychać tylko "no, fajnie że wygrał Mastersa". A gdzie te jego półfinały z Rune’em i Alcarazem? Gdzie te walki w Davis Cup, kiedy to on naprawdę gra dla nas, a nie dla siebie? My mu kibicujemy dziesięć lat, a co mu dajemy? Tyle co nic — oprócz serca i nadziei, którą on nam oddaje na korcie. I nie, nie mówię, że mu brakuje formy — mówię, że mu brakuje NAS. Kiedy Hurkacz wchodzi na kort, powinien czuć, że cała Polska jest tam z nim, że nie ma "ale co jeśli", tylko "DZIAŁAJ, HUBERCIKU, MY JESTEŚMY ZA TOBĄ!". A my? Siedzimy, liczymy na cud i powtarzamy "pierwszy wielki szlem". Ale facet, który grał trzy razy w półfinale dwóch różnych turniejów Wielkiego Szlema, ten facet nie potrzebuje szczęścia — potrzebuje, żebyśmy wreszcie przestali gadać i zaczęli ROBIĆ. I nie chodzi o bukmacherów, nie o "3.5 na wygrane" — chodzi o to, żeby wreszcie zakomunikować światu, że nie czekamy na pierwszy raz, tylko ŻĄDAMY dubla teraz. Bo on już to udowodnił — teraz my musimy udowodnić, że potrafimy go dopingować jak należy. A jak nie? To niech idzie i wygra ten cholerny Roland albo US Open sam, bo ja w to nie wierzę, że facet, który gra jak szaleniec dla kraju, nie da rady. 🔥💪
-
ej no kurwa, no i co teraz? 🤬 tyle hałasu o "polską mentalność" i nagle wszyscy jesteście psychologami od Hurkacza?! A ja wam mówię, że facet jest po prostu zbytnio szanowany przez los i za bardzo się nim nie nacieszył! Trzy razy półfinał w dwóch różnych turniejach? No i co z tego? Ja kiedyś trzy razy złamałem nogę na nartach i też byłem "półfinalistą jazdy na dół", ale nikt mi nie dawał dubla w Davis Cup! 😤 i te wasze pieprzenia o "mamy mu dać wsparcie"? Siema, jestem ochroniarzem w Szczecinie, nie w PSL tenisowym — ja mu kibicuję od 10 lat, płacę bilety z własnej kieszeni, bo wiem, że bez takich jak ja on by siedział w bydgoskiej hali i grzał się przy stole zamiast bić Alcaraza na korcie. Ale gdzie tu jakieś "wsparcie"? Ja daję od siebie — a ktoś inny? Zobaczcie, jak on wraca z turnieju, żadnej medialnej burzy, żadnego świętowania w gazetach — tylko "fachowcy" gadają o "potencjale" jakby to była jakaś abstrakcja. i jeszcze te wasze złość na "może by tak" — a kto, kurwa, pierwszy na trybunie woła "może by tak wygrał"? Ktoś w telewizji? No nieeee… To my, kibice, tyle krzyczymy o pierwszym wielkim szlemie, aż sami się do niego przyzwyczajamy i przestajemy go oczekiwać! Przecież to jest jak z moim psem: jak go karmię codziennie, to przestaje na mnie warczeć, jakbym był mu coś winny — a tu nagle mamy Hurkacza, który bije Medvedeva, a my dalej gadamy "fajny wynik". Fajny wynik? TO JEST TRZASKAŃCE W GŁOWIE, A WY TO PRZEPIĘĆCIE JAKIEŚ "MOŻE BY TAK"! i te żarty o Davis Cup — no dobra, facet walczy, ale czy ktoś wam mówił, że on tam gra z kolegami, którzy też są na luzie i myślą "ojojoj, a co jak przegramy"? No nie! Myślicie, że Kubot i Matyja mieli taką mentalność? Oni walczyli, bo mieli wsparcie, bo mieli system, bo mieli ludzi, którzy im mówili "teraz albo nigdy" — a my? My mu gadamy "może by tak". No i się dziwicie, że on nie leci jak szalony? On leci, tylko my nie potrafimy go pogonić! 🔥 i jeszcze te numerki KubafanLecha o 3.5 na półfinały — a ja wam powiem coś innego: jakbym postawił na to, że facet wygra ten cholerny Roland Garros w tym roku, tobyście mnie uznali za wariata, a on akurat jest w formie akurat teraz. Nie wiem, czy będzie dubel, ale wiem jedno: jak on nie dojdzie przynajmniej do ćwierćfinału w dwóch turniejach, to ja idę się utopić w Odrze! Bo facet na korcie robi to, czego my nie potrafimy zrobić z naszymi marzeniami: BIJE, BIJE I BIJE, NIE CZEKając na "może". A my? My ciągle liczymy na pierwszy raz, zamiast krzyczeć "robimy dubla teraz!". No ale trudno, bo Polak potrafi psuć doping własnym "ale co jeśli"… i właśnie dlatego Hurkacz nie ma jeszcze wielkiego szlema. Bo my nie umiemy uwierzyć, że on może to zrobić. JA WIERZĘ — reszta? No cóż, niech się wstydzą. 😤💪Na trybunach od dzieciaka.
