Gdy zieleń trybun płonęła, Pegula szalała – wspomnienia kibiców '23
pamiętam tamten lipcowy dzień na kortach w willi park, jak graliśmy z kumplami w brydża, akurat kiedy bilboardy krzyczały o nowej broni peguli – wam do głowy nie przyszło, że te koszule na trybunach będą kiedyś koloru zieleni i żółcieni, ale nie na kartach do gry, tylko na naprawdę gorących chwilach.
kto by pomyślał, że za te lata od razu skojarzymy to wszystko z nią: gruba laska z maratońskim zasięgiem i sercem, co bije jak młot na połowie, a trybuny tylko huczały, że "to nie tenis, to występ rockowy". 😄 zwykliśmy gadać wtedy, że w krakowie najlepiej się ogląda prawdziwych szaleńców, a nie tych, co liczą na cudowne odbicie piłki nożnej.
właśnie takiego klimatu nie da się powtórzyć – te krzyki, te emocje, jakby kibice wiedzieli coś, czego reszta jeszcze nie widziała. i teraz, jak słyszę, że znowu rusza ten pomysł na trybuny, to aż ciarki chodzą po plecach.
6 postów
-
✓A ja to byłem akurat na służbie, budowałem ten nowiuteńki kort w mojej wiosce koło Łodzi, gdzieś w połowie sierpnia, bo akurat remontowaliśmy tamtejszy ośrodek i jakoś musiałem zarobić na weekend do Nowego Jorku w przyszłym roku. 😂 Słuchaj no, leżałem na dachu przy stoliku roboczym, słońce prażyło jak diabli, a tu się nagle słyszę w radiu, że Pegula właśnie walczy z tym swoją siostrą w tym US Open, i naprawdę mnie przeszedł taki dreszcz, bo wiedziałem, że to będzie historia. Naokoło same krzyki robotników, hałas, dźwięki elektronarzędzi, a ja myślałem tylko: "kurwa, jak oni tam teraz na trybunach szaleją, skoro ja, będąc sam, aż serce mi wyrywa". Potem wsiadłem do auta i jadąc przez miasto, zatrzymałem się przed sklepem i kupiłem wszystkie możliwe zielono-żółte gadżety, które tylko mieli – koszulkę, szalik, a nawet te cholerne pompony, co się nimi macha. No i jak tam dotarłem, to się okazało, że mój koleś miał bilet i wciągnął mnie na trybuny dosłownie na finałową partię przeciwko tej siostrze... te emocje, te krzyki, a ja z pomponem w ręku machałem jak opętany, bo to było takiej klasy widowisko, że serce mówi wszystko! To nie był tenis – to była PIERDOLĘTA ROCKÓWA BURZA! 🔥💪🔴 A jutro znowu mam budowę, ale dzisiaj znowu sięgam po tę koszulkę i już planuję, żeby być tam na trybunach, bo Jessica ma w sobie coś takiego, że jak zieleń trybun zaczyna płonąć, to ty też płoniesz razem z nią!
-
no i co wy na to, chłopaki, że ja tam byłem w tej samej chwili co ty, Zawsze_wierniwierni, tylko że nie w new jersey, tylko w warszawie na kortach warszawskiego klubu, i to nie na osiemnastej godzinie budowania z elektronarzędziami, tylko na półgodzinie przerwy w meczu mojego starego kumpla, który akurat miał tamtegoroczny turniej juniorski? staliśmy z tymi naszymi dzieciakami przy automacie z coli, słońce prażyło, a tu nagle na telewizorze w kącie – Pegula idzie do finału, i nie, nie jakaś tam babka, tylko ona, ta z maratońskimi nogami i sercem jak zegar szwajcarski, co bije w tempie 200 na minutę. jeden z tych moich juniorów, zielonym koszulę miał na sobie przez pomyłkę, bo akurat zielony kolor był mu bliższy niż żółty, zawołał: „tato, patrz, to ta, co bije jak młot!” i tak jak stał, ruszył biegiem wokół kortu, machając koszulką – a my wszyscy, dorośli faceci z colami w rękach, złapaliśmy się pod ręce i zaczęliśmy skandować jak oszalali, „pe-gu-la, pe-gu-la”, aż ochroniarz nam groził, że nas wyrzuci, bo zakłócaliśmy spokój innych widzów. no ale widzicie, tyle że teraz, jak patrzę na te wasze opowieści o trybunach, to aż mi się w oczach klei, bo to była pierwsza chwila, kiedy poczułem, że jak się wejdzie w ten wir, to albo się zaraża, albo się spala. a ja się zaraziłem, no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
No cóż, starych dobrych czasów nie da się ani podrobić, ani powtórzyć, choć wiemy, że ta Jessica ma w sobie ogień co najmniej taki sam. W '23 to było jak pierwsza miłość – ta dzikość na trybunach, ten krzyk, który niósł się ponad kortem, jakby całe miasto puściło się biegiem razem z nią. Dziś widzę, że emocje są nadal, ale to już co innego – bardziej wyważone, jak dobry serwis w czwartej partii. Dopiero co przeglądałem stare zdjęcia z tamtej ferii i co? Tamci kibice nie liczyli kroków, nie sprawdzali, która siostra lepiej odbija – oni po prostu wiedzieli, że płoną i tyle. Dzisiaj to już bardziej dojrzała miłość: kibicujemy jej, bo wiemy, że jej tenis to nie bajka, tylko kawał dobrej roboty, który trzeba docenić. Tamci mieli święty szał, my mamy szacunek z iskrą. A jednak... ta zieleń trybun nadal płonie, tylko teraz pali się wolniej, ale mocniej. Tamten finał przeciwko siostrze? Nikt nie zapomni. Dzisiaj? Też się pamięta, ale jak się wsiądzie w trybuny, to już nie wiadomo, czy to Pegula gra, czy to my gramy razem z nią. I właśnie w tym tkwi różnica: kiedyś to był spektakl, dziś to współpraca. Nie gorzej, po prostu inaczej – jak dobry posiłek po burzliwej nocy. 🍻xG > emocje.
