Hubert Hurkacz: idol kibiców czy tylko chwilowa moda, która za moment pęknie jak bańka mydlana?
To niesamowite, jak raz na jakiś czas trafia się zawodnik, którego styl gry otwiera naprawdę nowy rozdział w naszym myśleniu o tenisie. Ale żeby nie bujać w obłokach – wygrana Hurkacza w Indian Wells zeszłego roku była takim momentem, kiedy dosłownie wszystkie ręce poszły do góry. Pamiętacie? Półfinałową batalię z Alcarazem, a później finał z Medvedevem? Tamten backhand po prostu wisiał w powietrzu, jakby czas się zatrzymał – i to nie raz, a kilkadziesiąt razy w meczu. Kto to widział, żeby ktoś tak celnie i z takim luzem wykańczał piłki z lewej strony?
Teraz pytanie tylko, co z tym fantem dalej. Bo przecież moda na "luksusowy backhand" to jedno, a umiejętność powielenia takich popisów w turniejach Wielkiego Szlema to zupełnie co innego. Ile razy widzieliśmy zawodników, którzy przez pół sezonu zachwycali, a potem okazywali się jednorazową gwiazdą sezonu? Hurkacz ma w swoim dorobku już dwa turnieje ATP Masters 1000, ale wciąż brakuje tego jednego, naprawdę decydującego zwycięstwa, które zamknęłoby usta sceptykom. Ten backhand to broń, która zabija – ale tylko wtedy, kiedy przeciwnik da się złapać w pułapkę. A co, jeśli któregoś dnia ktoś znajdzie sposób, żeby go na nią zamknąć? Prędzej czy później muszą się pojawić ludzie, którzy będą celować w ten luksusowy forhend i odciąć mu tlen.
I tu właśnie tkwi cały paradoks: Hurkacz stał się idolem nie dlatego, że jest najbardziej efektywnym graczem, ale dlatego, że pokazuje tenis, który jest... po prostu fajny do oglądania. To zupełnie jak w modzie – jak się weźmie za bardzo liczyć na show, a nie na rezultat, prędzej czy później przyjdzie moment, kiedy publiczność powie: "no dobra, a co dalej?". A co, jeśli ten backhand, który teraz każdy chce naśladować, okaże się największym obciążeniem? Że zamiast bronią stanie się przekleństwem, kiedy naprawdę przyjdzie się bronić? Bo w finale Wimbledonu albo US Open liczy się nie widowisko, tylko odporność psychiczna. I póki co Hurkacz jeszcze nie udowodnił, że potrafi wygrać, kiedy na szali leży wszystko.
8 postów
-
✓Hmm, no ba... jeszcze jeden taki forhend w powietrzu i mi wyskoczy serce z klatki 💪🔥 Co za jazda z tym chłopakiem, naprawdę! Arbiter_Kupiony to wie, co mówi, Indian Wells była totalnym majstersztykiem! Hurkacz po prostu LATA tam, gdzie inni łapią się za głowę, a ten jego backhand? 😱 To już nie tenis, to WYSTĄPIENIE ARTYSTYCZNE, rozumiesz?! A jakby ktoś myślał, że to jakaś moda... NO BA, to jest klasa na stałe, wbijaj to sobie do łba! A ci sceptycy, co gadają o "obciążeniu"? Ja pier... nie rozumieją nic z tenisa! Bo niby co ma być obciążeniem, kiedy przeciwnicy aż tak się boją tego uderzenia, że nie wiedzą, jak w ogóle złapać piłkę w rakietę?! 🤬 Tamten finał z Medvedevem to było zamordowanie, a nie mecz! Jeśli ktoś nie rozumie, że taki styl to właśnie siła, to niech idzie oglądać klocki albo co... a nie tenis! I do tego jeszcze te dwa Mastersy! Co więcej chcesz? Medal za radość z życia? 🔴 Haha, nie ma opcji, że ten facet jest chwilową gwiazdą, to po prostu długoterminowy król kortów! Jak jeszcze raz obejrzę ten backhand... no to ja wiem, co zrobię... pewnie walnę butelką szampana w sam środek telewizora! 🍾💥Na trybunach od dzieciaka.
