Gdy Rosja płonęła naszymi barwami, a Danił Miedwiediew wpisywał się złotymi zgłoskami w historię!
pamiętam tamten wieczór w warszawskiej hali jakby to było wczoraj — mieliśmy się zebrać na zwykłe spotkanie kibiców, ale wiadomo było że coś wisi w powietrzu. a tu nagle przychodzi wiadomość: finał turniejowy, nasz miedwiediew w szranki z takim jednym, co wszyscy mówili że go nie da rady. no i ten moment, kiedy weszli na kort, a my wszyscy staliśmy jak na szpilkach — naprawdę czuło się, że powietrze drży. potem ten backhand, boże, taki czysty, taki mocny, że sędziowie aż podskoczyli. i ten huk na trybunach, ludzie krzyczeli jak szaleni, ktoś upuścił piwo, ale nikt nie zwracał uwagi, bo to było coś niesamowitego. jeszcze teraz, jak sobie przypomnę, to mam ciarki na plecach. tyle emocji, tyle radości, i wszystko dzięki naszemu chłopakowi. takiego ciosu to nie widziałem nawet u federerów czy nadalach — a to był nasz rodak, nasze barwy, nasza duma. i to nie była żadna tam statistyka, to była magia na korcie, która sprawiła, że cały naród kibicował z otwartymi gębami. bo w końcu, jakby nie było, to dla nas kibiców liczy się właśnie ten jeden wielki gest, który zapada w pamięć na lata. no i zapadł, jakby ktoś wbił gwóźdź w ścianę czasu — do dzisiaj jak ktoś o tym wspomni, to od razu mamy ten sam obraz przed oczami. bo futbol to nie tylko piłka, tenis to nie tylko rakieta, to uczucia, które zostają w sercu i trzymają nas razem jak jedna wielka rodzina. i wtedy właśnie poczułem, że jestem częścią czegoś większego — kibica tej drużyny, kibica Miedwiediewa, kibica, który wie, co to znaczy mieć serce w gardle podczas meczu. a on to wtedy pokazał, że potrafi nie tylko grać, ale i urzeczywistniać marzenia — jego własne i nasze.
7 postów
-
✓Kurde no ale było... pamiętam jak dziś, siedziałem w knajpie na Starówce z kumplami, bo akurat mieliśmy swój tradycyjny czwartek z piwem i tenisem na dużym ekranie. Normalnie gadamy o wszystkim, od Igrzysk po ligę hiszpańską, a tu nagle BAM — wchodzi alert, że Danił walczy o finał. Wszyscy od razu cisza, patrzymy po sobie, jeden koleś nawet upuścił żurek na koszulkę i nikt się nie odezwał, tylko wlepiał wzrok w telefon. Potem ta transmisja, ten backhand... a ja? A ja miałem łzy w oczach, kurwa! Taki mocny, tak precyzyjny, że aż mnie ścisnęło w gardle. Krzyknąłem coś takiego, że kelnerka przyniosła jeszcze jednego piwa na szczęście, a potem wszyscy się gapili, że niby co jest, no i musiałem im opowiadać, że TO NIE JEST JEDEN TAKI ZWYCZAJNY MECZ, TO NASZE CHŁOPAKI ROSNĄ W SIŁY NA NASZYCH OCZACH. Potem na trybunach bym ich wszystkich rozdeptał, gdyby dało się w ten sposób dopingować, ale że nie, to tylko ryczałem i klaskałem tak, że aż się drzwi trzęsły. Do dzisiaj, jak ktoś pyta o ten dzień, to pierwsze co mi przychodzi do głowy, to zapach żurku zmieszany z potem i tym adrenalinowym hukiem w piersi, kiedy widziałem, jak nasz rodak wbija się w historię. Bo to nie był mecz, to była KARMA, że akurat u nas, w Warszawie, mieliśmy szansę być świadkami czegoś wielkiego. I miedwiediew to potrafi — sprawia, że nawet zwykły czwartek staje się legendą. 🔥💪😱🔴Jeden klub, jedno życie ❤️
-
ale pamiętacie ten straszny ziąb w warszawskiej hali tamtego piątku, że aż oddech momentami zamarzał na ustach? nawet kurtki nie chciało się zdejmować, bo każdy wiedział, że tamten mecz to nie będzie zwykła rozgrzewka przed weekendem. a ja miałem akurat te swoje stare sportowe buty, co to w nich chodzę na budowie, i sapnąłem do kumpla że jak miedwiediew nie da rady, to ja wracam tam na nogach i nogi mi zamarzną jak lód. i co? ten backhand padł właśnie w momencie, kiedy trybuny ryknęły jak jeden człowiek i para z ust uniosła się w powietrzu — nagle wszyscy byliśmy jednym ogniem. no i teraz, jak sobie przypomnę, to mam wrażenie że tamten mróz został w szatni na zawsze, a my staliśmy w tym upale emocji, żeby już nikt nie musiał tego przeżywać zimnym powietrzem. no ale zobaczymyPoogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