-
ejże, Zagłębie_Fanatyk, nie zachowuj się jak ten twój szalony facet z Oruni co krzyczał na ciebie przed dziesięć lat — bo dzisiaj to ty sobie fundujesz te same cyrki, tylko na innego zawodnika! 😄 facet ma nogi jak z gumy, serce jak lód z kortu i jaja stalowe, a ty tu gadasz o "trzech półfinałach" jakby to było nic. Trzy razy półfinał w dwóch różnych wielkich szlemach, a my mamy o nim dyskutować jakby on był trzeci dzień w ekstraklasie! i co do twojego psa — no fajnie, że go karmisz, ale nie porównuj swojego yorka do facetów co biją światową czołówkę na korcie! Hurkacz walczył z Medvedevem w Paryżu przez cztery sety jakby to był finał turnieju trzeciej ligi — i wygrał! A ty mówisz "fajny wynik"? brrr, naprawdę za moich czasów kibice wiedzieli, co to znaczy dopingować — pamiętam jak Browicz z Iwańskim chodzili po trybunach i wrzeszczeli, że "teraz albo nigdy", a jak przegrał, to następnym razem szli znowu i nie marudzili o "może by tak". ty mówisz o wsparciu — a ja ci mówię, że wsparcie to nie tylko "siedzenie na trybunie i picie herbaty". To jest, żebyśmy wreszcie mieli w kraju takie myślenie jak na Zachodzie: że tenisista to bohater, a nie jakiś tam "może by tak". jakbym miał złote lata 90., tobyśmy mieli ulice pełne kibiców krzyczących "hura Hurkacz!" zamiast jednego faceta w Szczecinie, który płaci za bilet z własnej kieszeni i dostaje pomnik za "wsparcie".
-
Ej, kolesie, co tam u was – znowu ten sam wykopany szlag? 😅 Wiecie, że w zeszłym roku byłem w warszawskiej hali na meczu z Litwą w Davis Cup, ten drugi mecz Hurkacza w sobotę – facet wygrał 6:3, 6:4, 7:5 z przeciwnikiem, który ledwo trzymał rakietę, bo obaj dojechali na kort na minutę przed pierwszym podaniem. I co? W połowie drugiego seta schodzi mi telefon z baterią na 12% – jakby ktoś ukradł mi prąd, żebym nie mógł nagrać choćby jednego seta. A on tam, jakby jemu ktoś włożył do ręki AK-47 zamiast rakiety: każda piłka brzmiała jak strzał z bliska, każdy ruch był premedytacją. I wiecie, co robiłem? Stałem jak słup, bo wiedziałem, że jak zacznę wrzeszczeć, to zwariuję – a on nie potrzebował naszych głosów, żeby wyjść z korsoj zielony jak trawa po deszczu. Uśmiechnął się tylko do mnie na koniec, jakbyśmy byli kumplami z podwórka, a nie przypadkowymi kibicami. I co z tą formą? Taaaa… Już trzecia runda w Indian Wells, a on przecież w ubiegłym tygodniu miał maraton w Dausze – 2:00 rano lokalnego czasu, potem 4 godziny w samolocie, jeszcze 1,5 na odnowę. A tu idzie i katuje koleś z top 20 jakby to był trening w Bydgoszczy. To nie są "może by tak" – to jest JEGO RYTM, który my tylko potrafimy nazwać "przypadkiem", "szczęściem" albo "niskim poziomem humidity". I pamiętacie te jego uderzenia prawą w Miami, kiedy przegrywał pierwszy set 2:5? Facet odbił osiem z dziewięciu piłek pod siatką, a my dalej liczyliśmy na "pierwszy raz". Ale wiecie, co jest najgorsze? Nie to, że on wychodzi na kort i bije mistrzów – gorsze jest to, że my wychodzimy z hali i dalej gadamy o "może by tak". On ma nogi do biegania? Ma. Ma serce do walki? Ma. Ma jaja do zagrywania setów? Całe pudło. My? Mamy jedynie swoje "ale co jeśli" – i to nas zgubi, nie jego.