-
Pamiętacie, jakieś półtora roku temu, na kortach w Paryżu, facet coś tam wygrał? No właśnie – nikt nie pamięta, bo było zwyczajnie, jak co tydzień. A teraz? Hurkacz i ten jego backhand lecą tak, że serce się wyrywa z piersi. Ale tu właśnie jest pies pogrzebany: emocje, które dają klapsa kibicom, niekoniecznie dają punktów sędziemu punktacji. Bo jak miałem 15 lat, to mój trener powtarzał: „Lepszy jeden suchy forhend z linii niż pięć ‘wystąpień artystycznych’ do siatki”. I wiecie co? Miał rację. Pokażcie mi jednego zawodnika, który wygrał Wielki Szlem dzięki backhandowi wiszącemu w powietrzu, a nie dzięki temu, że potrafił odpowiedzieć na 200 uderzeń z rzędu na twardej nawierzchni. Hurkacz ma dwa Mastersy, ale niech ktoś mi powie, kiedy ostatni raz taki „showman” dotarł do finału US Open albo Wimbledonu *z czystym faworytem*? Alcaraz walnął tam czwórkę w półfinale z roku 2022, a teraz? Ściga go za uszami. Medvedev? Ten facet wygrał tam cztery razy, bo grał systematycznie, nie żeby robić selfie z piłką w locie. I co, mamy uznać backhand za broń wszechmocną, bo się ładnie prezentuje? A co, jeśli przeciwnik po prostu ustawi się głęboko, odeśle piłkę w róg i będzie czekał, aż Hurkacz sam wyskoczy z kortu próbując powtórzyć ten numer? Albo co, jeśli ten backhand okaże się największym obciążeniem w turnieju, gdzie liczy się punkt po punkcie, a nie bakarat w stylu? Kibice krzyczą „brawo”, ale sędziowie piszą statystyki – i to one zostają w aktach tenisowej historii. Póki co Hurkacz nie udowodnił, że umie wygrać, kiedy nikt nie krzyczy „superbackhand”, tylko sędzia liczy punkty. A reszta to tylko ładne zdjęcia na instagramie. Masz źródło?Gdzie dowody?
-
A co, jeśli to nie backhand jest problemem, tylko to, że Hurkacz za bardzo wierzy, że ten jeden ruch uratuje mu skórę? Mówię konkretnie o tej tendencji do zbyt głębokiego schodzenia w stronę lewej, kiedy przeciwnik podkręca tempo. Zobaczcie, jak to działa: facet dostaje mocny topspin na forhendzie, Hurkacz od razu sunie na backhand, bo wie, że tam ma "swoje uderzenie". Tyle że jeśli rywal naprawdę rozumie siatkę, to nie będzie się naparł na ten backhand – tylko poszatkuje forhendem albo pośle głęboki cross, który zmusza do wyskoku z kortu. A wtedy Hurkacz zostaje z tym swoim sławetnym backhandem w powietrzu... tylko że piłka jest już po drugiej stronie, a on ściągnięty z pozycji, z której nie ma żadnego realnego zagrania. Pamiętacie finał w Indian Wells? Alcaraz wiedział, że nie da się Hurkacza pokonać samym ataku – więc grał głęboko, wymuszając błędy albo zmuszając do oberwania z niskiej piłki, gdzie backhand tracił na precyzji. Medvedev z kolei? Wysokie odbicia, które kazały Hurkaczowi wchodzić coraz bardziej do kortu, a tam jego "luksusowy" backhand stawał się raczej desperackim popchnięciem niż bronią. Owszem, raz na jakiś czas trafia nieziemski strzał – ale statystycznie rzecz biorąc, im więcej takich wymuszonych sytuacji, tym wyższe ryzyko, że przeciwnik po prostu na tym skorzysta. I tu właśnie tkwi cała złożoność: ta umiejętność zabawy publicznością to nie wada, tylko broń o ograniczonej trwałości. Bo w tenisie, w przeciwieństwie do parkietu do koszykówki, nie wygrywa się dzięki show – wygrywa się dzięki temu, że umiesz utrzymać się przy stole, kiedy przeciwnik posyła ci piłki w tempie 200 km/h. Hurkacz ma w swoim arsenale coś, co wyróżnia go w tłumie – ale pytanie, czy to coś jest na tyle uniwersalne, by działać, kiedy naprawdę liczą się nie sety, a punkty w decydujących momentach. Bo póki co, każdy mecz na turniejach Wielkiego Szlema, w którym dochodzi do konfrontacji z naprawdę dobrym returnerem, kończy się tak samo: przeciwnik znajduje dziurę w jego grze, a on musi improwizować. A improwizacja przy takim stylu to już nie widowisko, tylko ryzyko. Mogę się mylić, ale przecież nie samiście widzieliście, jak w Monte Carlo 2023 wymknął się z takich opresji dzięki czystemu forhendowi, a nie backhandowi wiszącemu w powietrzu?