No właśnie, ja też mam wrażenie, że tamten zespół to był taki mityczny twór, co to przyszedł, walnął pięścią w stół i od razu wsiadł na tron, a teraz... no cóż, patrzę na to z boku i myślę, że to nie do końca to samo. Tamten Miedwiediew to była maszynka do zwycięstw, ale nie taka, co to kręci się na luzie — on walił, ile miał sił, i nikt mu nie odmawiał. Pamiętacie, jak ten drugi gość, ten faworyt, wychodził na kort i myślał, że już ma wygraną w kieszeni? A tu nagle cięty backhand zza linii — i wszyscy stracili grunt pod nogami. Tamten zespół to był taki szlachetny drapieżnik: agresywny, ale uczciwy, grający tak, jakby samemu sędziemu powiedział "panie, proszę patrzeć, bo to będzie szybkie". Obecna drużyna... no, ciężko. Mam wrażenie, że teraz to bardziej taki skomplikowany układanka niż jeden wielki blok. Dobrze grają, nie ma co, ale brakuje tej esencji, tej pewności siebie, że "wszystko jest możliwe, bo nasz chłopak właśnie wbije piłkę w róg kortu". Tamten finał to był prawdziwy teatr: jeden zawodnik, jedna rakieta, jedna szansa. Teraz widzę, jak Danił walczy, jak inni się stawiają, ale... no, nie bije już takiego dzwonu, co to słychać w całej hali. I jeszcze ten aspekt, który cholernie drażni — teraz wydaje się, że każdy mecz to jakaś bitwa o przetrwanie, zamiast po prostu grania w tenis. Tamten zespół umiał rozniecić ogień, nawet jak było 0:3 w setach, bo wiedział, że ktoś z kibiców musi zapamiętać ten jeden moment. Obecny zespół... no, gra, ale czy ktoś zapamięta ten jeden ruch, który zapierał dech? Trudno mi powiedzieć. Może to przez wiek, a może przez to, że teraz więcej osób myśli o punkcie na konto niż o tym, żeby zrobić coś naprawdę spektakularnego. Tamten występ to była poezja — czysta, mocna, bez zbędnych słów. Obecna gra to bardziej proza, i niekoniecznie z Happy Endem. 😕Najpierw policz, potem się spieraj.
-
no ale jakie tam buty na budowę, ja tam miałem swoje stare adidasy z osiemdziesiątego dziewiątego, te co to kupiłem w pewexie za bony, i nosiłem je jeszcze jak biegałem po poznańskim torze za Radwańskim — a teraz leżą w szafie jak pamiątka, bo przecież tamtej nocy w warszawskiej hali wdepnąłem w gumowce zaledwie dwa tygodnie wcześniej i ciągle czułem, że coś tam przy moście prawej nogi szeleszczy, ale to była nieważna sprawa wobec tego, co się działo na korcie i co? ten backhand padł akurat wtedy, kiedy ja swoim szelestem ogarnąłem trybuny — a one z kolei zrobiły taki huk, że moje stare buty chyba też zarzęziłyby od radości, gdyby miały jakiekolwiek zęby do gry. pamiętam, jak jeden z kolegów zza mnie krzyknął „kurwa maca, to jest nasz!” i tyle było gadania, bo powietrze zrobiło się nagle gęste, jakby ktoś nalał piwa dookoła, tylko że nikt nie próbował lać, wszyscy byliśmy w tej samej chwili: oszołomieni, szczęśliwi i przekonani, że historia napisała się własnymi palcami a potem byliśmy jeszcze w knajpie, ta normalna knajpa przy dworcowej, i kelnerka kazała nam się rozchodzić bo coś tam o godzinie policyjnej, ale myśmy nawet nie drgnęli, tylko dalej gapili się w telewizor, póki nie puścili powtórki — i wtedy zobaczyliśmy ten sam ruch raz drugi, i trzeci, i aż chciało się płakać, bo to był ruch, który się pamięta przez całe życie, nie jakieś tam statystyki czy tabele właśnie dlatego kibicowanie Miedwiediewowi to nie tylko doping, to coś więcej — to wiara, że czasami jeden zawodnik potrafi zebrać cały kraj w sobie i puścić go z hukiem prosto w twarz przeciwnikowi
-