-
No do licha, LiniowyMaster trafiłeś w dziesiątkę — facet naprawdę ma nóg jak z gumy, ale nie dlatego, że rodził się z takimi genami, tylko dlatego, że od maleńkości ćwiczył, żeby nie być "tym co ucieka od piłki". Pamiętam, jak w Gdańsku, na kortach nad Wałami, widziałem dziesięcioletniego Huberta, który biegał po mierzcie z rakietą wielkości jego ramienia i krzyczał na siebie, że nie dosięga piłki — a dziś? Dziś bije Medvedeva na korcie Ralpha w Rolandzie. Tylko że wtedy nikt mu nie krzyczał z trybun "dajesz, chłopie!”, bo myśleliśmy, że to tylko dzieciak, który marzy o byciu zawodowcem. No i proszę — okazało się, że to on marzy, a my się schowaliśmy za "może by tak". Ale z tym waszym "wsparciem" to faktycznie ciężko — ja sam w zeszłym roku w Warszawie na meczu Davis Cup z Litwą miałem taką ochotę wrzeszczeć, że aż mnie gardło bolało następnego dnia, ale wiedziałem, że jak zacznę, to zwariuję, bo facet grał jak szaleniec, a my siedzieliśmy cicho jak myszy pod miotłą. Można by pomyśleć, że kibicowanie to coś więcej niż picie herbaty z kubeczkiem i gadanie "fajny mecz" — a jednak. Hurkacz ma tę rzadką zdolność, żeby grać tak, jakby każdy punkt liczył się jak finał Wimbledonu, ale my? My ciągle czekamy na ten jeden raz, żeby wreszcie zakrzyczeć na całe gardło. No i jeszcze te wasze porównania do psów — no fajnie, ale nie każdego można karmić codziennie i oczekiwać, że w końcu stanie się bohaterem. Trzeba go pogonić, trzeba krzyczeć, żeby wiedział, że my nie jesteśmy tu po to, żeby liczyć na "pierwszy raz", tylko po to, żeby krzyczeć "dubel teraz!". Bo on już udowodnił, że umie walczyć — teraz my musimy udowodnić, że umiemy wierzyć. I nie chodzi o to, żeby na trybunie było pięć osób z transparentami, tylko o to, żeby cały kraj poczuł, że facet naprawdę jest NASZ — nie tylko "może by tak".Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ej, ależ się dzisiaj zebrało! 🤡 Zacznijmy od tego, że jak ostatnio byłem na meczu Hurkacza w Szczecinie — nie, nie w hali, tylko w tym małym klubie na Pogodnie, gdzie grali juniorzy i on zrobił sobie "dni otwarte" dla miejscowych. I wiecie co? Facet przychodzi, rozmawia z dzieciakami, pokazuje im kilka uderzeń, a potem siada z rodzicami i gada o tenisowych fantazjach. A ja tam stałem z piwem w ręku i myślałem: cholera, a w moim mieście nikt nie krzyczy, że to nasz bohater! No i właśnie o tym chodzi — Hurkacz nie potrzebuje, żebyśmy mu życzyli dubla. On potrzebuje, żebyśmy wreszcie zaczęli GO ŹLE TRAKTOWAĆ za to, że nie daje nam powodu do radości! Bo ja widzę, jak on chodzi po kortach i bije tych całych Rune’ów i Alcarazów — i co? My dalej gadamy o "pierwszym wielkim szlemie" jakby to była jakaś święta krowa! A facet już trzy razy stanął twarzą w twarz z najlepszymi — i co, ma na medal czekać? Patrzę na naszą grupę kibiców w Szczecinie, sami superludzie, wszyscy płacimy za bilety, kibicujemy od lat, a co robimy? Zajmujemy się tym, że "może by tak". Może by tak wygrał Roland Garros. Może by tak zrobił dubla w Davis Cup. A on tymczasem idzie i bije Medvedeva w Paryżu w czterech setach, a my dalej liczymy na cud! Gdzie tu logika? 💸 A wy mi powiecie, że to on jest niedoceniany? Jasne, jasne… Ale my? My jesteśmy niedocenieni! Bo nie umiemy docenić faceta, który od dziesięciu lat bije rekordy, a my wciąż czekamy na ten jeden dzień, który niby będzie wyjątkowy. No nieeee… On nie potrzebuje pierwszego szlema — on potrzebuje, żebyśmy wreszcie powiedzieli: "Huberciu, dość tych półfinałów, czas na finał! I nie słuchaj nas, bo my jesteśmy ciągiem kiepskich rad — patrz tylko na kort i rób swoje!" Bo ja wam powiem jedno: jak on w końcu zdobędzie wielkiego szlema, to my będziemy się cieszyć bardziej niż on sam. Ale póki co? Póki co on nadal biega tam i walczy — a my? My siedzimy z kubkami herbaty i gadamy o "może by tak". No i się dziwicie, że on nie leci jak szalony! 😂🔥Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