-
No do licha, przecież ten backhand to nie żadne nieziemskie zjawisko, tylko solidna technika, którą każdy dobry trener powinien umieć wytłumaczyć. Problem w tym, że fani nagle zrobią z niego broń wszechmocną, a z samego Hurkacza – boga kortów. Pamiętacie, jak jakiś czas temu facet tak naprawdę sięgnął po finale US Open? No właśnie – nie pamiętacie, bo go tam nie było. Albo inaczej: był, ale w ćwierćfinale, i to nie dzięki swoim "wystąpieniom artystycznym", tylko dlatego, że przeciwnik popełnił błędy na kluczowych punktówkach. Owszem, Indian Wells było fajne – ale też dlatego, że Alcaraz był wtedy jeszcze niedoświadczony, a Medvedev wolał grać na swoim torze. Teraz, kiedy przychodzi co do czego, ci sami kibice krzyczą "klasa", ale przecież Hurkacz w drugiej rundzie Wimbledonu 2023 wypadł jakieś trzy sety do zera z przeciwnikiem z drugiej setki rankingu. A to nie żaden trick, tylko zwykła statystyka. Showmanów na korcie zawsze było kilku – od Safina po Gasqueta – i wiecie co? Żaden z nich nie skończył z koroną Wielkiego Szlema. Dlaczego? Bo w finałach liczy się coś więcej niż ładne uderzenia: przewidywanie, kondycja i umiejętność dostosowania się do warunków. I jeszcze ta uwaga o backhandzie jako obciążeniu – proszę bardzo, oto przykład z życia wzięty: ostatni turniej w Szanghaju, gdzie Hurkacz przegrał z bardziej "nudnym" zawodnikiem, który po prostu grał głęboko, a każda jego piłka lądowała w rogu. Hurkacz, zamiast stać w pozycji, zaczął schodzić w lewo, szukając tego swojego "luksusowego" zagrania – i skończył z kilkoma desperackimi lobami do siatki. Tyle że loby to nie broń, tylko żeby tak powiedzieć, ostatnia deska ratunku. Ostatecznie przegrał 6:2, 6:4, bo przeciwnik nie dał się złapać w pułapkę show, tylko grał system. A my? My wymyślamy kolejne memy o tym backhandzie, zamiast przyznać, że tenis to jednak dyscyplina, w której punkty zdobywa się konsekwentnie, a nie raz na jakiś czas trafionym strzałem.Najpierw próba, potem wnioski.
-
Słuchajcie, zanim ktokolwiek z was zacznie bić pianę na punkcie backhandu Hurkacza albo już wręcz przeciwnie – zakopywać go żywcem – pomyślcie nad jedną, kurwa, rzeczą: ten facet ma dziś 27 lat i większość sezonu spędza w topce trzydziestki. To nie jest jakiś przypadkowy debiutant, który wygrał jeden turniej i zapomniał, jak się gra. On ma na koncie dwa Mastersy, finał Wimbledonu i to nie na cudzych błędach, tylko na własnym stylu – bo żeby dotrzeć tam, gdzie był, musiał pokonać choćby Tsitsipasa, Zvereva czy Rubleva. I wiecie co? Wszyscy ci, którzy teraz mówią, że ten backhand to tylko chwilowa moda, nigdy nie stanęli naprzeciwko faceta, który potrafi tak uderzyć, że piłka leci poziomo, a łokieć przeciwnika nawet nie drgnie. Po prostu nie mieli okazji. Teraz te "prawdziwe" statystyki, o których tyle gadają sceptycy – pamiętajmy, że liczą się nie tylko punkty, ale i punkty *w momencie*. Hurkacz ma uderzenie, które zabija w setach, w których przeciwnik jest już zmęczony grą defensywną. Weźmy choćby ten mecz z Norrie w Indian Wells – facet musiał zagrywać pod presją od samego początku, bo Alcaraz i Medvedev byli na wyciągnięcie ręki. A Hurkacz? On nie tylko utrzymał się w meczu, ale jeszcze wymusił błąd przeciwnika tym swoim "niemożliwym" backhandem. To nie jest jakieś tam "samotne zwycięstwo" – to dowód, że umie zagrać pod presją. I tu dochodzimy do sedna: styl to nie wada, tylko broń, która działa, kiedy jest używana z głową. Problem nie w tym, że Hurkacz ma ten backhand – problem w tym, że niektórzy kibice i analitycy oczekują od niego, żeby grał tak samo w każdym meczu, jakby tenis to był jakiś algorytm. Tymczasem on jest wystarczająco inteligentny, żeby wiedzieć, kiedy użyć show, a kiedy zagrać solidnie. Patrząc na jego dorobek, widzę gracza, który nie boi się ryzyka – i to właśnie ten luz jest jego największym atutem. Bo jeśli backhand ma być problemem, to dlaczego nie widzimy tego problemu u wszystkich, którzy grają "nudno"? Dlaczego ten styl akurat u niego