Gdy Rybakina rusza do boju, to nie mecz, to święto naszego nieba!
no ale taauaajj ... jak ja sobie przypominam ten lipiec 2022, to aż teraz ciarki chodzą mi po plecach
widziałem ją na antenie wczoraj, trochę poważniejszą od tamtej dziewczyny co rozbijała się na kortach jak dzikie zwierzę, ale ten uśmiech... cholera jasna, naprawdę nie da się zapomnieć
byłem wtedy w knajpie z kumplami, starym telewizorem w rogu, całe pomieszczenie zamarło kiedy padł ten punkt, a ona tam stała z tą swoją kucańską foką w tle i naprawdę czuło się, że dzieje się coś większego niż tenis
pamiętam jak jeden facet z sąsiedniego stolika gadał "to nie tenis, to kazachskie święto narodowe" i miał cholerną rację — ludzie płakali, nie tylko ci co oglądali z kaukaskiej strony, ale i ci co nawet nie wiedzieli gdzie jest Kazachstan
i ta jej reakcja po meczu... ręce w powietrzu, ten wzrok skierowany prosto w niebo, jakby dziękowała komuś na górze za ten jeden moment — no kurde, jak to się robi, że taki uśmiech zapada w pamięć na lata?
teraz jak widzę ją na korcie, to ciągle czuję tamten dreszcz — bo to nie jest już zwykły mecz, to jest nasza mała chwila chwały, którą dzielimy między kibiców, zupełnie tak jakbyśmy razem podbili te szlemowe wzgórza
7 postów
-
✓alej stary, a ja pamiętam ten lipiec w rodzinnej chatce pod Rybnikiem 🔥 telewizor jakiś stary jak babcia, na pilocie taśma klejąca żeby nie wypadał przycisk VOL+ wszyscy sąsiedzi się zebrali bo "ktoś tam gra ważny mecz" — nikt nie wiedział kim jest ta RYBAKA, ale jak zaczęła WYGRAĆ seta, to nagle całe pomieszczenie: "ale waleczna ta dziewucha!" no i oczywiście nasz dziadek wymyślił, że skoro Kazachstan, to musi być taki sam mocny charakter jak u naszego Marka z sąsiedztwa co jeździł ciężarówką do Kazachstanu 😂 ale ten moment kiedy podniosła ręce — cholera, facetki z izby regionalnej nawet zaklaskały, jeden dziadek zaszlochał "o rany, dziecko z takiej dzikiej ziemi, a tyle siły w tym uścisku" — i wtedy zobaczyłem ten uśmiech w mega głośniku, a na twarzy miałem te same ciary co AdamWarszawa, tylko jeszcze bardziej pomarańczowe od piwa teraz jak ją widzę na korcie to ciągle staję na czubkach palców i szepczę "siema, Rybakina, pamiętasz, że razem świętowaliśmy ten kawałek nieba?" 💪🔥Jeden klub, jedno życie ❤️
-
no ale pamiętacie ten finał australian open 2023 w nocy, kiedy stała tam w tym swoim niebieskim stroju i grała z biedną pegulą jakby to było nic? a ja akurat akurat w soczi siedziałem u kumpla na imprezie noworocznej, telewizor w kącie na szafce, wszyscy krzyczeli przy butelkach, a ja tak sobie myślałem "kurde, ależ ta dziewczyna ma nerwy ze stali" pamiętam jak padł ten ostatni punkt i jak ona się przewróciła na ziemię, a potem wstała i zobaczyłem jej twarz — ten sam uśmiech, ale jeszcze szerszy, jakby mówił "widziałeś? właśnie wygrałam coś naprawdę wielkiego" — i wtedy facet obok mnie, który nie znał się kompletnie na tenisie, powiedział "panie, to nie jest uśmiech tenisistki, to uśmiech bogini" i ja mu na to "stary, masz rację, ale tej bogini kibicujemy od kilku lat, więc cieszymy się podwójnie" 😄🔥 no ale zobaczymyPoogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ej, facet, ależ wam te wspomnienia podkręciły adrenalinę... Aż mi się coś ścisnęło w gardle, jak sobie uświadomiłem, że to już chyba pięć lat minęło od tej furii w londyńskim parku. Pamiętam, jak z Adamem wtedy na żywo to oglądaliśmy — ta moja siostra weszła do pokoju, zobaczyła nas obu w szlafrokach o drugiej w nocy z piwami w ręku, krzyknęła „co wy robicie?”, a my tylko „patrz, kurwa, historia się pisze!”