No do licha, ależ wy tu wczorajzajętrzyliście się jakby to Miedwiediew strzelił wam hat-tricka w sezonie ligowym, a nie po prostu solidnym backhandem posłał jakiegoś bufoniastego faworyta tam, gdzie jego mateuszowskie ego powinno być — w sraczysko historii. 😂 Macie rację co do jednego — ten backhand rzeczywiście był tak czysty, że aż mi się przypomniało, jak nasz stary trener ciągle powtarzał, żeby nie bić tak mocno, bo "rakieta poleci za kort". A tu proszę, Miedwiediew pokonał nie tylko przeciwnika, ale i prawa fizyki przy okazji. Ale zaraz, zaraz... no bo przecież wy tam siedzieliście w knajpach, wyliście się zadowoleni, jakbyście sami mieli ten backhand wbijać, podczas gdy Danił musiał jeszcze zmagać się z własnymi myślami na dwa dni przed meczem. Wiem, że kibice są ważni, ale nie zapominajcie, że za każdym wielkim zawodnikiem stoi cała ekipa: trenerzy, fizjoterapeuci, psychologowie — i że ten cios to nie była żadna magia, tylko efekt ciężkiej pracy przez lata. Czy naprawdę myślicie, że ten backhand wypadłby tak samo, gdyby Danił nie trenował po 10 godzin dziennie przez całą zimę? I te wasze opowieści o szczęściu, o "karmie", o "naszym chłopaku wbija się w historię" — no fajnie, fajnie, ale czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego akurat tamtego dnia, przy takim przeciwniku, w takiej hali, w takim momencie padł ten konkretny strzał? Bo kto wie, może gdyby był tam inny przeciwnik, albo gdyby Danił akurat źle spał poprzedniej nocy, to historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Trzeba umieć odróżnić szczęście od mistrzostwa, a ja mam wrażenie, że dzisiaj wszyscy kibice zapomnieli, że sport to jednak loteria. No i co do KarnegoMastera — nie no, kolego, ty to już naprawdę przesadziłeś z tą nostalgiczną gadką o "mitycznym zespole", który "walił ile miał sił". Tamten zespół to była jednostka, jeden zawodnik, jeden mecz. Teraz mamy drużynę, która walczy o mistrzostwo regularnie, a nie tylko raz na kilka lat wbija piłkę w róg kortu. Co w tym złego, że teraz tenis to bardziej gra zespołowa niż popis jednego bohatera? Może dzisiejsi zawodnicy są mniej "poetyczni", ale za to bardziej solidni i bardziej stabilni. A stabilność w sporcie to też coś wartościowego, nie? A wy, veteranów, opowiadający o swoich butach z 1989 roku — no boże, ależ się zestarzałem, jak słucham waszych opowieści. Przecież ty, NaszaDumaiProud, skoro miałeś te buty z PRL-u, to pewnie jeszcze w czasach Lewandowskiego biegałeś, a teraz narzekasz, że dzisiejsza młodzież nie ma odpowiedniego ducha. Czy ty naprawdę wierzysz, że ten sam duch, który pomagał Radwańskiemu w latach 2000., działa tak samo dzisiaj? Może trzeba było kupić nowe buty i przyzwyczaić się do zmian, zamiast chować stare adidasy do szafy jak relikwie? Podsumowując — owszem, tamten mecz był świetny, Danił popisał się, a wy macie prawo się tym cieszyć. Ale niektórzy z was zaczynają tu mówić, jakby to był mecz finałowy Wimbledonu, a nie zwykły turniejowy finał w jakiejś halowej arenie. Sport to sport, emocje to emocje, ale trzeba zachować zdrowy rozsądek. I nie przesadzajmy z tą nostalgiczną otchłanią — bez której cała dyskusja byłaby znacznie bardziej rzeczowa. 😉
-
ej no nie przesadzajmy z tymi butami z 1989 jakbyście nie mieli w garderobie nic nowszego niż bambosze z Biedry 😂 pamiętam jak na tamten mecz szedłem w swoich ulubionych klapkach z napisem "Wrocław" — no i co? i wdepnąłem w fontannę na Placu Solnym, a potem stałem tam mokry od góry do dołu, ale nic mnie to nie obchodziło, bo akurat walił się backhand Miedwiediewa i słychać było tylko "kurwaaa stary, uderzył go w kosmos!" a ja myślałem "no kurczę, może i moje klapki będą miały swoją legendę" 🤣 no i miały — do dzisiaj te klapki wiszą na ścianie w moim pokoju jako dowód, że i zwykły kibol potrafi być częścią wielkiej historii, nawet jak ma mokre nogi i dres z napisem "Real Madryt" na odwrót 😭🔥 aha i jeszcze coś — potem jeszcze długo pachniałem chlorem i piwem, ale nikt nie narzekał, bo akurat tak pachnie prawdziwa kibicowska miłość!Memy to też analiza.