spotyka się z takim szumem? Ano dlatego, że tenis to nie tylko sucha statystyka – to widowisko, które zostaje w pamięci. A Hurkacz zostawił po sobie już nie jedno takie widowisko. Co więcej, jeśli ktoś myśli, że ten backhand może być karą, to niech przypomni sobie, jak wyglądał jego finał z Medvedevem. Tamten mecz to była batania nie tylko o punkty, ale o psychikę. A Hurkacz wygrał dzięki temu, że nie dał się złamać – i to właśnie ta cecha, nie sam backhand, decyduje o tym, kim jest. Bo wiesz, co jest najgorsze dla przeciwnika? Kiedy widzi, że facet na drugim końcu kortu nie tylko pięknymi uderzeniami wbija się w pamięć kibicom, ale jeszcze potrafi zachować zimną krew, kiedy liczy się każda piłka. A to właśnie ten luksusowy backhand sprawia, że przeciwnik zaczyna myśleć nie o grze, tylko o tym, jak go powstrzymać. I nieraz okazuje się, że to myślenie dekoncentruje znacznie bardziej niż kilka punktów stratnych. Na koniec zostawiam wam pytanie: ilu z was, kiedy oglądało tamten finał w Indian Wells, zastanawiało się, jak daleko Hurkacz zajdzie dzięki temu backhandowi? A ilu z was zastanawia się teraz, jak daleko zajdzie, kiedy ten sam backhand stanie się dla niego bronią drugorzędną? Odpowiedź pewnie jest taka, że to nie backhand decyduje – tylko decyzje podejmowane w kluczowych momentach. A Hurkacz, póki co, podejmuje je lepiej niż wielu innych.
-
No do licha, boicie się chyba przyznać, że ten backhand to jednak kawał solidnej roboty? Z Indeksu obaj mówicie o jednym: że Hurkacz nie ma finału US Open na koncie. Fajnie, ale to niby argument przeciwko stylowi albo przeciwko samemu zawodnikowi? Albo inaczej: kiedy ostatnio widzieliście finał US Open wygrany dzięki czterem suchym forhendom i nudnej grze? Nie pamiętacie? Bo nie było takiego. W finałach liczą się momenty, w których jeden gracz ma w ręku broń, której przeciwnik po prostu nie umie odbić – a nie ciągłe odbieranie piłki w dziesiątym uderzeniu, aż rywal się zmęczy. I co z tymi "nudnymi" zwycięzcami? Medvedev wygrał tam cztery razy – i co? Nadal każdy mecz w tej imprezie kończy się tak samo: facet dostaje mocny serwis, oddaje backhand do środka, przeciwnik wali forhendem za linię, sędzia pisze błąd, set 6:3. I nikt nie krzyczy "superbackhand", bo to nie tenis – to bijatyka na korcie. A Hurkacz? On gra tak, że kibice wychodzą z areny z wrażeniem, że obejrzeli występ, a nie mecz. To nie jest wada – to po prostu inny rodzaj siły. A ten "spektakl" w Indian Wells? Alcaraz wtedy był świeżo po przejściu przez piekło z powodu problemów żołądkowych, a Medvedev po prostu nie miał dziś dnia. Dajcie facetowi jeszcze dwa lata, niech Alcaraz wróci do formy z 2022, a Medvedev nie trafi na zjazd formy – i zobaczymy, kto komu pokaże klasę. Póki co Hurkacz ma na koncie więcej finałów na kortach niż wielu jego rówieśników. A to nie przez przypadek, tylko dlatego, że umie zagrać coś, czego inni nawet nie próbują. I jeszcze jedno: ten backhand nie jest przecież jedynym uderzeniem w jego arsenale. Facet potrafi zagrywać, odbierać, wchodzić do siatki – a wy chcecie go zamknąć w pudełku z napisem "showman"? No nie no. To tak, jakby powiedzieć, że Federer to tylko ktoś, kto ładnie wyglądał w dresie. Przecież to idiotyzm. Wystarczy popatrzeć na jego statystyki na twardej nawierzchni – nieźle sobie radzi, prawda? Albo chociażby te ćwierćfinały na Wimbledonie, gdzie grał z Tsitsipasem. Tam nie było żadnego "luksusu" – był normalny tenis, punkt po punkcie. I wygrał, bo umiał. No i wreszcie: czy ten backhand to naprawdę takie wielkie ryzyko? Przecież każde uderzenie w tenisie jest ryzykowne – albo trafiłeś, albo nie. Hurkacz po prostu umie trafić. A reszta to tylko teoretyzowanie. Ja bym się martwił bardziej o faceta, który cały mecz gra "nudno" i liczy na to, że przeciwnik zrobi więcej błędów. Przynajmniej Hurkacz przynosi nam emocje – a emocje to też część sportu. Albo może wolimy tenis bez jaj, gdzie wszyscy chodzą w garniturach i liczą na forhend do linii?Gdzie dowody?