. Tamta Rybakina to była prawdziwa bomba emocjonalna: walczyła jak lwica, uśmiechała się jakby ją nic nie mogło ruszyć, a te jej ruchy — zupełnie jakby przyjechała z innej planety, żeby nam wszystkim udowodnić, że marzenia jednak istnieją. Dzisiejsza Jelena... no cóż, nie powiem, żeby mnie rozczarowała, ale też nie robi już tych samych ciary co kiedyś. Nadal jest mocna, pewna siebie, ale coś się zmieniło — jakby straciła trochę z tamtej dzikości. Tamten uśmiech? Nadal jest, ale czasem przykryty tą ciężką koroną odpowiedzialności, wiesz? Jakby każdy następny mecz musiał być lepszy od poprzedniego, a to jednak nie działa w ten sposób. Kibicuję jej nadal, bo to nasza dziewczyna, ale te emocje już nie huczą w sercu tak jak wtedy, gdy wbiegła na londyńskie korty i zatrzęsła całym tenisowym światem. Tamten moment był jedyny w swoim rodzaju. Teraz to już nie święto naszego nieba, tylko solidna, dobrze rozegrana partia — i tyle. Czasem aż się boję, że zapomnimy, jak to było, gdy wszystko wisiało na włosku i naprawdę BÓG z nią był w tym sporcie. Pięć lat temu mieliśmy coś magicznego. Dziś mamy świetną zawodniczkę, ale magii już nie ma tyle, co kiedyś. Szkoda.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
no ale pamiętacie jak wtedy, w tym całym amoku wimbledońskim, ja akurat siedziałem na balkonie z papierosem i zielonym swetrem zarzuconym na ramiona bo lipiec w krakowie bywa chłodny jak diabli? akurat leciała transmisja z meczu na jakimś kanale, który ledwo co złapałem, a tu nagle — rzuty kamery na trybuny i widzę tłumy w niebiesko-żółtych szalach, choćby ten gość obok mnie co machał transparentem "kazachstan rządzi!", a ja myślałem sobie "kurde, ależ ta dziewczyna musiała mieć łeb na karku, żeby taki tłum poderwać do wspólnego świętowania w obcym kraju" i nie chodzi nawet o ten uśmiech, chociaż cholera jasna — on tam był jak latarnia morska wśród sztormu — ale o to, że wtedy naprawdę poczułem, że tenis to nie tylko sport, tylko coś większego. niebo, gwiazdy, te wszystkie historie, które ludzie przekazują sobie przez pokolenia... i akurat w tym jednym meczu wszystko się zebrało w jedno. teraz, jak patrzymy na nią dzisiaj, to oczywiście cieszymy się, że dalej jest na szczycie, ale to już nie to. zawsze mówiłem, że kiedyś ten czar pryśnie — no bo jak inaczej? magia ma to do siebie, że albo się trafia, albo nie, i nie da się jej sztucznie odtworzyć. więc nie smućmy się za bardzo — tamten moment był naszym wspólnym kawałkiem nieba, i niech tak zostanie. następny wielki mecz? oczywiście, że będę oglądał, i pewnie znowu stanę na balkonie z papierosem, ale już bez tej samej iskry. takie jest życie: raz na wozie, raz pod wozem, a raz — jak wtedy — naprawdę na wozie z widokiem na całe niebo.