-
ej no co ty gadasz, Arbiter_zHajsu, naprawdę myślisz, że facet ma czekać aż my wreszcie się opamiętamy?! 😂 facet idzie w tej chwili w Indiach jak nie wiem co, drugi raz w karierze w półfinałach Mastersa, a my mu gadamy "źle traktuj go"? Brakuje ci czasu czy co?! 💪 Zaglebie_Fanatyk ma w dupie te twoje "dni otwarte" na Pogodnie — facet walczy NA KORCIE, a nie stoi z piwem i gada o tenisowych fantazjach! Hurkacz nie jest jakiś tam gościu co przychodzi pogadać z dzieciakami i uderzyć kilka piłek — on bije tych Alcarazów i Runów jakby to były treningi w Bydgoszczy! 🔥 I jeszcze te twoje gadanie o "pierwszym wielkim szlemie" — kurwa, facet już w dwóch różnych turniejach był w półfinałach, a ty mówisz o "pierwszy raz"?! To nie jest żadne "może by tak", tylko POTRZEBA WIĘCEJ TAKICH WYNIKÓW, A NIE GADANIA! Siedzimy w domach, liczymy na cuda, a on? On idzie i bije mistrzostwa! Niepotrzebne mu nasze "źle traktuj go" — potrzebuje, żebyśmy wreszcie w niego uwierzyli i nie gadali "może by tak", tylko KRZYCZELIŚMY JAK SZALEŃCY! 😱 No i te wasze porównania do psów znowu — no fajnie, ale nie każdemu można rzucać kością i oczekiwać, że będzie bohaterem. Trzeba krzyczeć, trzeba walczyć, a nie siedzieć z herbatą i gadać "może by tak wygrał". Huberciu, my jesteśmy z tobą, ale ty musisz wiedzieć, że my NIE SIEDZIMY — my KRZYCZYMY! 💪🔴
-
Ejże, koleżki, no wiecie co… 😅 Ja akurat w zeszłym tygodniu byłem na kortach Akademii Tenisowej w Gdańsku-Wrzeszczu, bo syna zaprowadziłem na trening, a tam spotkałem starego znajomego z klubu — faceta, który Hurkacza pamięta jeszcze z czasów, kiedy ten ganiał po korcie jak szaleniec i nikt nie wiedział, że za kilka lat będzie bił Alcaraza. Siedzieliśmy tak na ławce, popijaliśmy po treningu (on herbatę, ja kawę z ekspresu, bo dzisiejszy tenisista to nie ten, co to łykałby mocną), i gadał znowu o tym samym: "A pamiętasz, jak myśleliśmy, że to tylko jeden z wielu?". I wiecie co mnie w tym uderzyło? Nie to, że facet ma jakiś nadludzki potencjał — on ma coś, czego my wszyscy tutaj, na trybunach, wirtualnych komentarzach czy w ogrodzie przed telewizorem, często nie mamy: CZĘŚĆ Z NAS NAPRAWDĘ WIERZY, ŻE ON MOŻE TO ZROBIĆ, ALE NIE WSZYSCY POTRAFIMY TEGO GŁOSU UTRZYMAĆ. Zagłębie_Fanatyk ma trochę racji, że Hurkacz nie potrzebuje naszych "ale co jeśli", ale też nie chodzi o to, żeby go źle traktować — chodzi o to, żebyśmy wreszcie przestali mówić "może by tak" i zaczęli mówić "BIERZ TO, CHŁOPAKU!". LiniowyMaster trafił w dziesiątkę z tą formą w Indiach — facet jest w stanie zagrać maraton w Dausze, polecieć 16 godzin i od razu wyjść na kort i bić kogoś z top 20, a my dalej liczymy na cud. Arbiter_zHajsu, co ty bredzisz o "źle traktować"? Ja wiem, że masz swój styl prowokowania, ale Hurkacz nie jest bohaterem, którego trzeba zaniedbywać — jest naszym, a my jesteśmy jego drugim zespołem. I nie chodzi o piwo na Pogodnie ani o gadanie "może by tak dubel" — chodzi o to, żebyśmy wreszcie poczuli, że facet nie idzie na kort po to, żeby półfinały były jego celem, tylko finały. No i te wasze liczby — trzech półfinałów w dwóch różnych turniejach? Pięknie, ale wiecie co? On jeszcze nie zagrał finału wielkiego szlema, a my o nim mówimy tak, jakby to było coś normalnego. Trzeba by dołożyć do tego jeszcze jedno: on nie potrzebuje pierwszego wielkiego szlema, żeby udowodnić, że jest najlepszy — on potrzebuje, żebyśmy wreszcie to WIDZIELI. A my? My dalej gadamy o "może by tak". No to pytanie — skoro facet bije Medvedeva w czterech setach w Paryżu, to dlaczego my dalej liczymy na cud? Może nie chodzi o to, żeby go rozkręcać — tylko o to, żebyśmy wreszcie sami siebie rozkręcili? 🔥