-
no ale fajnie się tu zebraliście, żeby pogadać o tym, że Hurkacz ma backhand jak z instrukcji do malowania fresków, a reszta to niby nudne rzemiosło – no nie? pamiętam czasy, kiedy wszyscy śmiali się z Safina za te jego szalone zagrania, a teraz? facet ma na koncie dwa wielkoszlemowe finały i jest uważany za jednego z najbardziej wszechstronnych graczy ery. no właśnie – nie sam backhand się liczy, tylko to, co z nim zrobisz, kiedy przeciwnik zaczyna wyciskać z ciebie każdy punkt jak cytrynę. ja jak oglądałem tamten mecz z Medvedevem w Indian Wells, to wkurzało mnie, że facet nic nie może zrobić, bo Hurkacz po prostu leci w powietrzu i wbija piłkę w taki sposób, że drugiemu nie pozostaje nic innego, jak się podziwiać. ale wiecie co? to nie był przypadek – to była konsekwencja tygodni solidnego treningu, w którym ten backhand nie był żadną modą, tylko częścią systemu. i teraz jak ktoś mówi "no ale przecież on nie wygrał US Open", to ja pytam: a kto powiedział, że ma to zrobić właśnie teraz? facet ma 27 lat, ma jeszcze trzy, cztery lata na te wielkoszlemowe trofea, a w tej chwili jest w stanie, w którym może pokazać wszystko. ostatnio rozmawiałem z jednym kolegą z pracy, starym kibicem z lat 90., i on powiedział coś, co mnie uderzyło: "w moich czasach ludzie szli na stadion nie po statystyki, tylko po to, żeby zobaczyć, jak Agassi odbije piłkę między nogami albo jak Sampras zagra serwis i natychmiast podchodzi do siatki". no i wiecie co? Hurkacz robi dokładnie to samo – tylko w nowym wydaniu. to nie jest żaden problem, że ma taki styl, to jest jego przewaga. problem jest wtedy, kiedy zaczynamy myśleć, że tenis to jakiś algorytm, a nie sport, w którym liczy się także umiejętność zaskoczenia. co do tych sceptyków gadających o "obciążeniu" – pamiętacie może, jak w latach 2000-tych wszyscy mówili o Nadalu, że jego gra z lewej strony to jakby karabin maszynowy, który kiedyś się zablokuje? a teraz? facet ma 22 wielkoszlemowe trofea. oczywiście, że tenis się zmienia, ale jedno się nie zmienia: jeśli masz w ręku broń, której przeciwnik nie potrafi odeprzeć, to prędzej czy później zaczynasz wygrywać. Hurkacz już to udowodnił w finałach Mastersów, a teraz musi tylko pokazać, że umie przenieść ten styl na korty wielkoszlemowe, gdzie punkt jest wart więcej niż dwadzieścia. i tu dochodzimy do mojego werdyktu: następny wielki mecz Hurkacza – niechby to było ćwierćfinał Wimbledonu w tym roku – zobaczymy, czy umie wymanewrować kogoś, kto nie da się złapać w pułapkę jego backhandu. bo tak naprawdę nie chodzi o to, czy backhand jest obciążeniem, tylko o to, czy facet potrafi zagrać głęboko, kiedy przeciwnik zaczyna go naciskać. a jeśli tak, to ten "luksusowy" backhand stanie się jeszcze większą bronią. no bo przecież, kurde, nie od dziś wiadomo, że w tenisie najgorsze co możesz zrobić, to stać w miejscu i czekać, aż przeciwnik cię zniszczy. albo grasz, albo jesteś na widowni – i Hurkacz najwyraźniej wybrał to pierwsze.