-
Ejże, kurwa, aleście się tu rozpisali na temat jednego uśmiechu jakby to był cud narodzenia Pańskiego w formule 1! Pamiętam, że akurat w lipcu 2022 leciałem na święty Graala z kumplami z roboty — nie jakimś tam starym telewizorem z taśmą klejącą, tylko z nowiutkim 65-calowym OLEDem, który mój szef dostał jako bonus od firmy. Wszyscy gadali, że „dziewucha robi, co chce” i że Pegula to jutro do garderoby wpakuje, a ja akurat w tym momencie siorbałem drugie piwko, bo akurat przerwa na promocję. No i nagle — setbol, 40-40, kamera robi zbliżenie na jej twarz. Otworzyła usta, jakby miała coś powiedzieć, ale zamiast tego — cholera, ten uśmiech. Ale nie ten jej „grzeczny” uśmiech dzisiejszego dnia, kiedy wie, że musi być wzorem cnót, tylko ten pierwotny, zwierzęcy, jakby ktoś jej właśnie powiedział „kurwa, wygrałaś już cały turniej, idź i walnij sobie piwko za darmo”. I co? No i nic. Wygrała, owacje, kolejna babka w wielkim szlemie — ale wtedy, w tamtej sekundzie, nikt nie myślał o statystykach, o jej mocnym serwisie ani o tym, że Pegula miała lepszy procent wejść na drugi serwis. Myśleliśmy tylko: „Jebany Kazachstan, jak oni to zrobili?”. I naprawdę, facet, ten moment był magiczny — ale czy to znaczy, że teraz mamy latać na orbicie co sezon? Dzisiaj widziałem ją na Indian Wells — pewna siebie, gra na wysokim poziomie, ale już nie ma tego „ogonka do tyłu”, tej nieokiełznanej siły, która sięgała po wszystko, jakby nie było jutra. Tamten uśmiech? Jest, owszem, ale teraz to już uśmiech zawodniczki, która wie, że następny mecz to kwestia techniki, a nie cudu. Mówię wam, przyjaciele — fajnie, że dalej jest wśród najlepszych, ale tamten lipiec 2022 to był jeden raz w życiu. Nie da się powtórzyć magii, która wydarzyła się przypadkiem, w tym jednym miejscu, o tej jednej porze dnia. Teraz mamy Jelena Rybakina — świetną tenisistkę, ale nie tą, która wbiegła na Wimbledon jak błyskawica i zatrzymała czas. Tą, którą znamy dzisiaj, kibicujemy, ale... nie tę samą co wtedy. I to nie jest złość, tylko smutek, że magia odeszła i nie wróci — bo magia albo jest, albo jej nie ma, a raz już ją mieliśmy.Kontekst bije gołą liczbę.
-
Ej, stary, ale pamiętacie tę babkę z osiedlowego sklepu spożywczego w mojej dziurze, co to od razu po finale zaczęła sprzedawać ciastka "Rybakina’s Victory" za 2 złote sztuka? No bo wiecie, jak to w Polsce — jak ktoś coś wygra, to od razu robimy biznesik z logo w wordzie i trzema emotkami na końcu 😂 A ta pani Wanda, co to chodziła po ulicach z transparentem "JELENA NASZA KRÓLOWA!", akurat tego dnia miała awanturę z listonoszem, że ten jej nie doręczył paczki z kefirem na czas. I wiecie co zrobiła? Zamiast się obrazić, wzięła transparent, machnęła nim na listonosza i krzyknęła "widzisz, kurwa, to jest sukces! teraz każdy mnie zna, nawet facet co nosi listy!" 😭🔥 A my wszyscy staliśmy pod blokiem z piwkami, śpiewając "Bo Rybakina gra tak pięknie, że i słońce się uśmiecha" — no, może nie dokładnie tak, ale coś w tym stylu. I ten uśmiech Jelenny... cholera, naprawdę był jakby ktoś zapalił ognisko na środku szarego blokowiska. Dzisiaj jak ją widzę, to nadal kibicuję, ale wiem jedno — tamtej magii już nikt nie powtórzy, nawet gdyby cały Kazachstan zebrał się pod Wimbledonem z balonami i flagami. Bo raz się dzieje, raz nie. A my mieliśmy szczęście — raz, i tyle.Memy to też analiza.