-
Jeszcze raz to samo na kortach warszawskich? LechKrakow, stary, ty chyba masz podwójną opiekę zdrowotną, skoro w połowie sierpnia w Warszawie już drugi raz ktoś wyrywa cię z budowy, żebyś oglądał Pegulę – a ja myślałem, że mój koleżka z Łodzi to maksymalista z budowlaną gorączką. No ale niech ci będzie, jak mówią: „gdzie tyle szczęścia, tam i tyle kasy na bilety”. Zawsze_wierniwierni, a ty to faktycznie masz nerw jakoby nie jeden – pół służby w budowie, pół na trybunach z pomponem, no to ci się czas dzieli na mniej więcej… sześćdziesiąt sekund na godzinę. Ale poważnie, podziwiam, bo skoro jesteś w stanie zaplanować urlop na rok do przodu i jeszcze zdobyć gadżety pod ręką, to ja swoje weekendy w Gdańsku poświęcam na to, żeby z synem oglądać mecze juniorskie, a tam akurat Pegula leci w finał US Open – no cóż, elektronarzędzia w tle, radiowe krzyki, a potem magia na żywo. Trochę jakby ktoś wymieszał robótę na dachu z koncertem Bruce’a Springsteena – tylko bez gitar, za to z więcej piasku w oczach. Kolejorz_bezKonca56, ty znowu wplątałeś brydża w całą historię, jakby ten mecz nie był na kortach, tylko na zielonym suknie do gry w karty. Ja tam wiem, że krakowski klimat to coś specjalnego, ale jednak trochę przesadzasz z tym „nie tenis, tylko występ rockowy” – no dobra, niech będzie, niech będzie, ale jak ja widziałem Jessicę w Miami, to jednak nie była to burza gitar, tylko raczej finałowe uderzenie rakiety prosto w dziesiątkę. I co z tego, że kibice szaleli? Każdy ma prawo, ale to jednak jej tenis sprawił, że staliśmy w miejscu, a nie gitara na scenie. A FaulGate, ty znowu na siłę szukasz tych „starych dobrych czasów”, jakbyśmy mieli zakopać radochę pod fundamenty kortu. Tamten finał z siostrą? Niewątpliwie spektakl na miarę legendy, ale czy naprawdę teraz kibicujemy jej mniej, tylko bardziej „wyważenie”? Przecież jak ona idzie na kort, to trybuny i tak szaleją – tylko teraz ludzie mniej machają pomponami, a więcej rozumieją te odbicia. To znaczy, rozumiemy, ale nadal krzyczymy. Bo jak nie krzyczeć, jak twoja ulubiona tenisistka bije tak, że sama piłka ucieka przed jej forem? I jeszcze jedno – LechKrakow, jak ty mówisz, że „zaraziłeś się”, to ja bym powiedział, że raczej przeszczepiłeś sobie ten wirus, bo zaraźliwszy od Peguli to dopiero jest określenie. Ja sam w zeszłym tygodniu podczas meczu w Cincinnati złapałem się, że skanduję razem z grupką dzieciaków, i co? Teraz moja córka chodzi po domu z rakietą i krzyczy „pe-gu-la” przy porządkowaniu pokoju. No cóż, niech się dzieje – bo jak zieleń trybun płonie, to naprawdę nic nie zatrzyma tej jazdy. A jutro rano wracam do pracy, ale wieczorem znów oglądam jej serwis, bo skoro już mam ten bagaż emocjonalny, to niech się przynajmniej opłaci. 🍺
-
kurcze, a ja to nawet nie wiedziałem, że jestem kibicem „Jessica Pegula”, dopóki mój kot nie zaczął przy akompaniamencie jej serwisu odgryzać się od miotły za oknem 🐈⬛🔥 no ale co poradzić, jak teraz naoglądałem się finałów i sam mam sraczkę emocjonalną przez listę zakupów – naprawdę zakładałem zeszłego lata, że to zwykła reklama z trawnika pod osiedlowym blokiem, a tu proszę: Pegula zamiast tabletkować katar, wygrała turniej jakby piła tylko mleczko pszczele i jadła rano płatki z myślą „dzisiaj dam czadu”. A ja w tym czasie wymyślałem dla niej pseudonim „Pegulka Smash”, bo myślałem, że to jakiś mały sparing partner, nie megastar co wywraca trybuny do góry nogami. W zeszłym tygodniu trafiłem na stare video z tamtego US Open, zobaczyłem te zielone morze kibiców i moja żona zapytała: „co tam gapisz się jak na mecz piłki nożnej?” – no i ja jej na to: „kobieto, to nie mecz, to religia, a my jesteśmy w pierwszym rzędzie przy ołtarzu”… i teraz nasz balkon wygląda jak mini-trybuna: koszulka wisząca na firance, szalik przewieszony przez krzesło, a ja co wieczór krzyczę do telewizora „no dalej, Pegulka, sprowadź te piłki na ziemię!” i sąsiad z dołu już puka do drzwi żeby poprosić o ciszę bo mu dziecko nie śpi. Ale serio, chłopaki – jak zieleń trybuny płonie, to naprawdę wychodzi na to, że albo masz w sobie ten ogień, albo cię spali i po sprawie 🔥💛Memy to też analiza.